Wywiady
0 razy skomentowano

Exclusive: Smolik + Kev Fox

Dodany przez | 18/12/2015
Informacje
 
 

Piątek. Początek wyjątkowo aktywnego weekendu w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Oprócz 14. Międzynarodowego Forum Niezależnych Filmów Fabularnych, ścianami pałacu zawładnąć też miały dźwięki znanego warszawiakom festiwalu CoJestGrane. Zanim w budynku zdążył zapanować piękny, artystyczny chaos udało mi się porozmawiać z dwójką gentlemanów: Andrzejem Smolikiem i Kevem Foxem. Choć pozornie tak od sobie różni, ich wspólna płyta zachwyciła spójnym, przejmującym brzmieniem. 

Pytania zadawała: Zuzanna Sosnowska

Kev, pierwszy raz spotkaliście się z Andrzejem po Twoim koncercie w Polsce. Czy czułeś wtedy, że ta znajomość może odmienić Twoje życie w jakiś sposób?

Kev: W momencie, kiedy poznałem Andrzeja, nic nie przeczuwałem. Jednak kolejnego dnia miała miejsce katastrofa lotnicza i zostałem tutaj uziemiony. Spotkałem się więc z nim i pograliśmy razem. Wówczas niczego się nie spodziewaliśmy. Po prostu nagraliśmy jeden kawałek, ja poleciałem do Anglii i tak to się skończyło. Myślę, że wszystko dotarło do mnie dopiero, kiedy wróciłem na premierę krążka. Wyszliśmy wtedy po raz pierwszy właśnie tutaj, na zewnątrz, i pomyślałem: „cholera, co się właściwie dzieje?!”. W tamtej chwili uświadomiłem sobie, że rzeczy naprawdę zaczynają się zmieniać.

Dlaczego zdecydowaliście się na współpracę? Od początku mieliście wspólną wizję projektu czy po prostu przypadliście sobie do gustu i chcieliście spędzić ze sobą czas przy czymś kreatywnym?

Kev: Po prostu dlatego, że się kochamy! (śmiech)

Smolik: Dla mnie idealną i nierozerwalną sytuacją jest to, że muzykę robi się z ludźmi. I to, jacy ci ludzie są determinuje to, jaką się robi muzykę i czy ją się w ogóle robi. Zwracam uwagę na to, żeby ten ktoś w jakiś sposób był człowiekiem, z którym z chęcią spędzam czas i on z chęcią spędza go ze mną. Żebyśmy po prostu w pewien sposób dobrze się energetycznie spotykali w jakimś punkcie. Z Kevem spotkaliśmy się muzycznie, ale też ludzko. To jest bardzo fajny człowiek. A kiedy już nie będzie muzyki, zostanie właśnie człowiek. Ostatecznie to jest nadrzędna wartość. Nie interesuje mnie robienie muzyki z kimś, kogo nie lubię albo z kimś, z kim nie czuję się dobrze. Głównie dlatego, że tworząc muzykę spędza się bardzo dużo czasu ze sobą.

W którym momencie zdecydowałeś, że Kev jest osobą, z którą chcesz coś stworzyć? Czy to był moment jego koncertu?

Smolik: Tak. Pierwszym krokiem do podjęcia współpracy jest to, że zakochujesz się w czyimś głosie albo w czyjejś muzyce. A nie w postaci. Postać poznajesz dopiero później, czasami to trwa bardzo długo, więc trzeba ryzykować. I tym ryzykiem było to, że poszedłem na koncert Keva i po prostu olśniło mnie, że jest to człowiek, który jest muzycznie bardzo blisko mojego serca. Zaczepiłem go po koncercie i zapytałem czy zagra ze mną jeden kawałek. Z początku był sceptyczny, ale stało się co się stało i potem się spotkaliśmy. Zdążyliśmy nagrać piosenkę, ale też się polubić.

Wcześniej współpracowałeś z Kurzawską i wieloma innymi kobietami z silną pozycją na polskiej scenie muzycznej. Czy odczułeś jakąś różnicę w tworzeniu muzyki z mężczyzną, a kobietą?

Smolik: To zależy. Wydaje mi się, że kobiety mimo wszystko są bardziej wrażliwe i łatwiejsze do dotknięcia, jeżeli chodzi o takie delikatne przestrzenie typu zwariowania na swoim punkcie albo ego. Szczególnie ten rodzaj ego występującego u artystów. Z mężczyzną jednak, i tu mówię o wokalistach głównie, można rozmawiać po męsku. Powiedzieć: „Słuchaj stary, to jest złe, zrób to jeszcze raz. To jest do dupy po prostu, nagramy to ponownie”. Kilka razy ten ktoś to przełknie, najwyżej się pobijemy albo ostro pokłócimy i wrócimy do pracy od zera albo wystartujemy z jakiegoś innego punktu. Zdarza się, że z dziewczynami trzeba obchodzić się bardzo delikatnie. Nie można powiedzieć kobiecie „słuchaj kochanie, mam dzisiaj wrażenie, że trochę gorzej wyglądasz niż wczoraj”. Choćby było to najprawdziwszą prawdą. Kobiety tego nie lubią.

Czy mieliście jakieś konflikty między sobą w trakcie nagrywania albumu?

Kev: Być może było trochę napięcia. Ale też nie do końca. W trakcie tworzenia albumu najważniejszą dla nas rzeczą było to, aby nagrać go najlepiej jak tylko potrafimy. Na tym skupialiśmy się najbardziej. Nie chodziło ani o mnie, ani o Andrzeja. Kompletnie nie myśleliśmy o sobie, tylko o tym, nad czym pracujemy. I myślę, że właśnie dzięki takiej postawie zdołaliśmy uniknąć konfliktów. Kiedy Andrzej prosił mnie o zrobienie czegoś, nieważne jak trudne mi się to wydawało, wiedziałem, że muszę temu podołać dla dobra albumu. Wszystko rozwijało się w niezwykle naturalny sposób. Po prostu spędzaliśmy razem czas i graliśmy. Pozwalaliśmy ewoluować muzyce w kierunku, w którym powinna pójść. I kiedy nadchodził czas, w którym trzeba było ją delikatnie popchnąć w określoną stronę – stery przejmował Andrzej. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej sytuacji, więc nie narzekałem.

Smolik: Dokładnie tak. Jesteśmy w miarę dojrzali i doświadczeni. Nawet jeśli powstaje jakieś napięcie, to zwykle są to momenty czysto zmęczeniowe. Jak siedzisz z kimś dziesiąty dzień i robisz to samo, to można czuć się trochę znużonym. Wtedy wiesz doskonale, że nie należy przekraczać pewnej granicy i pozwalać sobie na psucie atmosfery. Najlepiej jest pójść do swoich domów albo napić się piwa, zostawić to i spotkać się za dwa dni. Taki system powoduje, że to napięcie znika zupełnie. I z powrotem wchodzimy na świeżo w tę samą sytuację. Tak jak Kev mówił – w dużej mierze też pozwalaliśmy tym rzeczom, które robiliśmy, ewoluować i iść w swoją stronę. W swoją własną stronę. To działo się trochę poza nami. Nie było tak, że mieliśmy ścisły koncept, jak jakiś kawałek ma wyglądać. Nie. Może będzie taki, a może inny. Niech on sobie żyje, a my przyglądamy się dokąd pójdzie. Tak jak małe dziecko. Jak idzie w złą stronę, to po prostu łapiemy je i naprowadzamy tam, gdzie ma iść.

Planujecie też jakąś trasę za granicą?

Smolik: On jest teraz za granicą!

Kev: Tak, za granicą, na wakacjach! (śmiech) A mówiąc poważnie, to wydaje mi się, że tak. To wydaje się być naturalna kolej rzeczy. Nasz przyjaciel pracuje w biznesie muzycznym w Wielkiej Brytanii i ma zamiar obadać sytuację, a następnie trochę nam pomóc. Ale póki co zależy nam, aby skoncentrować się maksymalnie na tym, co dzieje się tutaj, w Polsce. A dzieje się bardzo dobrze, recenzje płyty są świetne, koncerty sprzedają się wyśmienicie. Wiesz, wydaje mi się, że błędem byłoby snucie planów wykraczających poza aktualne wydarzenia. Skupiamy się na teraźniejszości i próbujemy uczynić ją tak dobrą, jak tylko możemy. Dopiero potem będziemy mogli spoglądać w przyszłość.

Smolik: Póki co jesteśmy bardzo zadowoleni z projektu i z tego, co dzieje się tutaj wokół niego.

Chyba polubiłeś Polskę…

Kev: Ludzie bardzo często mnie o to pytają: dlaczego Polska? Byłem w trasie od bardzo długiego czasu, nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Następnie wróciłem na chwilę do Anglii, ale różne rzeczy zaczęły ciągnąć mnie z powrotem do Polski – kwestie prywatne oraz plany dotyczące mnie i Andrzeja, naszego projektu. To nie była decyzja typu: „A, wyprowadzę się do Polski!”. Po prostu zacząłem spędzać tu więcej czasu, niż spędzałem gdziekolwiek indziej. Powiedziałem sobie w końcu: „Pieprzyć to, zobaczę, co z tego wyjdzie”. Tak się tu znalazłem. I wciąż jest w porządku.

Zdążyłeś już zauważyć jakieś różnice między Polską, a Wielką Brytanią dotyczące rynku muzycznego, szczególnie jeśli chodzi o same koncerty?

Kev: Jeśli mówimy o rynku muzycznym, to jest on raczej popieprzony w każdym kraju (śmiech). Więc nie zauważyłem większej różnicy. Jednak jest jedna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Na poziomie, na którym my jesteśmy, możemy już zauważyć moc konkretnej publiki, która często pojawia się na koncertach. To, że ludzie lubią pojawiać się tutaj na takich eventach znacznie pomaga artystom. To u Was naprawdę powszechne zjawisko. W Anglii jest trochę inaczej. Ludzie chodzą na koncerty, ale artystów, którzy dotarli już bardzo wysoko. A jeśli chodzi o te zespoły „po środku”? Raczej ich to nie kręci. Wolą wtedy usiąść sobie w barze przy piwie i pogadać o głupotach. Po prostu w Anglii rynek jest przepełniony ilością twórców i rzeczy, które się dzieją. Ludzie już przestają łapać się w tym, co jest dobre, a co złe. Właśnie dlatego chodzą na koncerty Coldplay, Kings of Leon czy Nicka Cave’a. Chcą usłyszeć te wszystkie znane zespoły, ale nowości? Te raczej ich nie obchodzą. Musisz dotrzeć do pewnego poziomu, aby zjawili się na Twoim show. Oczywiście, jest garstka ludzi, która wymyka się tej tezie, ale nie jest ich tak dużo, jak w Polsce. Czy w ogóle w Europie. Bo przecież w Niemczech czy Hiszpanii sprawa ma się podobnie. Anglia jest pod tym względem bardzo… dziwna. Większość amerykańskich zespołów także koncertuje po Europie non-stop. Powodem jest też to, że w Ameryce musisz przejechać czternaście godzin między koncertem w jednym mieście, a drugim. W Europie jedziesz dwie godziny. To naprawdę wielki pozytyw.

Kończąc temat angielskiego przemysłu muzycznego: czy byłeś na którymś z angielskich festiwali?

Kev: No jasne. Byłem na Glastonbury.

Szczęściarz! Jak wspominasz to wydarzenie?

Kev: (chwila ciszy)… Nie pamiętam (śmiech). To było naprawdę wiele lat temu, jeszcze wtedy grałem punk rocka. Było o wiele bardziej… dziko. Glastonbury jest jednym z tych festiwali, które zdołały się utrzymać i na których wciąż dzieje się coś naprawdę istotnego. Na przykład zespół, o którym mało kto słyszał, gra w sobotnie popołudnie przed dwoma tysiącami ludzi. Dzięki temu w poniedziałek być może sprzedadzą sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt tysięcy nagrań. Ma to więc na nich niesamowity wpływ i robi totalną różnicę. Glastonbury ściśle współpracuje także z BBC. Nadają stamtąd dwadzieścia cztery godziny na dobę. To naprawdę potężna sprawa i niesamowity festiwal. Jeden z najlepszych na świecie.

Jesteś bardzo szanowaną postacią na polskim rynku muzycznym. Świadczy o tym między innymi ilość nagród i płyt, które pokryły się platyną. Czy kiedy zaczynasz nowe projekty, czujesz na sobie presję?

Smolik: Nie mam oczywiście pokoju z nagrodami, żeby było jasne. Nagrody też nie są dla mnie w zasadzie istotną rzeczą. Jeżeli chodzi o presję: staram się o tym nie myśleć. Paradoksalnie ludziom, którym udało się zrobić wiele rzeczy i doszli gdzieś daleko w wielu sytuacjach jest trudniej. Ci ludzie muszą udowadniać, że się jeszcze nadają. Startujesz od pewnego poziomu i oczekiwania są wysokie. Musisz je leciutko przeskoczyć, żeby ludzi nie zawieść. Kiedy debiutujesz albo jesteś znikąd, łatwiej jest zrobić rzecz poniżej pewnej kreski, ale wciąż zaskakującą i świetnie odbieraną. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby zapomnieć o przeszłości, bo przecież przeszłości zupełnie nie ma. Tego co było, tego kim byłem. Jestem kim jestem w tej chwili i każdą rzecz, którą robię traktuję zupełnie odrębnie i na nowo. I oby starczało sił, inspiracji i świeżej krwi żeby komentować rzeczywistość. Krótko mówiąc – staram się nie iść utartymi ścieżkami. Słucham muzyki, chodzę do kina, smakuję życia i to wszystko potem mogę w jakiś sposób przelać na papier.

Masz też kontakt z wieloma młodymi muzykami i świeżymi projektami. Jak oceniasz aktualny stan młodej, polskiej sceny muzycznej?

Smolik: Uważam, że jest to stan błogosławiony. Polska muzyka naprawdę przechodzi renesans. Szczególnie młoda muzyka. Myślę, że to jest dopiero początek i coś z tego będzie. Ci ludzie zaczną nabierać doświadczenia. Część z nich na pewno odpadnie, bo jak zapewne zauważyłaś większość tych projektów to właśnie takie projekty sezonowe. Trwają sześć miesięcy albo dziesięć, a potem się zapomina. Potrzebujemy tych małolatów, którzy pociągną to dalej, będą naprawdę zdeterminowani i dobrzy w tym, co robią. Zdołają przetrwać w tym, o czym mówił Kev. Czyli w tym przesaturowaniu rynku. Jest wszystkiego za dużo. Ludzie idą na znane nazwiska, bo już nie chce im się szukać. Wolą iść na coś co znają i to ich nie zaskoczy, niż na coś, co potencjalnie nimi wstrząśnie. Jednak wierzę w to, że tworzy się ta nowa polska scena. Zostanie garstka, ale ta garstka będzie bardzo silna. Jeśli przetrwają, to znaczy, że są bardzo dobrzy, silni i mocni.

Czy uważasz, że nie powinni ograniczać się na Polskę i przystąpić do ataku na resztę Europy?

Smolik: Uważam, że jest to podstawa. Oczywiście jeżeli nie zrobisz kariery w Polsce, to nie zrobisz jej też zagranicą. Nie oszukujmy się. Większość europejskich krajów radzi sobie z eksportem, a Polska nigdy sobie z tym nie radziła. Jest jednak nadzieja. Miast w Polsce jest niewiele. Zespoły mogą zagrać dwadzieścia czy trzydzieści koncertów, i co dalej? To nie wystarcza nawet, żeby przetrwać materialnie. Dopóki nie otworzą się europejskie festiwale, tego wybuchu nie będzie. To jest bardzo ważne, żeby ci młodzi ludzie byli w stanie wyjeżdżać zagranicę. Z drugiej strony mamy świadomość, że z polskim językiem nie wyjadą. To musi być angielski. A ten z kolei w Polsce radzi sobie o wiele gorzej niż polskie wersje. Są ustawy, które mówią o tym, że polska kompozycja z angielskim tekstem to już nie jest polska piosenka i nie mieści się w tych 30%, które trzeba puszczać w stacjach. Po drodze jest więc o wiele więcej przeszkód, kiedy robisz muzykę zupełnie po angielsku.

Skoro zapytałam Keva o festiwal, to jak to ma się w Twoim przypadku? Bywasz? Co sądzisz o wzorowaniu się na festiwalach zachodnich, wychodzi nam to?

Smolik: Na festiwalach pojawiam się rzadko. Kiedyś bywałem. Jednak bardzo nie lubię tłumu. A co do wzorowania się: jesteśmy w Europie. Kina wyglądają tak samo, restauracje wyglądają tak samo, samochody wyglądają tak samo. Analogicznie z festiwalami. Jest to pewien format. My tego nie wymyśliliśmy. Ci ludzie zanim zaczęli robić festiwale jeździli do Europy Zachodniej albo nawet do Ameryki i obserwowali jak to jest skonstruowane. Na bazie tych doświadczeń zaczęli budować swoje wyspy w Polsce. Dziwne byłoby to, że nagle polski festiwal jest zupełnie alternatywną formą w porównaniu do tego, co jest zagranicą. Jest jednak jedna rzecz, której się nie nauczyliśmy jeszcze i ubolewam nad tym i dlatego szanuję Męskie Granie, które się wymyka tym wszystkim trendom. To, że w Polsce polskich artystów, nawet tych największych, nie traktuje się jako headlinerów. Jako wielkie nazwiska. Wręcz nie umieszcza się ich w komunikatach medialnych, co moim zdaniem ich silnie deprecjonuje. Wielkie festiwale w Hiszpanii, Anglii, Francji i innych świetnie rozwiniętych krajach, które mają dużo lokalnej muzyki, stawiają swoich bardzo wysoko. I tego się jeszcze musimy nauczyć. Wtedy także tym młodym zespołom, o których mówiliśmy, będzie łatwiej. Oni będą wypisani dużymi literami na równi z tymi, których importujemy. I to jest wtedy fair play.

Kev, jesteś dla nas wciąż chodzącą zagadką. Nie wiemy o Tobie wiele. Czy to zamierzony zabieg?

Kev: (śmiech) Większość czasu spędzam na trasie, podróżując i grając muzykę. Nie osiedlam się nigdzie na dłużej i nie mam czasu na zajmowanie się internetowymi sprawami, tak jak napisanie całej strony w Wikipedii na swój temat. Ta tajemnicza otoczka powstała więc kompletnie przez przypadek. I to jest w sumie fajne. Nie zamierzałem tego, ale zdaje się działać świetnie.

Kev Fox i Smolik (fot. materiały prasowe)