Wywiady
0 razy skomentowano

Nashville Scene: Jack White | 6/14

Dodany przez | 09/10/2014
Informacje
 
 

Oto rozmowa z Jackiem White’em, który wydał właśnie swój drugi solowy album Lazaretto we wtorek, a w sobotę będzie headlinerem festiwalu Bonnaroo.

Kiedy do wersji drukowanej naszego magazynu wrzuciliśmy tyle, ile się da, tutaj znajdziecie pełen nieprzerwany zapis mojej rozmowy z muzykiem. Dobroci, które nie znalazły się w wersji do druku dotyczą: dwóch mało znanych budek Voice-O-Graph, które są w posiadaniu White’a (jedną z nich ma nadzieję umieścić za sklepem The Rolling Record), ostatnich piosenek, których fragmenty zagrał podczas swojego koncertu; planów związanych z The Raconteurs i The Dead Weather, oraz wielu więcej.

Gdzie jesteście dzisiaj?

Jesteśmy w Shreveport w Luizjanie.

Jakie było kilka pierwszych koncertów tej trasy? Jesteście do tej pory zadowoleni z reakcji tłumów?

Jest naprawdę miło. Koncerty były w ten lub inny sposób dziwne. Nie odbywają się w zwyczajnych miejscach. Sala Cain’s (w Tulsie w Oklahomie) jest pięknym, historycznym i wspaniałym miejscem na pierwszy koncert. Byliśmy w Lubbock w Teksasie – trochę dzikim, trochę westernowym zajeździe. To dzikie miejsce do grania. I wiesz, Shrevport (Audytorium Miejskie), gdzie nagrywali The Louisiana Hayride (słuchowisko radiowe, a później program telewizyjny). Jest naprawdę niesamowicie grać w tych historycznych miejscach na początek trasy. Czuć, że w tych miejscach jest dusza, kiedy jeszcze nie wejdzie się na scenę. To było naprawdę niesamowite. Czasami nie możesz wybrać, gdzie zaczniesz trasę z powodu miejsc, gdzie odbywają się festiwale, to oni wybierają to za ciebie. Szczęśliwie tym razem mieliśmy wolnych kilka dni wstecz, więc mogłem zacząć tam gdzie chcę, czyli w Caine’s.

A ty po prostu wybrałeś miejsca, które nie pasowały aż tak bardzo do koncertu rockowego?

Tak, za każdym razem kiedy kończę grając w arenie, kiedy ilość ludzi przekracza 3 tysiące do 5 tysięcy, kiedy to wykracza poza ten rozmiar, to miejsce zaczyna się odczuwać jako pozbawione życia, po prostu zimne i betonowe. To dlatego, że bardzo ciężko jest przeprowadzić występ tak, jakbym chciał, bo czujesz, że musisz mieć fajerwerki i eksplozje, by utrzymać zainteresowanie ludzi, bo niektórzy są tak daleko od ciebie. I tak, nie wiem, za każdym razem kiedy to robiłem – wolałbym zagrać kilka koncertów w tym samym tym samym mieście w tym samym miejscu. Występ byłby lepszy. Mam coś z tego i mogę zagrać inne piosenki każdego wieczoru. To spełnia wszystkich muzyków na scenie. Ale za każdym razem kiedy mamy zagrać w arenie na 12 tysięcy miejsc, to jest tak, nie wiem, jakbyś powinien mieć tę całą pirotechnikę. W tym środowisku oczekuje się czegoś, a ja chyba nie jestem tym zainteresowany. Ale w pewnych miejscach będziesz to robić. Jedziesz do pewnego miasta, chcesz grać w pewnym mieście, i czasami ten rozmiar miejsca, w jakim chcesz grać po prostu nie istnieje. Chcieliśmy grać w Lubbock; rozmiar miejsca, w którym graliśmy to było coś, nie wiem ile to było, wydaje mi się, że kilkaset miejsc. Nawet jeśli chcesz zagrać dla 5 tysięcy ludzi, oni nie mają takiego miejsca. Więc orientujesz się wśród tego, co mają i co ma najwięcej sensu dla tego, co akurat chcesz robić.

Chciałem zacząć od porozmawiania co nieco na temat Nashville i Third Man oraz Twojej obecności tutaj. Wydaje mi się, że Adam Gold rozmawiał z Tobą jakieś trzy lata temu, przed Blunderbussem i tym procesem, kiedy Third Man zaczął stawać się tym, czym jest teraz. Wspomniałeś nam, że częściowo powodem, dla którego opuściłeś Detroit było zatracenie się w tamtejszej scenie oraz że czułeś się przez to zahamowany. Teraz zapuściliście korzenie tutaj i zaangażowaliście się w pracę z lokalnymi artystami – wiesz, JEFF i PUJOL, ten rodzaj. Czy nie czujesz się zahamowany tutaj, czy może czujesz, że w Nashville masz o wiele więcej wolności?

Nie, dla mnie jest tu idealnie. Naprawdę to kocham. Jest tu każda cząstka środowiska, którą chciałem mieć kiedy byłem młodszy, kiedy miałem tylko część, a nie wszystko. Nashville zawsze wydawało się idealne. Nie wydaje mi się, że Third Man Records mogłoby istnieć w jakimkolwiek innym mieście w Ameryce, jakie znam. Cokolwiek mniejszego lub większego od Nashville, a także muzyka – uwaga, jaką poświęca się muzyce w tym mieście są właściwe. Nie jest zbyt hipstersko ani zbyt sztucznie, to coś po środku, co stanowi bardzo dobre miejsce dla Third Man Records, które nie celuje w żaden konkretny rodzaj muzyki. Jest świetnie mieć ten rodzaj dostępności. Jeśli zrobilibyśmy to w innym mieście, nie mielibyśmy dostępu do muzyki Appalachów, bluegrassu, rockabilly i tych wszystkich rzeczy. To taka lokalizacja dla wszystkich stylów. Wiesz, są takie miasta, do których zespoły po prostu nie przyjeżdżają, a jeśli przyjeżdżają, zazwyczaj jest to miasto tak duże, że ciężko, by coś, co się w nich dzieje było wyjątkowe. Dlatego jak dotąd Nashville wydaje się być idealne.

W ciągu kilku ostatnich lat Nashville zyskało, jeśli wybaczysz banał, status „trendsetterskiego miasta”. Wygląda na to, że zawsze, kiedy jest jakaś narodowa, bądź nawet międzynarodowa wzmianka o Nashville, oczywiście za każdym razem zawiera Twoje imię. Dobrze się czujesz będąc z nim kojarzony? Czy myślisz, że ty oraz twoje działania miały wiele do czynienia z odnowionym zainteresowaniem Nashville?

Nie wiem, wydaje mi się, że to powinni ocenić inni. Mogę powiedzieć tylko tyle, że robimy to, co chcieliśmy robić. Nie wiem jak wiele działo się tu, zanim tu trafiłem, bo nie znałem Nashville aż tak dobrze. Kiedy się tu przeprowadziłem, w ogóle nikogo nie znałem. I teraz, lata później, tak wiele osób z mojego muzycznego światka się tu przeprowadziło. Wszyscy z The Raconteurs i The Dead Weather żyją tutaj. Tak wiele osób, które znam z Detroit lub Londynu przeprowadziło się tutaj i pracują dla The Third Man albo gdzieś indziej w muzyce. Tyle rzeczy się zmieniło. Wiem że budynek, który kupiliśmy na Third Man Records, wydaje mi się, że leży w bardzo interesującym sąsiedztwie – mi w pewien sposób wydawał się żywy. Managerowie z Los Angeles, którzy przyjechali zobaczyć co robimy mówili: „Powariowaliście? Na dole jest klinika metadonu i schronisko dla bezdomnych!” Mi zawsze podobało się to sąsiedztwo. Nigdy nie miałem z nikim problemów, żaden z nas nie miał. Tu czuję się instynktownie i inspirująco. I tylko ta okolica zmieniła się aż tak, od kiedy wybudowaliśmy nasz budynek. Więc nie wiem, ciężko powiedzieć. Ktoś z Anglii pytał mnie o to: To drugi raz, kiedy mieszkam w najprawdopodobniej „najfajniejszym” mieście Ameryki. To stało się w Detroit, kiedy wszystko rozsadzała scena garażowo-rockowa. Ale to straszne do powiedzenia, bo musisz być zdolny rozproszyć ten rodzaj przelotnej uwagi dla miasta, dla miasta by móc się oprzeć. Bo jedynym sposobem jest pójść za tym, jeśli nie jesteś uważny. Tak więc, nie powinienem tego mówić, to nie jedyny sposób.

Ale powtórzę tylko to, co powiedziałem wcześniej, że Nashville, a także inne miasta, mogą podtrzymywać to uczucie. Myślę, że Nashville jest właśnie takie. Są inne fajne miasta w Stanach, które skupiają się na muzyce i sztuce – Portland i Austin, i miasta jak te. One mają też swoją osobowość. Co jest interesujące w Nashville, to że ma super-komercyjną stronę, której innym miastom brak. Prawdziwe biznesowe nastawienie. I co zawsze uważałem za interesujące – Hank Williams i Loretta Lynn oraz ich wydawnictwa, że to zupełnie inny sposób patrzenia na muzykę, z biznesowego punktu widzenia. Nawet jeśli to sprawy, które właściwie mnie nie obchodzą, ciągle interesuje mnie podpatrywanie, jak ci ludzie to robią. Jako muzyk jesteś do tego zmuszony – kiedy wchodzisz na scenę i te rzeczy –jest ci poświęcone więcej uwagi i jesteś zmuszony zrozumieć, jak prezentujesz się z tej biznesowej strony. Wiesz, ekonomiczna strona tego co robisz, dajesz występ, ile kosztuje jaki sprzęt, ile kosztuje pójście w trasę, jak bardzo wpływa na ludzi atmosfera, którą kreujesz, jak bardzo wpływa to na uwagę ludzi. Third Man jest tak świetnym centrum wszystkiego, w co jestem zamieszany, ponieważ tyle świetnych rzeczy może powstać w tym budynku, a my po prostu wypuszczamy w świat to, co chcemy, a jeśli ktoś jest zainteresowany, po prostu przychodzi to sprawdzić. To się stanie nie ważne co. Tak więc zawsze jestem zainteresowany zobaczeniem co uderzy w ludzi, a co nie. Niemożliwym jest to powiedzieć, wyliczyć, to tajemnica.

Kolejna rzeczą, o której wspomniałeś ostatnim razem, to że w szczególności ty i Third Man, że to wszystko nie jest tak wykalkulowane, jak się wydaje ludziom. Widzą wszystko po fakcie i myślą „Och, do tego musiał być wypracowany wielki plan wprzód”, kiedy tak naprawdę robicie wszystko na bieżąco. Więc, czy teraz podczas pobytu tutaj wyszedł z tego wielki plan i planujecie na zapas? Czy jednak dalej sprawdzacie co wyjdzie i wtedy ruszacie się dalej?

Cięgle czujemy się tu jak za dnia numer jeden. Wydaje się, że to ciągle to samo. Mam na myśli, weź na przykład coś z ostatnich rzeczy, jak LP Ultra, który wydajemy. Mieliśmy wydać go nie ważne co, czy ludzie będą nią zainteresowani, czy nie. Czy zrobimy klipy z wyjaśnieniami, czy nie, nadal mieliśmy ją wydać. Wiemy, że za każdym razem, kiedy robimy coś takiego, jedni pomyślą, że to całkiem fajne a inni, że to tanie chwyty i nie spodoba im się to, a nas to właściwie nie obchodzi. Po prostu chcemy, żeby coś istniało. Zawsze mówimy: „Po prostu możemy to zrobić, po prostu wydamy płytę, ty po prostu zaprojektujesz okładkę, po prostu wejdziesz na scenę, albo zrobisz to o tak”. A ja zawsze jestem zainteresowany tym, co mogę mieć z obecnych rzeczy. Lubię ściemniać ludziom i sprawiać, że myślą „O, to tylko tani chwyt”, ale oni nie wiedzą, co za tym stoi.

To było zabawne, ponieważ kiedy przyszedł Neil Young, od razu wiedziałem, że jest nastawiony na tę samą ideę, kiedy on dokładnie wiedział, że pomysł wydania jego płyty w cyfrowym systemie Pono w dokładnie tym samym czasie, kiedy wydaje album w budce nagraniowej z lat czterdziestych – najbardziej lo-fi jak się tylko da – i jak wiele osób nie będzie wiedziało, co się za tym kryje, nie będzie widziało znaczenia tych pomysłów i tego, jak się one ze sobą zderzają. To ciężka pigułka do przełknięcia. Myślę, że sporo ludzi wystawiło dziwną, zmieszaną opinię temu albumowi, bo nie widzą co stoi za tym, a myślą, ze to tani chwyt. Ale jeśli widzisz, co jest za tym, możesz być bliżej Neila Younga niż ktokolwiek mógł być. On pisze list do swojej matki w Niebie. Jak bliżej niego chcesz być? Jeśli nie widzisz, co kryje się za pomysłem budki nagraniowej, to omija cię coś tak pięknego.

Właściwie to chciałem zapytać co nieco na temat budki Voice-O-Graph. To chyba w The Tonight Show mówiłeś, że szukasz takiej od jakiegoś czasu. Czy to było tak, że pomyślałeś „Ale jestem tym zafascynowany, ciekawe, czy uda mi się to znaleźć”, czy raczej miałeś już konkretne pomysły na jej użycie?

Zawsze wydawało mi się, że znajdę taką budkę gdzieś na trasie, kiedy koncertowałem jak byłem młodszy. „Trafię na taką budkę gdzieś w drogerii w Serbii, czy w jakimś takim miejscu. Nie mogę się doczekać.” Kiedy czas mijał, a ja jej nie znajdywałem, a potem kiedy nadszedł czas Internetu i mogłem poszukać tam, zdałem sobie sprawę, że „Wow, jej po prostu nie ma nigdzie. Nigdzie nie ma ani jednej w użyciu”. Nie mogłem znaleźć żadnej na sprzedaż, ani nawet nikogo, kto miałby jej zdjęcie w jakimś magazynie. Wydawało się, że jest to jakieś widmo, że wszystkie zniknęły. I było tak do czasu, kiedy nie zbratałem się z tymi zbieraczami maszyn na monety. Byli zdolni znaleźć kilka modeli, które ludzie składowali gdzieś za piętnastoma maszynami do Pinballa daleko w Pensylwanii czy innym miejscu. Więc je kupiłem. Trzy różne modele. Jeden z lat czterdziestych, jeden z pięćdziesiątych, jeden z sześćdziesiątych, i jeden, który pracował był z lat czterdziestych. Tych dwóch pozostałych modeli nie mogliśmy rozpracować. Moim celem jest odrestaurowanie tej maszyny z lat sześćdziesiątych i zabranie jej do przyczepy za naszym sklepem muzycznym, żeby można było nagrywać płyty właśnie tam. Tak więc to jest następny cel.

Czy z Neilem Youngiem było to coś, czym on wyraził zainteresowanie pierwszy? Czy to ty zaprezentowałeś mu pomysł?

Lubię go, bo tak niewielu muzyków robi rzeczy takie, jak on. Robi rzeczy pisane wielką literą, w cudzysłowach, on naprawdę „Robi Rzeczy”. Ma elektrycznego Lincolna, elektryczny samochód, pracował w Lionel Trains dla niepełnosprawnych, system Pono – on naprawdę robi te rzeczy związane z mechaniką w praktyce. Sam często czułem to samo, wiele z tej kreatywności użyłem dla stworzenia The Third Man, mogłem zrobić tyle z tych rzeczy, na które wcześniej nie miałem czasu, bo byłem zasypany koncertowaniem i nagrywaniem, że nie miałem już czasu na nic innego. Więc tak, on przyszedł i zobaczył nas [odkrywających budkę Voice-O-Graph] w zeszłym roku i od razu mu się spodobała. Rzecz jasna, że świrował na jej punkcie. Tom Waits powiedział mi – powiedziałem mu kilka lat temu, że szukałem takiej budki, a on odrzekł, że nigdy takiej nie widział, ani też w niej nie nagrywał, powiedział, że nie. Tom zasugerował, żebym sam zbudował taką od podstaw, ale akurat wtedy tak się stało, że znalazłem ją w tym magazynie.

Wygląda na to, że nie ma limitu, w którą stronę zmierza ekspansja The Third Man, czy to nowa tokarnia, czy nowy magazyn. Myślicie, że istnieje jakiś limit, kiedy powiecie: „OK, możemy pokazywać tu filmy, możemy zrobić to, i to już koniec?”. Czy myślicie, że to będzie bardziej organiczne, że ciągle będziecie się rozwijać?

Jak dla mnie, mogłoby to być tak jak z domem Winchester w San Jose w Kalifornii, gdzie kobieta, która była w jego posiadaniu była przesądna – wróżka przepowiedziała jej, by bezustannie dobudowywała coś do domu, póki nie umrze. Zatem tak robiła. Myślę, że z The Third Man będzie podobnie, że ciągle będzie w budowie. Nigdy nie powinna ona ustawać. Każde pomieszczenie ma szansę ewoluować i stawać się lepsze z czasem. Możesz zawsze ulepszyć także siebie. To zawsze będzie opłacalne, bo kiedy patrzysz na wszystko co tam jest tak, że za każdym razem, kiedy budujemy coś w jednym z pomieszczeń, żadne z nich nie było śmieciowym pomysłem. To interesujące, ale nie jest opłacalne robienie czegoś takiego. Ale do czasu, zanim wdrożysz dwa lub trzy [twoje pomysły], albo dwadzieścia czy pięćdziesiąt pomysłów, niespodziewanie miejsce samo się piętnuje, odpowiada za siebie, staje na własnych nogach, staje się czymś, gdzie ludzie chcą przyjść, które to miejsce jest czymś totalnie innym od powodów, z jakich zostało wybudowane, co jest naprawdę interesujące. Ma ono mnóstwo miejsca, gdzie ciągle może się rozwijać. Mam nadzieję, że będzie tak dalej nawet po moim odejściu.

Czy macie jakieś kolejne plany co do budynków z The Third Man?

Tak więc, jeszcze nie teraz z związku z trasą, którą teraz robię. Prawdopodobnie ten rok będzie lżejszy niż poprzednie. Nadrabiamy mnóstwo z naszych pomysłów, które zawarliśmy kilka lat temu. Jest mnóstwo do zrobienia w sklepie, który chcieliśmy stworzyć oraz do nadrobienia, nadania temu wszystkiemu tempa. Także ten rok minie właśnie tak.

Chciałem nieco porozmawiać o Lazaretto. Czy to Daru Jones gra na bębnach w większości piosenek?

Prawdopodobnie w połowie, na drugiej połowie gra Carla Azar.

Coś, z czego jesteś znany, jeśli chodzi o poprzednie projekty, a przynajmniej miałeś to w nich, miałeś osobę, przy której mogłeś świecić. Rzecz jasna w The White Stripes była to Meg, miałeś kumpli tekściarzy w The Dead Weather i The Raconteurs. Czy tęsknisz za tym, czy też teraz ktoś odgrywa tę rolę?

To kompletnie inny scenariusz, gdy ludzie są zatrudniani do występowania. Kiedy jesteś w zespole i przygotowujesz się i nagrywasz i nikt nie dostaje za to kasy, po prostu dalej to robisz. Także nie możesz właściwie powiedzieć innym członkom zespołu, co właściwie mają robić. Możesz sugerować, ale nikt nikomu nie szefuje. Ale kiedy wszystkich zatrudniasz, czy ci się to podoba czy nie, musisz powiedzieć wszystkim co robić. I ludzie nie muszą wiedzieć tego o mnie, ale nie jest to moja ulubiona rola – czuję się z tym niewygodnie. Myślę, że ludziom wydaje się, że jestem dokładnym przeciwieństwem tego z powodu rzeczy, które stworzyłem, że mam jakiegoś fioła na punkcie kontroli, że lubię rządzić ludźmi. A ja naprawdę nie mam z tego żadnej frajdy. Czuję się bardzo niezręcznie, kiedy mam mówić takie rzeczy, więc znajduję inne sposoby na dostanie tego, co chcę by działo się w piosence bez mówienia im tego. Musisz także pozwolić Bogu, by pozwolił tym ludziom wykorzystać talent i robić to, w czym są naprawdę dobrzy. Jeśli masz wizję piosenki, wygląda to inaczej z zespołem, niż z wynajętymi muzykami. Jest to naprawdę interesujące. Naprawdę to kocham, bo każdy, kto jest teraz ze mną w trasie: Daru [Jones, perkusja] jest z hip-hopowego otoczenia, Lillie Mae [Rische, skrzypce i wokal] jest z naprawdę bluegrassowego, country świata, Dominic [Davis, bas] jest z bardzo folkowego klimatu, i Ikey [Owens] na klawiszach jest z punkowego świata, Fats Kaplin jest świetnym muzykiem sesyjnym, multi-instrumentalistą, który uwielbia wszystko związane ze Środkowym Wschodem oraz folk. A ja mam rock’n’rollową bazę – a także piętnaście innych sfer, country, folk – więc na scenie jest naprawdę zabawnie. Naprawdę nie wiem czym jest ten zespół. I naprawdę stał się tym, czym miałem nadzieję, że będzie, czyli pewnego rodzaju zespołem poza gatunkami. I mamy to na kilku piosenkach na Lazaretto. Piosenka Lazaretto sama w sobie – jak dla mnie, nie wiem do jakiego gatunku można ją zaliczyć, zmienia się co dziesięć sekund. Zmienia się w coś innego. To nie było zamierzone. Była po prostu napisana i taka właśnie się stała. Wszyscy ci ludzie stworzyli ją taką.

I właśnie o tym chciałem porozmawiać, o stylistyce albumu. Wiesz, weźmy piosenkę taką, jak Entitlement, to całkiem poważna ballada country. A potem składasz hołd Blind Williemu McTellowi w Three Women. Just One Drink przypomina mi Faces. Więc z materiałem solowym czujesz, że masz więcej wolności na poszukiwania?

We wszystkim, co kiedykolwiek robiłem, staram się, by każda piosenka miała własną osobowość. Jestem naprawdę znudzony albumami, gdzie wszystko brzmi tak samo, gdzie wszystko brzmi jakby było napisane za jednym zamachem. Nawet w dwuosobowym zespole jak The White Stripes starałem się, by każda piosenka miała swoją osobowość. Wiem, że jest to znacznie trudniej zrobić w takim zespole jak The White Stripes niż w takim, w jakim jestem teraz z, powiedzmy, ośmioma osobami. Kiedy jesteś w zespole, zazwyczaj to te same osoby grają na tych samych instrumentach, ale w tym scenariuszu, jak z Lazaretto, mogę poprosić kogoś, kto zwyczajnie nie gra na danym instrumencie, aby to zrobił, także w stylu, w którym zwyczajnie nie gra. Co było kiedyś strasznym wyobrażeniem, by mieć tyle osób w zespole – tak jak wtedy, gdy produkowałem album Wandy Jackson, gdy miałem w pokoju 12 osób, sekcję dętą, sekcję smyczkową, sekcję rock’n’rollową – było tam to straszne wrażenie, ale ustawiło mnie tak, że wiedziałem jak zaaranżować Blunderbass i Lazaretto, mogłem wymyślić jak wyprodukować ten styl, kiedy wcześniej nie próbowałem robić tego w żadnej mojej produkcji.

Wydaje mi się, że powiedziałeś, że zagranie tego albumu zajęło więcej czasu, niż w przeszłości. Czy to przez problemy natury logistycznej, kiedy jesteś pomiędzy trasą a innymi projektami? Czy rzeczywiście chciałeś poświęcić na to tyle czasu?

Chciałem zrobić sobie cały rok wolnego by być z moimi dziećmi tak długo jak się da, ponieważ są jeszcze małe. Nie ma zresztą powodu, by koncertować tyle, ile kiedyś. Chcę to robić tak: dwa tygodnie trasy, dwa tygodnie odpoczynku. W ten sposób nie będę z dala od nich na tak długo. A one także czasem jadą ze mną w trasę. Więc na to był główny nacisk, na spędzanie razem czasu. Miałem także dwadzieścia – dwadzieścia pięć rozpoczętych piosenek. Tak więc pomyślałem: „Nie muszę kończyć płyty teraz, bo i tak nie wydam jej w ciągu najbliższego roku, więc dlaczego nie mogę popracować nad nią po trochu?”. Nigdy wcześniej tego nie robiłem i staram się tego nie robić. Dopiero po kilku miesiącach zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego tak nie robię. Bo nie jest to dla mnie dobre. To nie jest zdrowe tak tworzyć. Ale wyrwałem się z tego scenariusza. Wypracowałem techniki, dzięki którym te piosenki nie zwiędły i obumarły. Ale po kilku miesiącach pomyślałem „Musze zacząć to wszystko na nowo, bo ja po prostu tak nie piszę, a to nie działa w ten sposób”. Udało mi się jakoś z tego wykopać.

Myślę, że był to wywiad dla „NPR”, gdzie mówiłeś o pomyśle na Lazaretto, o kwarantannie i marzeniu, jakie miałeś bardziej o zamknięciu przez jakąś obca siłę niż nałożeniu restrykcji na samego siebie. O jakich restrykcjach właściwie mówisz? Wiem, że niekoniecznie piszesz te opowiadania sam. Możesz mówić na przykład o postaci. Ale czy z nakładaniem tych restrykcji robisz tak też w życiu osobistym?

Tak, dlatego, że naprawdę chcę dokądś dojść. Czasami zatrzymywałem się i przyglądałem się jak inni ludzie nagrywają muzykę. Oni naprawdę celują w zabawę i robienie rzeczy, które sprawiają im radość. Jestem naprawdę zazdrosny, że są ludzie, którzy mogą to robić. Ja nie mogę. Nie mogę znaleźć sposobu, by mieć w tym „radochę”. Nigdy tak nie było. Myślę, że już to powiedziałem, ale kiedy byłem w The White Stripes, ciężko było cieszyć się z rzeczy, które były prawdziwym osiągnięciem. Napisałem ten wers na płycie o tym, kiedy bohater mówi jak – jak w Entitlement – za każdym razem, kiedy robię to, co chcę, przychodzi ktoś, kto mówi, że to złe. Za każdym razem kiedy robię coś tak, jak mi się podoba, zjawia się ktoś, kto chce zwalić mnie z nóg. Myślę, że to jest poświęcenie, którego dokonałem już dawno temu, że naprawdę nie mogę się z tego cieszyć i mogę winić tylko siebie. To ja jestem przyczyną problemu, który nigdy nie zostanie rozwiązany. Ponieważ prosiłem o to. Prosiłem o to, by być kimś, kto celowo podkłada się do walki.

Ciężko jest to opisać, bo to jedna z tych rzeczy, która brzmi jak, nie wiem, jakbym chciał być najświętszy czy coś takiego, nie mam pojęcia. Ale wszystko, co mogę rzec, to, że tak po prostu pracuję, chciałbym powiedzieć ludziom: „Ale mieliśmy zabawę nagrywając to!” albo „Mieliśmy frajdę grając ten koncert!”. Ludzie pytają: „Dobrze bawiłeś się dziś na twoim koncercie?” – nigdy nie wiem jak odpowiedzieć. To bardzo dziwne. Naprawdę chciałbym móc. Wiesz, ale nie wiem, czy wiem jak.

Wiesz, tu niekoniecznie chodzi o frajdę dla ciebie, ale czy przynajmniej doznajesz tego spełnienia, nawet w tym momencie, powiedzmy na żywo bardziej niż w studio? Być może dla ciebie jest to praca, ale czy czujesz się spełniony tymi momentami, które tworzysz?

Wydaje mi się, że nie wyobrażam sobie Vincenta Van Gogha rozbawionego, kiedy malował, albo Michała Anioła mającego frajdę podczas rzeźbienia Dawida. Wydaje mi się, że najlepsze o czym mogę pomyśleć to Orson Wells, który najprawdopodobniej uśmiechał się półgębkiem, kiedy konstruował pewne rzeczy. I w gruncie rzeczy to najwięcej, ile mogę z siebie dać – rzeczy, które uznaję za zabawne tak, że nikt więcej poza mną się z tego nie śmieje, ale to wszystko, o co mogę prosić. Spojrzę przez scenę i zobaczę Ikey [Owensa] grającego niesamowitą solówkę, i dla mnie to zabawne, że dzieje się to właśnie mi i jak niesamowite jest to, że to właśnie ten moment. Myślę, że to moje spełnienie.

Bycie w trasie z jedynym aerodynamicznym combo, które minutę temu przypadkowo nazwałem „Buzzcocks”?

Tak, chciałbym, żebyśmy mogli nazwać to The Buzzcocks. Moglibyśmy zrobić to jak brytyjskie zespoły, po prostu dodać nowe słowo lub zamienić literę. Jest teraz zespół, który nazywa się Eagulls, nawet nie The Eagles, Eagull [prawie jak „Mewy”].

Czy jest jakiś element ulotności w posiadaniu dwóch grup i skakania między jedną a drugą co noc? Czy może jesteś zadowolony z jednej z nich bardziej?

Chciałem znów wyjść razem z dwoma zespołami, ale z projektami, które każdy teraz ma, było naprawdę ciężko się umówić. Ludzie wydawali wtedy swoje własne albumy, Carla robiła nagranie Autoluxu, nagrywa właśnie teraz. To po prostu nie mogło się stać. Nikt nie chciał, by inni cierpieli z jakiegokolwiek powodu, w szczególności przez naszą trasę. Nie chciałem zawieść jakichś trzynastu osób tylko dlatego, że nie byłem dostępny przez kilka tygodni. Więc powiedzieliśmy „Wykombinujmy coś z obydwu, zróbmy >>Buzzcox<< z X czy cokolwiek. A może zwyczajnie nie będziemy mieli nazwy. To tak jak Fats Kaplin powiada: „Rozglądam się po scenie i mówię >>Jak ten zespół dziwnie wygląda<<”. Mam na myśli, że to naprawdę grupa odmieńców. Sprzęt, jakiego używają, sposób ich wyglądu, to banda odmieńców. To nie mogło zdarzyć się nigdzie indziej poza Nashville. To jedyne miasto, które mogło wyczarować wokół mnie taki zespół.

Muszę powiedzieć, że sam widok Daru i Fatsa na jednej scenie to nie jest coś, co myślałem, że kiedykolwiek zobaczę, zanim ty tego dokonałeś. Na pewno jestem zadowolony, że to się udało. Muszę zobaczyć kiedy zrobiłeś to nagranie Lazaretto na żywo w The Third Man, ci kolesie są odlotowi! Każda jednostka, którą tu masz to wielka indywidualność.

To dzikie. Mógłbyś powiedzieć powierzchownie, że to rock’n’rollowy zespół, gdzie właściwie żaden ze składników nie jest rock’n’rollowy. Może moja gitara, ale reszta to hip-hop, bluegrass, psychodela – to wszystko jest zmieszane w jedno, a na pełnej mocy brzmi jak ciężki rock’n’roll. Mogą zagrać piosenkę The Dead Weather albo The White Stripes, a każda z nich będzie miała osobowość i brzmiała tak samo ciężko.

I macie gościa, który był w na scenie też w Old Crow Medicine Show?

Tak!

Powiedziałeś kiedyś, że festiwale to tak jakby nie jest twoje ulubione miejsce do koncertowania. Czy masz inne podejście do grania w takim miejscu, by było to dla Ciebie interesujące?

Jest to dla mnie bardzo trudne. Nie wiem, co mam robić. Naprawdę nie wiem. Staram się włożyć w to najwięcej energii, ile tylko mogę. Czasami to tak, jakby ta energia rozpływała się przed nami w czarnej dziurze. To zależy. Moje serce jest z każdym, kto stoi przez dwanaście godzin w słońcu, nie może iść do toalety albo po napój czy coś w ten deseń, po środku tego morza. Moje serce jest z nimi, bo to ogromne poświęcenie dla muzyki, któremu ja nie umiałbym podołać, więc pozdrawiam ich za każdym razem. Nie możesz oczekiwać, że takie osoby będą miały wiele energii. To dziwny scenariusz.

Tak więc widzisz, to jak za pierwszym razem, kiedy grałem na festiwalu a Australii, nazywał się Big Day Out i byliśmy w trasie – może to był inny festiwal, nie wiem co to było. Ale grały tam wtedy zespoły jak System of a Down i Prodigy, tłum szalał. Oni mają muzykę, która pasuje do tłumu takich rozmiarów. Niektóre zespoły są idealne dla takiego otoczenia, to dla nich najlepsze miejsce do grania. Dla mnie najlepszym miejscem na koncert jest około stuosobowa sala. Albo coś rozmiaru Third Man Record. Tam czuję się najbardziej zainspirowany, czuję, że wszystko szaleje, a im większe jest to miejsce, tym mniej inspiracji czuję. Nie odbierz mnie źle: kiedy możemy zagrać Fell In Love With A Girl i 30 tysięcy albo 50 tysięcy osób odpowiada na to, to niesamowite. Ale wydaje mi się, że w mojej broni jest tylko kilka takich naboi, w całym moim repertuarze. Staram się rozgryźć, jak umiejscowić je w secie. A jeśli nie ma set listy, trzeba być tego jeszcze bardziej świadomym. Musisz być świadomy, by trzymać to wszystko przy życiu w tym sensie, że w klubie nie musiałbym tak bardzo o tym myśleć. Nie musiałbym podejmować tych decyzji.

Bonnaroo na pewno jest dla was wielkim show. To ten sam tydzień, w którym wychodzi płyta. Technicznie, nie jest to w twoim rodzinnym mieście, ale w miejscu, w którym mieszkasz. Grasz między Kanye Westem i Eltonem Johnem. Osobiście, czy to jest znaczący koncert, czy po prostu kolejny wieczór, a może poczujesz to dopiero jak tam będziesz? Wiem, że nie robisz set listy na zapas, czy więc to będzie noc typu: „Zobaczymy jak to będzie jak się tam dostaniemy”?

Bonnaroo jest zawsze świetnie zorganizowanym festiwalem. Zawsze czułem się wspaniale występując tam. Kiedy The White Stripes grali tam po raz pierwszy, nie wiedziałem co myśleć. Ale kiedy weszliśmy na scenę, pomyślałem sobie „Wow, to jest naprawdę dobrze zrobiony festiwal”. Jest świetnie wykonany. Na świecie jest wiele takich, które nie są, a ty myślisz: „Wow, siedzę teraz w bajorze błota i właściwie to nie wiem, dlaczego gram między tymi zespołami”. Lub coś dziwnego w tym stylu. W Bonnaroo wydaje się, że ludzie wiedzą o co chodzi i zawsze dało się to odczuć. Dało się to czuć z The Raconteurs. Nie pamiętam, czy grałem tam z The Dead Weather, czy nie. Ale to świetna pora, być tam każdego roku w czasie, kiedy to się dzieje, wydawać nowe albumy – to całkiem interesujące móc to robić.

Tak, widziałem tam The Raconteurs, ale nie sądzę, że grało tam The Dead Weather.

Nie wydaje mi się. Chyba grała tam Karen Elson, tak jak o tym myślę, pamiętam to.

Właściwie to jakiś koleś ochrzaniał mnie rok temu w czasie koncertu The Raconteurs, ponieważ robiłem notatki. Mówił: „Co tam notujesz w tym dzienniczku? Spieprzaj stąd!”. Zaczął po mnie jechać, na co powiedziałem: „OK, ale to moja praca, w porządku”.

To zabawne [śmiech].

Wydaje mi się, że mówiłeś, że nie robisz set list, ale zauważyłem – przynajmniej w nawiązaniu do set list z kilku ostatnich wieczorów – że coverujesz Boba Dylana i The Velvet Underground, a pierwszej nocy chyba nawet Led Zeppelin. Czy to coś, co wymyślasz na bieżąco?

Tak, to wymyślałem na bieżąco. To było tak, jak myślę, każdy wers z jednej piosenki. Chciałem pokazać, jak podobne są akordy z Coal Miner’s Daughter do I’m Waiting For A Man do tej piosenki Boba Dylana [She Belongs To Me], by pokazać, jak nieważna jest struktura akordów. To, co robi większą różnice, to jaka stoi za tym historia i jak jest opowiedziana. Sam starałem się do tego dojść podczas setu.

Tak, to jest charakter piosenki. Jak to mawiają, jest tyle dźwięków, ile jesteś w stanie zagrać. To to, co z nimi robisz. Tak więc ty tylko ilustrujesz, „Tu są podobieństwa, ale tak właściwie to te piosenki znacząco się różnią”.

Tak, ten pomysł dopadł mnie na scenie w tym krótkim momencie.

Tak więc myślę, że Elephant wyszedł w 2003.

Tak, tak myślę, to był 2003.

Tak więc ponad 10 lat. Całkiem mocno zacementowałeś swoją pozycję gwiazdy rocka w tym pejzażu, który dzisiaj jest niemal pozbawiony prawdziwych gwiazd rocka w tym starym sensie. To dotyka tematu, który poruszyłeś w „The Rolling Stone”, gdzie stoisz w tym dziedzictwie, które wykreowałeś, i które kreujesz nadal, i czy sądzisz, że otworzyłeś drzwi innym? Czy to nie za bardzo wszystko upraszcza?

Nie wiem. Sądzę, że ludzie powinni zadecydować sami. Mam na myśli, jak bardzo – jak te piosenki, które grałem tamtej nocy – jak Loretta, Dylan i Lou Reed działali na siebie? Może nie było absolutnie żadnego efektu, a może był. Nie mam zielonego pojęcia, jeśli zagłębisz się w muzykologiczną stronę tego. Ale to, co zwykle musi stać się z tego punktu widzenia, to upływ czasu. Wiesz, musi minąć czas. I myślę, że ludzie będą myśleli inaczej o Fats Domino i Chucku Berrym i wszystkich tych gościach. Tak jak Jerry Lee Lewis i Chuck Berry kłóciliby się o to, kto jest królem rock’n’rolla i takie tam sprawy. Są muzykolodzy, którzy nadal kłócą się o to, która rock’n’rollowa piosenka była pierwsza. Czy była to Rocket 88, czy jakaś inna? To bardzo interesujące. Będziemy ciągle debatowali nad tymi rzeczami, na które nie mamy odpowiedzi. Robert Johnson, spuścizna niektórych z artystów, Charlie Patton. Nie mam zbytnio opinii o swojej, ponieważ z racji wieku jestem już niemalże odmieńcem, a to dla mnie ciężkie. Tak więc jest dla mnie szokujące, że ktoś przykłada uwagę do tego, co robię. To pouczające, powiedzieć to ostatnie.

W jaki sposób czujesz się jak odmieniec? Czy masz na myśli jedynie granie rockowych piosenek na scenach tej wielkości, na jakich gracie? Czy właśnie to masz na myśli, mówiąc „odmieniec”?

W telewizji ciągle widzisz rzeczy takie, jak rozdania nagród i myślisz „Tak, to, że ten zespół tu jest, ma sens. To ma sens, że ten muzyk jest tam, i ogólnie w kulturze”. Wydaje mi się, że nie miało to sensu ani dla Meg, ani dla mnie, że The White Stripes znaleźli się w głównym nurcie. To nie było logiczne. Wydaliśmy już trzy płyty i pogodziliśmy się z tym, że najwidoczniej robimy bardzo dziwną rzecz, która ma swój mały świat z setką osób w każdym mieście, którzy mogą być tym zainteresowani. Ludzie zawsze mówili, że bazujemy na bluesie i naprawdę tak było, ale nasz pierwszy singiel miał piosenkę Marleny Dietrich na stronie B. Nasz drugi singiel zawierał akustyczną balladę. Od samego początku nasz zespół robił piętnaście różnych rzeczy.

Pamiętam, kiedy zespół wybił się do głównego nurtu, mieliśmy klip, w którym byliśmy zrobieni z Lego. Pamiętam moich bratanków i bratanice – mam ich około dwudziestu – byliśmy w domu mojego brata i widzieliśmy ten klip na MTV, moi bratankowie i bratanice uwielbiali go i mówili: „Zagraj go jeszcze raz! Chcemy go znów zobaczyć!”, na co odrzekłem: „Co? Chcecie znowu to zobaczyć?”. Musisz pamiętać, że nagrywałem na winylu i oczekiwałem, że większość rodziny powie: „O, to fajne. Nieważne” [śmiech]. Mam na myśli, że nawet kiedy robiliśmy teledysk z Lego, ciągle myślałem, że „O, to i tak coś takiego, że nikt nie pomyśli, że to fajne, ale naszym zdaniem to zabawne”. Ale właściwie nigdy nie wiesz, co wyda się interesujące. Kilka miesięcy później w telewizji pokazywali reklamę, chyba Hondy, zrobionej z Lego, były czarne, czerwone i białe. Pomyśleliśmy: „Wow, to wygląda jak nasz teledysk”. A ktoś powiedział nam: „Och, to nie ma nic wspólnego z wami, nie władacie Lego” czy coś takiego. I powiedziałem: „Tak, masz rację”. Później rozmawiałem z Michaelem Gondrym, reżyserem teledysku i zapytałem: „Czy widziałeś tę reklamę?”. Odpowiedział: „Tak, chcieli, żebym ją wyreżyserował i nie zgodziłem się, a właśnie to zrobili zamiast”.

To całkiem podobnie, kiedy artysta odmawia wykorzystania piosenki, a oni robią coś, co brzmi podobnie.

Tak, to zdarza się wielu artystom w reklamach i tym podobnym. To rzecz, która przytrafia się reżyserom, aktorom i lektorom – ludzie, którzy czytają w reklamach w radiu i takich tam.

To jak pozwalanie na grę Danielowi Baldwinowi zamiast Aleca Baldwina czy coś takiego.

[śmiech]

To interesujące, kiedy mówisz, że byłeś zaskoczony, kiedy The White Stripes trafili z tą piosenką. Ale myślę, że miało to związek z tym, że ludzie potrzebowali nowego spojrzenia na coś, co wydawało się bardziej prawdziwe, wewnętrzne. Ty jesteś gościem z gitarą, do tego dziewczyna z bębnami. To jak boysbandy i końcówka lat dziewięćdziesiątych, kiedy każdy zespół brzmi jak Limp Bizkit czy coś takiego. Czułem, jakby to była niemal naturalna reakcja na to. Ludzie mówili: „Chcemy znów usłyszeć gitary”, wiesz, co mam na myśli?

Tom Petty powiedział raz w wywiadzie, że co dekadę rock staje się albo dziki, albo przyziemny, czy jakichkolwiek słów użył. Wiesz, kiedy powstał rock’n’roll, rządzili goście jak Jerry Lee Lewis i Little Richard. Później zrobiło się cicho i swojsko do wczesnych lat sześćdziesiątych. Było bardzo w stylu How Much Is That Doggie On The Window? I zespoły instrumentalne i surferskie jak The Shadows stały się hitami – nie było już hałaśliwie. A później znienacka wszystko wróciło – uderzyli The Beatles i Brytyjska Inwazja kolejnej dekady. Dziesięć lat po tym był punk, około dziesięciu-dwunastu lat później rozpoczął się grunge. A dziesięć lat później nastąpiła eksplozja garażowego rocka. A teraz, czekaj chwilę, minęło trzynaście-czternaście lat. Być może ten model nieco zwolni w erze Internetu. Być może wszystko się zmieni. Musi się zmienić poprzez Internet. Nie ma mowy, że nie. On ma zbyt duży wpływ na kulturę. Ale tak, czekamy na kolejny zastrzyk wewnętrznego uścisku, nieprawda? Zobaczymy, co nastąpi.

Wygląda na to, że powiedziałeś już wszystko, co chciałeś przekazać w sobotnim poście na swojej stronie. Czy tak chcesz to wszystko zostawić? W weekend czytałem artykuł z „Rolling Stone” i byłem zaskoczony, że ludzie wywnioskowali z niego właśnie to. Weźmy na przykład porównywanie Adele do Amy Winehouse i nazywanie tego głupotą; w ogóle tego nie rozumiałem. To było rozsądne porównanie: Czy Adele byłaby tam, gdzie jest teraz, gdyby to inni artyści nie otworzyli przed nią drzwi? Czy uważasz, że to w pewnym sensie zostało odebrane źle?

Kocham Adele. Z The Raconteurs pracowaliśmy z nią nad piosenką Many Shades Of Black. Uwielbiam to, co ona robi. I lubię to, że robiła rzecz z duszą – ona to ma głos, człowieku. Ona naprawdę ma głos. Myślę, że mówiłem że Amy Winehouse otworzyła nowy rynek dla wokalistów soulowych, jakiego nie było od długiego czasu. W świecie garażowego rocka powstały te zespoły jak The Detroit Cobras i inne, która naprawdę pochylały się w stronę soulu, ponurego świata muzyki ery Motown. Tego mrocznego typu wokalistów soulowych. Wiesz, Mary Wells i ten rodzaj muzyków. Winehouse najwidoczniej była zainteresowana wydobyciem tych pomysłów. Też jestem zasmucony jej odejściem. Była piękną wokalistką. Miło było z nią pracować i być w pewnym sensie przyjaciółmi. Jestem smutny, że jej nie ma.

Tak jak w wywiadzie telewizyjnym, kiedy jestem z Charlie Rosem albo Conanem O’Brianem przez godzinę, nikt właściwie nic nie mówi, wtedy mogą usłyszeć mnie i mój ton głosu i zobaczyć, że właściwie to dzieje się w zwykłej rozmowie o czymkolwiek – przemysł muzyczny lub stan muzyki w kulturze popularnej. Nigdy nie dostałem ani grama sceptycyzmu po wywiadzie audiowizualnym. Ale jeśli chodzi o drukowane wywiady, myślę, że nie można napisać nic sarkastycznego w e-mailu. Lub też nie możesz przeczytać tonu mojego głosu. W druku nie możesz usłyszeć uśmiechu w czyimś głosie. Myślę, że teraz mamy inny świat, gdzie ludzie pragną słyszeć odpowiednio spreparowane wycinki wywiadu. Więc ile osób ma tak silna opinię? Dobre pytanie. Pewnie nie tak wielu. Zapewne łatwiej wziąć takie wycinki, w których brzmię sprośnie lub negatywnie, kiedy w rzeczywistości tak nie było. We wstydzie muszę to powiedzieć: „Hej, przepraszam was, ludzie. Nie chcę powiedzieć nic [negatywnego]. My rozmawiamy o muzyce”. Nie chcę być tak delikatny, kiedy mówię o czymś tak bardzo mi drogim, o czym tyle myślę. Kocham muzykologię, która stoi za tym, co dzieje się w popkulturze. To interesujące, co jest hitem, a co nie.

Prince raz powiedział coś interesującego o mnie: „Jack White nie ma hitowych piosenek. Jak do tego doszło?”. Nie obraziło mnie to. To była ważna uwaga. Nie mam takich hitów, jakie mają inni. To dziwne, kiedy ludzie przykładają uwagę do piosenek, które piszę, zawsze jestem zszokowany, że lubią to w mainstreamowym sensie. I nie staram się przez to powiedzieć, że jestem od tego fajniejszy. Nie mówię tego. Ale zawsze jestem zdziwiony. Tak więc on ma rację. On mówi o popkulturze. Biję mu za to brawo. Chcę słyszeć od niego więcej takich pomysłów.

Tak więc mówisz, że The Dead Weather nagrają płytę w 2015, a przynajmniej taki jest plan. Wyobrażam to sobie tak, że zakończysz cykl związany z Lazaretto, a później ruszysz w tę stronę. Czy wiesz coś o The Raconteurs? Czy to jest taka rzecz, która pozostaje gdzieś zawsze możliwością?

Tak, rozmawialiśmy o tym. Ja i Brendan [Benson] rozmawialiśmy ostatnio o kilku piosenkach. Tu chodzi tylko o to, że teraz Blunderbuss i Lazaretto stały się miksem mojego życia, tak samo Third Man Records; jest po prostu mniej czasu, dla mnie czasu jest tak niewiele i poza moim zasięgiem, bym mógł zrobić wszystko, co chcę. Ale on na pewno wróci. Brendan dopiero co wydał album i jest w trasie. The Kills są teraz w trasie. Queens of the Stone Age są teraz w trasie – wydali wielki album i ruszyli w trasę. Tak więc robimy co możemy. Właśnie nagraliśmy kilka piosenek The Dead Weather i zamierzamy wydać je na Vault [kolekcji The Third Man] już wkrótce. To właśnie zapowiedzieliśmy wszystkim, będziemy wydawać single na The Vault tak by był sens robić to dalej. Kolekcję wydamy być może w przyszłym roku. Na to mamy nadzieję. Miejmy nadzieję, że znajdzie się na to czas.

Robisz sobie przerwę, naprawdę?

[Śmiech] Próbowałem w zeszłym roku, wtedy też spędziłem wiele czasu z moimi dziećmi. To był mój cel. Nie pojechaliśmy na wakacje ani nic takiego. To było po prostu spędzanie z nimi całych dni. Kiedy jesteś tak zajęty, jak ja, bardzo łatwo jest pozwolić innym na wychowywanie twoich dzieci. I zawsze bardzo staram się tego nie robić – nie pozwalać innym na robienie tego za mnie. To byłby ogromny wstyd. Nie byłbym dumny z siebie jako rodzica, więc staram się jak mogę być z nimi, kiedy tylko mam okazję. Ciężko jest zabrać dzieciaki w trasę – jesteś w pracy, więc jest ciężko. Ale robię to i przeżywamy niesamowite chwile. Naprawdę, jeśli będę mieć przestój, to smuci właśnie je.

Czy w którymś momencie zeszłego roku nie poszedłeś na mecz Soundsów?

O tak, kocham Sounds i kocham baseball. Wczoraj byłem na meczu Astros. Zamierzam też iść na mecz Tigersów w Detroit jakoś niedługo. Baseball stał się nowym dodatkiem do mojej trasy, idziemy na mecz kiedy tylko jest okazja. To zabawne, że o tym mówisz, bo zrobiliśmy zdjęcie twojej okładki na meczu baseballu dzisiaj w Shreveport. Dzieci zapytały, czy będziemy grali koncert w połowie. Małe siedmiolatki.

Źródło: nashvillescene.com / Jack White (fot. ponshardencollective.com)


Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796
Dodaj komentarz jako pierwsza osoba!
 
Odpowiedz na komentarz
Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

 

    Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Pozostaw odpowiedź 
Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796