Wywiady
0 razy skomentowano

TIME: Moby | 8/13

Dodany przez | 04/12/2014
Informacje
 
 

Szczerze wierzę w to, że nikt nigdy nie wyciągnął wniosków z osiągniętego sukcesu, mówi Moby w wywiadzie dla tygodnika Time.

W 1999, stosunkowo nieznany artysta – Moby, wydał album Play. Długość albumu wynosiła ponad godzinę, aczkolwiek każda sekunda była wypełniona warstwami samplerów i syntezatorów, płynnie mieszając dźwięki soul z elektronicznymi, tworząc tym samym jedną z najbardziej przystępnych rodzajów muzyki elektronicznej. Album sprzedał się w ponad dwunastu milionach egzemplarzy, wypuścił dziewięć singli i głównie mówi o zasygnalizowanych zmianach, wszystkie osiemnaście utworów zostało użyte w reklamach, filmach i telewizji.

Album ten był na tyle dobry, że otworzył bramy dla obecnej pop-kulturowej dominacji muzyki elektronicznej i DJ-ów.

Moby, będący aktualnie ikoną muzyczną, wyda niedługo (1 października) swój jedenasty album – Innocents. W czasie tworzenia tej płyty, po raz pierwszy pracował z co-producentem, a był nim Mark „Spike” Stent, współpracujący wcześniej z Björk, Massive Attack, Muse. Rezultatem ich współpracy jest aktualnie jeden z najbardziej wytężonych albumów artysty. Dwanaście utworów z płyty Innocents, ukazują rozległy, pełen energii, nieustraszony eksperymentalizm. Przedstawiają współpracę z Wayne’m Coyne’m z The Flaming Lips, Damien’em Jurando – tworzącym muzykę w stylu indie-folk, ponadto Mark’iem Lanegan z Screaming Trees, Queens of the Stonage, Cold Specks, Skylar Grey, Inyang Bassey.

Z Moby’m rozmawialiśmy o najnowszym albumie, czego uczą nas porażki i ruchu ulicznym w LA.

Nagrywasz w domu, ale czy nie sądzisz, że gatunek muzyki, którą tworzysz zmienił się od kiedy przeprowadziłeś się z Nowego Jorku do Los Angeles?

Do pewnego stopnia tak, ale sprzęt, który mam tutaj (w Nowym Jorku) i moje studio w LA są prawie identyczne. Mógłbym powiedzieć, że przeprowadzka na drugi koniec kraju wpłynęła na mnie i moją muzykę, ale to już jest coś innego, a tak naprawdę to sam nie wiem co to jest. Moje środowisko, tutaj i w LA ma jakby charakter klasztorny. Kiedy tutaj tworzyłem swoje nagrania to używałem dziwnych starych automatów perkusyjnych, starych syntezatorów, starych wzmacniaczy gitarowych, tak samo w LA. Wydaje mi się, że ten większy współczynnik najzwyczajniej się starzeje.

W jaki sposób wiek wpływa na to w jaki sposób tworzysz muzykę?

Ciężko jest mówić o tym nie brzmiąc jednocześnie jak stereotypowy hipis New Age z Południowej Kalifornii, ale starzenie się jest cechą ludzką. Jest to fakt, którego w naszym życiu nie możemy uniknąć i mimo wszystko, jest w tym coś miłego i pocieszającego. Uświadomiłem to sobie, w drodze na festiwal Coachella w tym roku. Nie wiem jak dobrze znasz LA, ale jechałem na ten festiwal Dziesiatką, która jest skrótem Cross Bronx Expressway, najbrzydszej drogi na świecie. Rozglądając się stwierdziłam, że na pewno nikt nie chciałby tu być. Takie poczucie jedności. Wszyscy w swoich małych samochodach, zagubieni, smutni, utrapieni i nieszczęśliwi z powodu bycia tam. To wszystko wydawało się być ogromną metaforą stanu bycia człowiekiem. Wpływało to na każdego z nas, bez wyjątku. Tak więc, nikt nie jest zwolniony ze starzenia się. Jedynym sposobem na uniknięcie tego jest śmierć. Ja tylko stwierdzam to co jest wiadome, ale żyjemy w kulturze, która chce udawać, że możemy utrzymać tą cechę w ryzach. To nigdy się nie stanie. I nigdy nie miało miejsca. Każdy ma swój sposób na odsunięcie od siebie faktu starzenia się. W Południowej Kalifornii jest to: dobre odżywianie się, uprawianie jogi, ale nie jest to rozwiązanie na dłuższą metę. W Nowym Jorku jest to czytanie Gawker’a, wyjazdy do Hamptons, ale to też nie działa. Niczym u mojego imiennika – Moby’ego Dicka. Jego historia jest taka. Niemożliwa do wygrania bitwa i sposób podejście do niej.

Jak, twoim zdaniem, wpłynęło to na sposób w jakich podchodzisz do tworzenia albumów?

Całe moje życie jest poświęcone muzyce. Słuchanie, tworzenie, myślenie o niej. To jest niczym trwająca całe życie kompulsywna obsesja na temat muzyki, ale ostatnimi czasy wyzbyłem się wszystkich rozproszeń, które otaczają świat muzyczny. Nie powinienem tego mówić, ale nie przejmuję się słuchowiskami radiowymi czy prasą.

Czy pracując nad najnowszym albumem, starałeś się naśladować to co robiłeś podczas tworzenia Play? Czy może już nie lubisz tego albumu?

Nie, nie, tan album jest dobry. Z okazji dziesiątej rocznicy wydania Play, spotkałem się z dziennikarzem The Rolling Stone i przeanalizowałem każdy utwór z tego albumu, pod koniec zacząłem się śmiać i powiedziałem dziennikarzowi, że jest to bardzo sympatyczne bo kiedy album został wydany, to oni nawet go nie zrecenzowali. Teraz, natomiast robią tą całą retrospekcję. Moi idole, jak: Flannery O’Connor, Henry Moore, Solzhenistyn, Woody Allen, oni po prostu dalej tworzą. Pracujesz nad czymś ciężko, wlewasz w to całe swoje serce i duszę, wypuszczasz to w świat i wracasz do dalszej pracy. To jest dla mnie czymś wielkim, i jest to znacznie zdrowsze. Po wydaniu Play… No cóż, na dobrą sprawę, albumy, które były wydane później, w wielu krajach poradziły sobie lepiej,

Masz na swoim koncie niewiele singli, które w Europie były numerem jeden, a w Stanach nie były aż tak popularne.

Zgadza się. Żaden. Był czas kiedy to wszystko miało miejsce, a ponieważ nie spodziewałem się tego, to czułem się zbity z tropu. Było fajnie, ale droga od bycia 33-letnim kimś kto tworzy muzykę na zepsutym sprzęcie w swoim pokoju do bycia zapraszanym do rezydencji Versace na weekend, była przytłaczająca. To było fajne ale mylące i naprawdę cieszę się, że ten etap jest już za mną.

Co miało większy wpływ a ciebie jako artystę, sukces czy porażka?

Szczerze wątpię, że ktokolwiek wyniósł coś z odniesionego sukcesu. Sukces jest krzywym zwierciadłem. Patrząc na siebie przez pryzmat sukcesu, jedyne co widzisz to to co jest w tobie dobre, mam tu na myśli moment kiedy muzyk wydaje dobrą płytę, która odnosi sukces, jemu wydaję się, że zrobił wszystko dobrze, a prawdą jest to, że miał szczęście. Większość sukcesów było przypadkowych. Nikt kto odniósł sukces, nie chce brać pod uwagę przypadku. Porażka zmusza ludzi do realistycznego przyjrzenia się temu co poszło źle. Porażka ma charakter dydaktyczny. Bardzo dużo z niej wyniosłem. Jedyną rzeczą, jaką wyniosłem po odniesieniu sukcesu jest to, że jest ulotny, arbitralny i wyżera cię do końca.

Uważasz swój sukces za ulotny?

Jeśli nie jesteś Bono albo Jay Z, to sukces jest ulotny. Jest tak wielu muzyków, pisarzy, reżyserów, aktorów czy innych zabawnych gości, zdesperowanych aby wrócić na ten poziom sukcesu, który kiedyś osiągnęli, ale nie mogą. W pewnym momencie musisz odpuścić.

W jaki sposób nauczyłeś się odpuszczać? Zwłaszcza, jako artysta, który jest uzależniony od ilości sprzedanych płyt czy tego chcesz czy nie.

Część tego stanowi uświadomienie sobie, że im bardziej goniłem za sukcesem tym mniej szczęśliwy byłem. Na przykład, zmuszałem się aby spędzać w trasie więcej czasu, wyjeżdżać na te bardzo długie trasy promujące i nie byłem szczęśliwy. Nie chcę narzekać, bo nie powinno słuchać się muzyków, którzy to robią. Moje doświadczenie wyglądało tak: występy co wieczór sześć razy w tygodniu i picie sześć razy w tygodniu, starałem się mieć wszystkiego więcej, ale w pewnym momencie musiałem przyznać sam przed sobą, że nie jestem szczęśliwy.

Jak, w czasie tworzenia albumu, radziłeś sobie z presją?

Jedyna presja jaką czułem to staranie się aby stworzyć muzykę, która mi się podoba. Jedyna stałą jest to, że mało ludzi kupuje płyty. Będąc poetą, który sam drukuje tomiki swoich wierszy, masz ograniczone przewidywania co do sukcesu komercyjnego. Jeżeli jesteś 47-letnim muzykiem, tworzącym album w roku 2013, to moje przewidywania muszą być ograniczone, albo muszę być gotowym na to, żeby godzić się na rażące kompromisy.

Współpracujesz z wieloma osobami przy tworzeniu tego albumu, wliczając The Flaming Lips, którzy odnieśli sukces komercyjny i są popularni.

Wayne (Coyne) i ja znamy się od 1995 roku, kiedy w otwieraliśmy europejską trasę koncertową Red Hot Chili Peppers. Mimo tego, że byliśmy suportem dla rockowego zespołu grającego na największych stadionach, Chili Peppers byli dla nas bardzo mili, ale mimo to wciąż jesteś tylko suportem, grasz o godzinie 7 wieczorem, kiedy cała publika kupuje jeszcze hot dogi. Zaznajomiliśmy się wtedy i tak już zostało. Napisałem piosenkę Perfect Life, która brzmiała jak piosenka Flaming Lips i pomyślałem sobie, że skoro napisałem piosenkę w ich stylu, dlaczego nie napisać do Wayne’a czy nie zaśpiewałby tego. Nie myślałem o tym, że to popchnie płytę do rekordowej sprzedaży i będzie często puszczana w radiu. Po prostu napisałem wesołą piosenkę i pomyślałem, że Wayne może ją zaśpiewać.

Jakie to uczucie napisać piosenkę, która koniec końców brzmi jak utwór The Flaming Lips, jest to frustrujące, czy ekscytujące?

Moim celem jest tworzenie takiej muzyki, która wpływa na mnie kiedy jej słucham. I w związku z tym nie interesuje mnie to czy ta muzyka jest innowacyjna czy jakikolwiek to jest gatunek. Nie obchodzi mnie czy to ja śpiewam, czy ktoś inny. Jedyne co mnie interesuje to ten magiczny moment kiedy mając trzy i pół roku usłyszałem Creedence Clearwater Revival, moment w którym jesteś kompletnie pochłonięty swoją emocjonalną reakcją na fragment muzyki. Wszystko co staram się zrobić to stworzyć ten moment dla siebie i mam nadzieję, inni ludzie też to czują.

Źródło: time.com / Moby (fot. npr.org)