Wywiady
0 razy skomentowano

Exclusive: Milky Wishlake

Dodany przez | 23/01/2016
Informacje
 
Format
 

W pewien zimowy wieczór, przy gorącej czekoladzie, z ust twórcy projektu Milky Wishlake słów kilka o muzyce.

Pytania zadawała: Kamila Jasińska

Ostatni weekend, Europejskie Targi Muzyczne Co Jest Grane? – jak wypadł koncert?

Z reakcji publiczności i opinii ludzi, którzy podeszli do mnie po koncercie wnioskuję, że dobrze. Dla mnie było to cudowne przeżycie. Mogę o tym opowiadać w samych superlatywach, albo nie mówić nic. Ale ludziom się najwyraźniej podobało.

Masz wydaną EPkę i świeży singiel, co zaprezentowałeś na tym koncercie?

Na koncercie pojawiły się trzy utwory z płyty, włącznie z singlem. Mieliśmy nieco ograniczony czas z uwagi na to, że to był showcase, a te trwają krótko. Zagraliśmy także trzy starsze utwory z EP. No i pojawiło się dużo mojego gadania, jak na każdym moim koncercie.

Zajmuje się Tobą Nextpop – czy przewidujesz jakieś kooperacje z artystami z labelu? Z Fismollem, Oly.? Widziałam, że ruszyliście wspólnie w Polskę, czy przygotowaliście coś wspólnego? Jak wygląda kontakt między Wami?

Kontakt jest bardzo dobry i nie mogłoby być przytulniej, niż jest. Jeśli chodzi o współprace, to na mojej płycie pojawią się wokale Oly., w dwóch utworach – w jednym bardziej, w drugim mniej słyszalnie. Dodam też, że w jednym z utworów zaśpiewał Dawid Podsiadło. Obecnie zajmuję się też remiksem Baascha. Jesteśmy wszyscy w pełnej komitywie. Na pewno w przyszłości będziemy współpracować jeszcze więcej.

Twój perkusista (Péter Somos) – coś poza tym, że jest zza granicy? Jak się poznaliście?

W pewnym sensie obydwaj jesteśmy zza granicy, w tym rozumieniu, że poznaliśmy się właśnie za granicą na studiach w Rotterdamie już 5 lat temu. Ja byłem wtedy na drugim roku, on na pierwszym, na Wydziale Jazzu w Codarts. Péter pochodzi z Węgier i dzięki temu, że moim gitarzystą był także inny Węgier, zaprosiłem go w zastępstwie do pojechania w krótką trasę po Śląsku. Już po pierwszej próbie wiedziałem, że będziemy grali regularnie, więc musiałem wykopać starego perkusistę. I tak już zostało.

Słuchałam dziś Twojego krótkiego wywiadu, którego udzieliłeś podczas Openera. Jak się odnosisz do takich wystąpień z przeszłości?

Nie czuję zażenowania. (śmiech) Czas pomiędzy Opener’em, a dzisiaj jest dosyć krótki i tylko żałuję, że nie porozmawialiśmy dłużej.

Wiem, że Ty sam zajmujesz się też jazzem. Istnieje coś takiego jak Quantum Trio…?

Tak, istnieje i prosperuje. Quantum Trio jest kolejnym tworem, który powstał gdy byłem na studiach w Rotterdamie w 2012 roku, gdzie spotkałem się z erasmusowcem, Michałem Ciesielskim, saksofonistą z Gdańska i moim kolegą Luisem Mora Matusem, z którym studiowałem razem na roku. Nasze pierwsze zetknięcie ze sobą miało miejsce na tzw. ensemble class, gdzie grało się w minimum kwartecie zadany materiał. Nie minęło wiele czasu, zaczęliśmy sobie w trójkę regularnie improwizować przed lekcjami zanim jeszcze wszyscy przyszli. I tak powoli powstawał zespół. Nasze trio można nazwać około-jazzowym; inspirowane jest także muzyką klasyczną, rozrywkową, naszymi folkowymi tradycjami i… nie wiem czym jeszcze – trzeba posłuchać! No i jest to trio dosyć osobliwe, bo bez basu. Staram się na fortepianie wypełniać obie funkcje – harmoniczną i pulsującą.
Wydaliśmy w kwietniu tego roku nasz debiutancki album Gravity nakładem warszawskiej wytwórni For-Tune. Można ją kupić w Empikach lub na stronie wytwórni albo posłuchać na Spotify, wejść na fanpage’a

Jak odnosisz jedno do drugiego – jazzowe trio do Milky Wishlake, i jak będą się miały trasy tych dwóch projektów do siebie nawzajem, czy pogodzisz to jakoś?

Myślę, że pogodzę to czasowo. Mam niemal identyczną motywację do obu projektów. Do pewnego momentu myślałem, że jestem w stanie robić tylko jedną rzecz, czyli śpiewać, pisać i produkować muzykę, ale we wrześniu spotkaliśmy się z chłopakami z Quantum i zrobiliśmy taką sprawdzającą trasę, w pewnym sensie, żeby zweryfikować, czy możemy dalej ze sobą grać, czy jest w tym sens. Okazało się, że ma to ogromny potencjał i że każdy z nas zachował odpowiednią energię do kontynuacji. Podjąłem wtedy decyzję, że nie ma wyjścia i trzeba pogodzić te dwa projekty. Są to też dwa różne doświadczenia – gra na fortepianie i interakcja z Michałem i Luisem wywodzi się z trochę innego miejsca niż Milky Wishlake. Tym bardziej jestem podekscytowany, że mogę prowadzić oba te projekty.

Wracając do Milky Wishlake. Pétera poznałeś 5 lat temu, EPka została wydana w minionym roku. Kiedy zaczęliście razem tworzyć, działać, jak doszło do powstania projektu?

Od momentu powstania mojego pierwszego zespołu pisałem sam. Dlatego ten proces, jak gdyby… nigdy się nie rozpoczął. Péter mieszka w Polsce już od ponad roku i od razu wiedziałem, że będziemy wspólnie grali. Jeśli chodzi o wkład twórczy, to Péter jest jedną z osób, z których opinią zawsze się liczę i często pytam o zdanie. Szczególnie jeśli chodzi o warstwę rytmiczną moich utworów.

Jakie są Twoje inspiracje?

Moją pierwszą motywacją do tworzenia tego typu muzyki była głównie chęć sprawdzenia się jako producent. Chciałem zobaczyć czy będę w stanie stworzyć i wyprodukować samodzielnie utwory o pewnym zabarwieniu. Na swojej EPce miałem ścisłe założenia, co do każdego z utworów, chciałem w nich oddać konkretnego ducha. W utworze Sayaka chciałem zawrzeć coś ulotnego, miłe wspomnienie o czymś pięknym, inspirowałem się wtedy fragmentem filmu krótkometrażowego Migracje III, do którego pisałem muzykę. Gdzieś podświadomie myślałem o Talk Talk, szczególnie w warstwie instrumentalnej. W Bronze Age chciałem oddać hołd Burialowi, który inspirował mnie od samego początku. Udało się to tak, jak się udało. Generalnie, chciałem się sprawdzić w różnych gatunkach.

To słychać na EPce – każdy utwór jest zupełnie różny od poprzedniego.

Dokładnie. Jeśli chodzi o inspiracje życiowe, to na pewno w warstwie tekstowej zawsze inspirowało mnie piękno i pewna ambiwalencja świata. Świat jest piękny, ale niestety strasznie skomplikowany – w dużym uproszczeniu o tym są moje teksty. Także o relacjach damsko-męskich. Mój pierwszy album będzie traktował głównie o tej tematyce. Właściwie chyba wszystkie teksty są dokładnie o tym. (śmiech)

Opowiedz o swoim teledysku – kształt tego klipu to był Twój pomysł?

Pomysłodawczynią klipu była Sonia Egner, polska tancerka i choreografka, absolwentka Codarts Dance Academy. Klip nie powstałby jednak bez kreatywnego wkładu grupy tancerzy, która ówcześnie pracowała przy spektaklu Legendy w choreografii Kayi Kołodziejczyk w Teatrze Rozbark w Bytomiu. Mieliśmy szczęście, bo teatr udostępnił nam wtedy salę. Koncept montażowy klipu to już moja robota. To historia mężczyzny, który do końca nie jest już sobą. Winna temu jest oczywiście kobieta. A może kobiety. Interpretację zostawiam widzowi.

Skoro w każdym ze swoich projektów masz międzynarodowy skład – czy przygotowujesz się na eksport swojej muzyki?

Oczywiście, jestem na to przygotowany od „dnia zero”. Nie tworze muzyki ściśle dla Polaków, nawet nie wiem jakby to miało wyglądać. No chyba że zaśpiewam po polsku, czego też nie wykluczam. Ludzie zza granicy coraz lepiej reagują na muzykę z naszego kraju, myślę, że nie mamy się czego wstydzić. Ja chyba też nie.

Planujesz już powoli tę przyszłoroczną trasę?

Psychicznie już się do niej przygotowuję. Jednak gdzie zagramy i jak długa będzie to trasa, wszystko jest jeszcze tajemnicą.

Jesteś zadowolony z tego jak na Twoją muzykę reagują ludzie?

Odzew z koncertu na koncert jest coraz wyraźniejszy i ja czuję się coraz pewniej. Czuję, że ludzie coraz bardziej nastawiają ucha, nawet ci, którzy słyszą mnie po raz pierwszy. Mam nadzieję, że z koncertu na koncert będziemy docierać do coraz większej liczby słuchaczy.

Jakie są Twoje cele, marzenia koncertowe? Może jakaś konkretna scena do podbicia?

Każdy klub, w którym zmieści się dużo ludzi i najlepiej, wyprzedadzą bilety. (śmiech) Na razie, małymi kroczkami do przodu, a potem kto wie, może w końcu spełnią się marzenia stadionowe. Oczywiście, wtedy i zespół mocno się powiększy.

Każdy typ muzyki jest stworzony do innego typu prezentacji i odbioru.

Dlatego ja jeszcze nie do końca się szufladkuję. W głowie zachowuję ten margines – część tych utworów dobrze brzmiałaby na stadionie, bo mam „stadionowych” muzyków. Mój basista i perkusista są muzykami pełną gębą i mają duże brzmienie i z doświadczeniami gry z nimi wiem, że nie można się ograniczać. Nigdy moim celem nie było granie dla jakiejś ściśle określonej niszy.

Czy jest artysta, z którym marzy Ci się wydać jakiś kawałek?

No oczywiście! Chciałem wystąpić na scenie z tego co zostało z Queen – z gitarzystą Brianem May’em i perkusistą Rogerem Taylorem, nawet jeśli miałby to byś trzyminutowy występ, absolutnie obojętnie gdzie, to po prostu umarłbym ze szczęścia. Mój żywot w pewnym sensie zatoczyłby koło, spotkałbym idoli, którzy mnie muzycznie wychowali.

Co byś robił gdyby nie muzyka?

Pewnie poszedłbym w biznes gastronomiczny. Strasznie mnie to jara, głównie samo gotowanie, ale presja, szybkość i wymagana kreatywność sprawiają, że prowadzenie biznesu kulinarnego na wszystkich szczeblach przypomina mi trochę bycie muzykiem -freelancerem, producentem, pianistą jazzowym… Wszystkie te umiejętności, które są potrzebne do zarządzania sobą mogłyby się przydać w takim biznesie. Trzeba być po trochę managerem, umieć gotować, wymyślać menu, wiedzieć jak udekorować lokal. Trochę mnie to pociąga, ale to może za jakieś dwadzieścia lat. (śmiech)

Czy już czujesz, że Twoje życie się zmienia przez muzykę, rozpoznawalność…?

Muzyka od zawsze dyktowała moim życiem, więc nie czuję żadnych wielkich zmian. Może tylko tyle, że przeprowadziłem się do Warszawy i pracuję z nią więcej niż dotychczas.

Zaskocz nas czymś!

Uwielbiam hip hop! Napisałem ostatnio muzykę do spektaklu tanecznego pod tytułem Mrowisko w choreografii Pauliny Jaksim i Kuby Mędrzyckiego. Czterdzieści minut przedziwnego gotyckiego ambientu i techno. Piszę także muzykę do spektakli teatralnych.

Milky Wishlake (fot. materiały prasowe)