Wywiady
0 razy skomentowano

Uncut: Eric Clapton | 5/13

Dodany przez | 04/12/2014
Informacje
 
 

O swoich muzycznych korzeniach serwisowi Uncut opowiada legenda rocka i bluesa – Eric Clapton.

Opowiedz nam o swoich pierwszych muzycznych wspomnieniach z lat pięćdziesiątych.

Wtedy istniało bardzo niewiele możliwości usłyszenia dobrej muzyki w radiu. Two Way Family Favourites był jedynym programem, którego zawsze się słuchało, bo nigdy nie było wiadomo, co tam zagrają. Uncle Mac’s Children’s Hour był drugim. Uncle Mac był dziwną osobą, ale grał naprawdę niesamowitą muzykę. Pewnego dnia była u nas impreza dla dzieci i założyłem mały zespół by grać Teddy Bear’s Picnick i rzeczy tego typu. Zdobyłem płytę Uncle Mac’s Children’s Hour i słuchałem The Runaway Train, która była jedną z jego ulubionych piosenek. Grał ją cały czas. Kiedy znów ją usłyszałem, byłem w szoku, jak jest świetna! Jest jak czysty bluegrass. Coś naprawdę prostego. Tak więc grało u mnie naprawdę wiele dziwnej, eklektycznej muzyki, która mnie ukształtowała.

Zakochałeś się w Lonnie Donegan i skifflowym szaleństwie?

Wszyscy kochaliśmy skiffel. On pochodził z całkiem bezpiecznego miejsca. Czymś nowatorskim był Elvis Presley śpiewający Hound Dog. Było w tej muzyce coś ekscytującego. Elvis był niebezpieczny w ten sposób, w jaki nie był nawet Buddy Holly, nie mówiąc już o Lonnie Donegan. Już wtedy widziałem połączenie Elvisa z czarną muzyką. Jednym z nawracających muzycznych wspomnień z tamtych czasów jest instrumentalny utwór Whoopin’ and Hollerin w wykonaniu Sonny’ego Terry’ego i Browniego McGhee. To znów był Uncle Mac. Grywał to. Co jest dziwne, nieprawda? Ta piosenka była postrzegana jako nowość, ale naprawdę był to hardcorowy blues.

Czy był to zatem początek twojego romansu z bluesem?

Nie wiedziałem, że to nazywa się bluesem. Jakaś część mnie zareagowała na to nagranie i zaszufladkowała je w odpowiednie miejsce. Lata później objawiła się jako część mojej muzycznej podróży. Ale myślę, że już wcześniej podążałem w tym kierunku. Tym, który w końcu do mnie trafił był Big Bill Broonzy. Kiedy tylko go usłyszałem, zdałem sobie sprawę z tego czym jest muzyka skifflowa i jak ewoluowały inne rodzaje muzyki. Hey Hey i Key To The Highway – Broonzy’ego były jednymi z pierwszych dźwięków, których się nauczyłem.

Był on także jednym z pierwszych bluesmanów, którzy odwiedzili Wielką Brytanię. Widziałeś go, kiedy przyjechał tu po raz pierwszy w latach pięćdziesiątych?

Nie. Myślę, że spóźniłem się te kilka lat. Za to moi dziadkowie wzięli mnie na koncert Josha White’a kiedy miałem jakieś dwanaście-trzynaście lat. Uwielbiałem piosenkę Scarlet Ribbons i pamiętam, że ją zagrał. Ale on był showmanem, który przywykł go grania dla białej publiczności i miałem tę świadomość, że nie był w 100% bluesmanem.

Kiedy usłyszałeś Roberta Johnsona?

To było nieco później, kiedy miałem piętnaście-szesnaście lat. On był w 100% bluesmanem, ale do niego musiało się podchodzić krok po kroku. Zaczynałeś od kogoś takiego jak Chuck Berry i szukałeś dalej, głębiej i głębiej, aż trafiłeś na Roberta Johnsona. Byłem zmieszany i nieco onieśmielony, kiedy usłyszałem go po raz pierwszy. To było tak pełne siły, że na początku ledwie dało się tego słuchać. Ale w końcu stałem się na to gotowy.

Kiedy zdałeś sobie sprawę z tego, że istniała społeczność ludzi, którzy słuchają właśnie tej muzyki?

Kiedy miałem dwanaście-trzynaście lat większość czasu wciąż spędzałem na wsi w szkole średniej w Ripley. Ale wtedy zdałem coś, co nazywało się egzaminem 13 plus z zakresu sztuki, dostałem stypendium do szkoły w Tolworth, blisko Surbiton. Musiałem dojeżdżać tam autobusem, poznałem w tej szkole mnóstwo ludzi. Wszyscy tam byli radośni, utalentowani artystycznie, byliśmy zwariowani, to było świetne otoczenie.

I wszyscy zapoznawaliście się nawzajem z różnymi rodzajami muzyki?

Byli tam ludzie, którzy znali Muddy’ego Watersa. To było coś poważnego. I znali inne starsze osoby, które zbierały płyty. Urządzali wieczorne spotkania i mogliśmy słuchać tych płyt. Oczywiście usłyszałem też o Johnie Lee Hookerze. Ale do tego czasu nie widziałem żadnej jego płyty. Kiedy już mi się udało, byłem totalnie ujęty całością. Okładką. Wydawnictwem. Wszystkim. Zatem był to następny przystanek w mojej podróży. Zacząłem poznawać mnóstwo osób, które postrzegały świat tak jak ja. To fantastyczna chwila, kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, że istnieje koleżeństwo oraz inni ludzie, którzy oddają muzyce taki sam szacunek i cześć. To w ostateczności sprawia, że chcesz być muzykiem. Potem zacząłem jeździć do Londynu i chodzić do sklepów muzycznych takich jak Dobells i przeszukiwać ich kosze z płytami, szukać tych rzadkich. Ta wyprawa po skarby miała swoją własną wartość. Musiałeś polować na taką muzykę, która czyniła wyprawę bardziej wartościową. Ciągle próbuję znaleźć na płycie CD oryginalny album Broonzy’ego, który miałem wtedy. Przeszukałem cały Internet, ale on zdaje się już nie istnieć.

Chodziłeś do Kingston Art College. Często mówi się o tym, że szkoły artystyczne były prawdziwą wylęgarnią brytyjskiego rocka lat sześćdziesiątych…

Myślę, że to prawda. Kiedy byłem w szkole średniej, każdy interesował się futbolem i krykietem. Byli to zazwyczaj ci słabi, którzy chcieli stać się silniejsi. Ale w tym samym położeniu były też inne osoby, a my byliśmy tymi, którzy skończyli kupując winyle. Uważano nas za dziwaków, lekceważono nas i wyśmiewano za nasz gust. Nazywano nas czubami. To była ciężka podróż. Ale nawet kiedy chodziłem już do szkoły artystycznej, nie był to rock’n’rollowy obóz. Po roku zostałem wyrzucony, bo w ogóle nie pracowałem. To był prawdziwy szok. Zawsze byłem w pubie i grałem na gitarze.

Zacząłeś grać piosenki Broonzy’ego na gitarze akustycznej. Kiedy pierwszy raz zdałeś sobie sprawę z możliwości instrumentu elektrycznego?

Wiedziałem, że w Stanach mają gitary elektryczne. Widziałem je na okładkach płyt. Ale dopóki nie zobaczyłem Alexisa Kornera w Marquee kiedy miałem jakieś piętnaście lat, nie sądziłem, że gitara elektryczna może być dostępna i dla mnie. Zobaczyłem Alexisa grającego na takiej i zdałem sobie sprawę, że w ogóle istnieją one w Anglii. Później musiałem tylko przekonać moich dziadków, by mi taką kupili, co też uczynili. Nie była to zbyt dobra gitara. Akcja strun była wysoka na jakieś pięć centymetrów i nie dało się nic z tym zrobić.

Podążałeś później za Alexisem i jego zespołem?

Tak, ponieważ to, co miał, było pierwszym prawdziwym zespołem R&B w tym kraju. Cyril Davis grał na harmonijce i było to coś naprawdę egzotycznego, bo wtedy jeszcze rzadkiego. Grali z Marquee raz na tydzień, przez resztę czasu klub serwował jazz. To sprawiło, że stwierdziłem, że da się stworzyć zespół bluesowy. Słuchałem wtedy Muddy’ego Watersa, więc wiedziałem, jak powinien brzmieć taki zespół. Kiedy poszedłem zobaczyć Alexisa po raz drugi, był tam też Mick Jagger i porozmawialiśmy sobie. Byli tam też Brian Jones i Keith Richards. Wszyscy wstali i zagrali z Gingerem Bakerem i Jackiem Brucem, czy kimkolwiek, kto grał w sekcji rytmicznej z Alexisem tej nocy. Po tym wydarzeniu było to tylko kwestią czasu, zanim pomyślałem, by zrobić to samemu.

Źródło: uncut.co.uk / Eric Clapton (fot. blouinartinfo.com)