Wywiady
0 razy skomentowano

The Guardian: Lana Del Rey | 6/14

Dodany przez | 14/08/2014
Informacje
 
 

Lana Del Rey dostała niezły wycisk od kiedy jej przełomowy sukces przysporzył tak złośliwych reakcji. Odbiły się one w ‘narkotycznym swingu’ jej nowego albumu Ultraviolence – oraz fakcie, że nie może przestać mówić o umieraniu.

„Chciałabym nie żyć już teraz” – mówi Lana Del Rey, zaskakując mnie. Mówiła o bohaterach, których dzieli wraz z chłopakiem – są między nimi Kurt Cobain i Amy Winehouse – i kiedy wskazuję na to, że to co ich łączy to śmierć i pytam, czy widzi wczesną śmierć jako coś efektownego, odpowiada: „Nie wiem. Hmm, tak.” A później to życzenie śmierci.

„Nie mów tak”, stwierdzam instynktownie.

Ale tego chcę

Nie chcesz!

Chcę! Nie chcę musieć dalej tego robić. Ale robię.

Robić czego? Tworzyć muzykę?

Wszystkiego. Tak się po prostu czuję. Jeśliby tak nie było, nie mówiłabym tego. Byłabym przerażona, gdybym wiedziała, że śmierć nadchodzi, ale …

Jesteśmy w Nowym Orleanie, mieście nieznanym jako spokojnie i ciche. Kilka ulic dalej od hotelu Lany znajduje się Bourbon Street, miejsce pijackich spustoszeń trwających od zmierzchu do świtu. Kierując się w drugą stronę do Dzielnicy Francuskiej, możesz doczekać się napaści żywych dźwięków muzyków z ulicznego zespołu jazzowego. Nawet w środku eleganckiego apartamentu Del Rey odbywa się istna rzeźnia: walizki jak po wybuchu, torebki z chipsami porozrzucane po podłodze. Nawet jej laptop zalany jest keczupem, tymczasowo blokując plany usłyszenia piosenek z jej nowego albumu Ultraviolence. „Ech” mówi zaskoczona, jakim sposobem sos mógł dostać się do gniazdka z prądem.

W momencie kiedy przenosimy się na balkon, sceneria robi się całkowicie spokojna. „To miejsce jest magiczne” mówi, zapalając pierwszego z wielu papierosów. Sceneria jest tak spokojna, że w gruncie rzeczy zaskakuje mnie, kiedy Lana Del Rey mówi o tym, jak jest nieszczęśliwa: że nie podoba jej się bycie gwiazdą popu, że jest ciągle na celowniku krytyków, że tak właściwie to wcale nie chce żyć.

„Członkowie rodziny spotkają mnie w trasie i mówią >>Wow, Twoje życie wygląda jak film!<<” wyznaje. Na co dodaję: „Ta, naprawdę popieprzony film”.

Podczas naszej godzinnej rozmowy ciągle powraca do mrocznych tematów. Opowiadając swoją historię – tą godną uwagi, z bezdomnością, gangami motocyklowymi, gdzie dała złapać się w oko medialnego cyklonu – mówi także o tym, dlaczego autorka piosenek, która sprzedała ponad 7 milionów kopii ostatniego albumu Born To Die, jest tak rozczarowana życiem.

Być może logicznym miejscem by zacząć jest niesłychana reakcja na Video Games, jej przełomową piosenkę z 2011 roku. Przychodząc najwyraźniej znikąd (aczkolwiek Del Rey umieszczała swoje piosenki i domowe video w Internecie od jakiegoś czasu), Lynchowska dziwaczność klipu rzuciła czar na niemal każdego, kto go widział, co rozprzestrzeniło video po sieci. Niewiele później zaczął spływać aplauz („The Guardian” ogłosił go najlepszą piosenką 2011), później Del Rey została poddana bacznym analizom niekończących się blogowych postów z krytykami ślęczącymi nad jej przeszłością w poszukiwaniu dowodu na fałsz: czy jej starannie wypracowany wygląd był prawdziwy? Czy naprawdę była tylko marionetką wielkiego wydawnictwa? Czy to jej tata zafundował tę sławę? Czy jej usta to zasługa medycyny estetycznej? Czy naprawdę urodziła się jako stara dobra Elizabeth Grant, a nie pojawiła się już jako rozwinięta gwiazda popu Lana Del Rey?

Pytam, jak długo cieszyła się sukcesem Video Games zanim trafiła ją negatywna krytyka, a ona wygląda na zaskoczoną.

„Nigdy nie czułam zadowolenia” mówi. „To wszystko było złe, wszystko.”

Del Rey mówi, że nie boi się wypuścić kolejnej płyty, bo „wie, czego się spodziewać tym razem”, jednak podczas dwu i pół letniej przerwy, od kiedy wyszło Born To Die, często wykluczała pomysł dalszego albumu, bo „powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia”. Co się zatem zmieniło?

„Ciągle się tak czuję” mówi. „Ale z tym albumem czuję mniej, jakby miał stanowić zapis podróży, a bardziej, jakbym miała zliczyć skrawki przeszłości, które były dla mnie porywające.”

Z garstki piosenek, które mam okazję usłyszeć w hotelu, bezpiecznie jest powiedzieć, że to wystarczający materiał, by dać znowu temat do pracy blogerom. Sad Girl na przykład mówi o tym, jak „bycie dziewczyną na boku może nie podobać się takim głupkom takim, jak ty”.

Śmieje się, kiedy pytam skąd czerpie inspirację: „To dobre pytanie. To znaczy… Miałam różne związki z mężczyznami, z ludźmi. Te związki były po prostu niewłaściwe, ale dla mnie wciąż piękne”.

Czy mówiąc „niewłaściwe”, ma na myśli związki z innymi kobietami?

Znów się śmieje i odwraca wzrok wstydliwie: „Tak myślę, chyba tak”.

Nie jest jasne, czy Money, Power, Glory zostało napisane tylko po to, by wściec krytyków, ale daje im niezły cios, ostrzegając: „Zabiorę im wszystko to, co mają”.

„Byłam w raczej sardonicznym nastroju” mówi na temat tej piosenki. „To tak, jakby jedyną rzeczą, którą pozwalałyby mi mieć media były pieniądze, mnóstwo pieniędzy, to mam to gdzieś … To, czego naprawdę chciałam, to coś prostego i spokojnego: pisarska wspólnota i szacunek.” Mówi o tym często: pragnienie spokojnego życia w artystycznej społeczności, daleko od blasku mediów, które „zawsze stawiają przed moim nazwiskiem przymiotnik, za każdym razem niewłaściwy”.

Niczym zamroczony soft-rock ze zwiastującej album ścieżki West Coast, wiele piosenek na Ultraviolence ma wolne tempo. Porzuca to hip-hopowe chwyty z Born To Die na rzecz tego, czym ona i jej producent – znany ze współpracy z The Black Keys Dan Auerbach – nazywają „prawdziwym narco-swingiem”. Del Rey na początku myślała, że skończyła pracę nad albumem w grudniu, ale kiedy w klubie spotkała Auerbacha i przetańczyła z nim całą noc, zdała sobie sprawę z tego, że musi ją całą nagrać od nowa z jego luźniejszą techniką – dodając więcej niezobowiązującej kalifornijskiej aury do dźwięku, nagrywając w pojedynczych próbach z użyciem tanich mikrofonów kupionych w drogeriach.

To wszystko nie było tak łatwym procesem. Jedna piosenka, Brooklyn Baby, była napisana z myślą o Lou Reedzie: chciał pracować z Del Rey, więc pojechała do Nowego Jorku na spotkanie z nim. „Leciałam nocnym lotem, wylądowałam o 7 rano… a dwie minuty później on umarł” mówi.

Gdyby nawet dogryzanie ze strony krytyków ucichło, i tak Del Rey sądziła, że jej życie było nachodzone z innych, bardziej natarczywych stron. W 2012 roku jej komputer został zhakowany, przez co w sieci pojawiły się różne informacje: zdjęcia, dane finansowe i zdrowotne, nie wspominając o piosenkach. „Wszystkie 211” wzdycha. „Jeszcze jeden nieznany element z mojego życia codziennego.” Mówi, że nie ma pojęcia kto obecnie ma dostęp do kilku lat materiału i sposobu na kontrolę ich wycieku do sieci, wliczając piosenki napisane dla innych ludzi oraz co najmniej jedną, Black Beauty, która miała oryginalnie znaleźć się na Ultraviolence.

W gruncie rzeczy, kiedy przyjrzysz się z bliska trzem ostatnim latom Del Rey, nie jest ciężko zrozumieć dlaczego może czuć się wypalona doświadczeniem bycia gwiazdą. Jesteś także zmuszony do zastanowienia się, dlaczego gwiazdy popu, które doznają najwięcej jadu to często solowe wokalistki.

„Ludzie ciągle mnie o to pytają” mówi. „Wydaje mi się, że oni myślą, że jest w tym jakiś seksizm, ale czuję, że jest to coś bardziej osobistego. Nie widzę, jaką rolę odgrywa w tym kobiecość. Nie mogę złapać tego z feministycznego punktu widzenia.”

Wspominam kilka obecnych przykładów wykonawczyń, które są teraz na piedestale: Miley Cyrus, Lorde, Lily Allen, Lady Gaga, Sinead O’Connor pierwsze przychodzą na myśl.

„W sumie, może ci ludzie są prawdziwymi prowokatorami” mówi. „Ale ja naprawdę nigdy nie byłam i nigdy nie będę. Nie wydaje mi się, by moje piosenki miały jakiś szokujący walor – no, może dziwne, niepokojące teksty – ale twierdzę, że raczej inni ludzie zasługują na krytykę, bo sami ją wywołują.”

Co z teledyskiem do Ride, gdzie łączy się z serią starszych facetów z motocyklowych gangów (został skrytykowany za, nie licząc innych rzeczy, gloryfikowanie prostytucji)?

„OK” przyznaje. „Wiem, w jaki sposób ten klip może sprawić, że podniesie się feministyczna brew. Ale to było bardziej osobiste dla mnie, to było o moich uczuciach na temat wolnej miłości i jaki może być efekt wpuszczania obcych do twojego życia: jak może cię wytrącić z równowagi w dobry sposób i uwolnić od społecznych zobowiązań, z których mam nadzieję, że już wyrastamy w 2014.”

Jak bardzo ten klip odzwierciedla jej życie?

Och, w 100%

Trzymanie się z gangami motocyklowymi i wychodzenie z różnymi facetami?

„Tak” mówi, znów spoglądając w bok z niezręcznym uśmieszkiem.

Za te wszystkie oskarżenia o bycie oszustką, Lana Del Rey zdaje się prowadzić bardziej rock’and’rollowe życie niż przeciętna gwiazdka popu. Swoje nastoletnie lata wypiera… „Nie miałam domu, nie znałam swojego peselu” i dodaje, że przez jakieś sześć lat nie miała kontaktu z rodzicami. Musiało być to strasznie irytujące, kiedy doszły oskarżenia, jakoby tata zafundował jej karierę. „To było dokładne przeciwieństwo tego” mówi. „Nigdy nie mieliśmy więcej pieniędzy, niż ktokolwiek, kogo znam z naszego miasta. Mój tata był uwielbianym przedsiębiorcą, był zainteresowany wczesnym wschodem Internetu w 1994, ale nie było to coś, co kiedykolwiek przełożyło się na finanse.” Kiedy te historie pojawiły się po raz pierwszy w czasie świtu Video Games mówi, że nie była nawet wtedy pewna co robi jej ojciec: „I nie wydaje mi się, żeby on był pewny, co i ja robię. Więc to było interesujące, jak w pewnym sensie postawiono nas obok siebie i zamieszano go w tę historię”.

Del Rey lubi opisywać burzliwe okresy swojego życia w romantyczny sposób: mówi, że często spędzała swoje wieczory szwendając się po Nowym Jorku – „Autostrada West Side, Lower East Side, części Brooklynu” – spotykanie nieznajomych i obserwowanie, gdzie zawiodła ich noc. „Byłam zainspirowana historiami Dylana o spotykaniu ludzi i muzykowaniu z nimi. Spotkałam mnóstwo piosenkarzy, malarzy, motocyklistów. Byli przyjaciółmi, czasami czymś więcej.”

Brzmi to dość niebezpiecznie.

Tak, miałam szczęście. Ale mam też silną intuicję.

Czy wciąż to robi?

Czasami

Czy ludzie nie mówią: „Czekaj… To Lana Del Rey!”?

Czasami tak. W jakiejś połowie przypadków tak, w połowie nie. Jeśli wiedzą kim jestem, mogę po prostu odejść, albo mówię, że to nic wielkiego, jestem tylko piosenkarką.

Czy oni nie są zdziwieni, widząc Cię tak po prostu spacerującą po ulicach?

Jeśli jest to w Los Angeles, może. Jeśli w Omaha, raczej nie.

Kiedy miała 18 lat, mroczniejsze doświadczenia Lany – mówiła o byciu alkoholiczką – przypomniały jej o tym, by swoją pracą wykroczyć poza pewien zasięg i pomagać uzależnionym od alkoholu i narkotyków. To coś, co opisuje jako swoje prawdziwe powołanie i coś, co wciąż robi kiedy tylko ma okazję.

„Mieszkam w Koreatown, na skraju Parku Hancock w Los Angeles, więc robię różne rzeczy kiedy mogę i gdzie tylko mogę. To nie tylko ludzie z chorobami umysłowymi na ulicach, ale także ludzie, którzy przez lata zatracili swoją identyfikację – ten rodzaj spraw. I wiem, co mogę zrobić, wiem, jak pomóc, bo sama byłam taką osobą.”

Mówi, że to bezpośrednio ożywia jej muzykę. „Wiele z moich piosenek to nie tylko proste piosenki ze zwrotki i refrenu – są bardziej psychologiczne.” Mówi o tempie, o tym, jak lubi poprzez nie przedstawiać swój stan umysłu: „Kiedy zagrałam West Coast wytwórni, nie byli zbyt zadowoleni, gdy w refrenie przeszłam do jeszcze wolniejszego tempa. Mówili: >>Żadna z tych piosenek nie jest zbyt dobra dla radia, a ty jeszcze zwalniasz, kiedy powinnaś przyspieszyć<<. Ale dla mnie, moje życie wydawało się mroczne, i ten rodzaj odłączenia od ulicy był częścią tego.”

Lana chce być postrzegana jako poważna kompozytorka, dlatego też wcześniejsze oskarżenia o sztuczność tak ją zabolały. Del Rey musi chyba jeszcze zrobić ten krok wstecz, by zobaczyć, jak dobrze potoczyły się dla niej sprawy od kiedy zwalczyła początkową burzę i zaczęła zyskiwać szacunek krytyków, na który przecież zasługuje.

Poza muzyką jej życie także wydaje się być uporządkowane, nawet jeśli opisuje związek z kolegą-muzykiem Barrie-Jamesem O’Neillem jako intensywny: „Mamy ciężki czas. On ma bardzo mroczny charakter. Ma za sobą ciemne miesiące tylko pisania i czekania, on ma swój zupełnie własny świat, więc …”

Milknie. Powiew jazzowej muzyki miesza się z jej dymem z papierosa. Myślę o jej koncertach na świeżym powietrzu, jeden z nich zagra jeszcze dziś wieczorem. Podczas niego odpowie na nieustające krzyki – jej fani są zbyt zajęci robieniem zdjęć, by klaskać – pozwalając zespołowi jammować przez 20 minut kiedy schodzi na dół by pozować do selfie z fanami z pierwszych rzędów. W tych momentach z pewnością musi kochać to, co robi.

„Nie” odpowiada. Potem, po kolejnym zaciągnięciu się papierosem, patrzy w dół na ruchliwą uliczkę i mówi: „Nie wiem, co myślę. Wiem tylko, że właśnie teraz w tym momencie podoba mi się siedzenie na balkonie”. Odchyla się do tyłu i, przez moment, wygląda na kompletnie zadowoloną w tej ciszy.

Źródło: www.theguardian.com / Lana Del Rey (fot. Neil Kroug)