Wywiady
0 razy skomentowano

Exclusive: Martina M.

Dodany przez | 12/10/2016
Informacje
 
Format
 

Warszawą zawładnęła obrzydliwie zimna, wilgotna i pochmurna aura. Gdzieś pomiędzy tłocznymi ulicami ruchliwej stolicy co moment odbywają się rozmowy, którym warto się na chociaż moment przysłuchać. Należała do nich moja rozmowa z Martiną, która trwała długo i była pełna tych ładnych sentencji, które chce się potem maniakalnie cytować.

Ta młoda wokalista ma temperament i jasno określoną tożsamość. Wie co mówi i zna swoje stanowisko w życiu. Opowiedziała mi dzisiaj swoją historię „ubrudzonej życiem warszawskiej syrenki” o skrajnych upodobaniach artystycznych, z których każde było składową wyprodukowanego albumu. Zaczęła od gospelu, podbiła uczelnię w Londynie i wróciła do Warszawy z własnym krążkiem i sceną czekającą na jej przyjęcie.

O szczerości, postrzeganiu alternatywy w muzyce, o pęczniejącyh pomysłach, swojej nowej płycie, nadchodącym premierowym koncercie, podejściu do muzyki i o tym, skąd i po co wzięła się na scenie opowiada debiutantka Martina M.

Kim jesteś?

Myślę, że jestem bardzo wrażliwą osobą, która na co dzień tego nie pokazuje, a która ma bardzo dużo przemyśleń, które wychodzą ze mnie w procesie twórczym, kiedy wyłączam zewnętrzne bodźce, zdejmuję pancerz, moją zbroję i wszystko wychodzi jak zaczynam pisać moje piosenki.

Co chcesz powiedzieć ludziom?

Ze wszystkich doświadczeń ostatnich lat, które doprowadziły mnie do powstania mojej płyty – moje dzisiejsze przemyślenie. Cokolwiek by się nie działo w waszym życiu, możecie to przepracować, przetworzyć na coś pięknego – bez względu na to, czy będzie to refleksja, dzieło sztuki, czy nowy projekt. Z mrocznych, trudnych momentów, ale i z pięknych, ekscytujących (które też potrafią być dewastujące), możemy stworzyć coś namacalnego. Chcę przekazać, że jesteśmy siłą sprawczą i twórczą.

Do kogo śpiewasz?

Do wszystkich, którzy są wrażliwi na słowo i na muzykę. Nie ukrywam, że w mojej muzyce słowo jest bardzo ważne, może też dlatego, że mam solidny literacki background (przyp. red. Martina studiowała literaturę francuską i włoską w Londynie). Jestem wrażliwa na język, semantykę. Więc myślę, że do wszystkich, którzy są wrażliwi i otwarci na nowe doświadczenia i bodźce.

Co robisz, żeby być zadowoloną z własnego tekstu?

Przede wszystkim staram się pisać o czymś, co jest mi bliskie, zaraz pod skórą. O czymś, z czym potrafię się utożsamić. Technicznie – staram się dobierać słowa, które wydają mi się ciekawe, które mnie zastanawiają. Choćby „mankament”! Jest w nim coś lekko archaicznego, czuć jego energię potencjalną. Kieruję się zadziornością, chyba to odpowiednio określa moje teksty.  Chcę, żeby teksty przykuły uwagę, złapały człowieka za wątrobę.

Muzyka to Twój pamiętnik, czy wyznanie, które już komuś zdążyłaś złożyć?

Florence Welch śpiewa „ it’s so easy to say it to a crowd but it’s so hard, my love, to say it to you out loud”. Myślę, że to kompletny paradoks, że o wiele łatwiej coś spisać i wyśpiewać. Polski język, a obracam się w czterech językach, działa zupełnie inaczej niż pozostałe. „Kocham cię” powiedziane po polsku powoduje ostrą gęsią skórkę. Mimo to po polsku i do tłumu łatwiej mi przekazać rzeczy, których nie mam odwagi powiedzieć bliskim. Myślę, że to jest mocno autorefleksyjna opcja.

Koncert już jutro. Jak się przed nim czujesz?

O tyle, o ile wydaje mi się, że nie ma we mnie jakiegoś zdenerwowania związanego z występem na scenie, to strasznie mnie stresują wszystkie czynności „dookoła”. Wszystkie przygotowania, logistyka prób, sprawy wizerunkowe – które według mnie stanowią dopełnienie muzyki, dźwięków. Również kwestie techniczne i akustyczne…

Czyli to, nad czym nie jesteś w stanie sama zapanować.

I to jest własnie najbardziej dla mnie stresujące! Mam tendencję do „nadkontroli”, tu pozdrawiam Anię z wytwórni, która pewnie niejednokrotnie miała ochotę mnie za to zabić. Mam świadomość, że to gdzie się znajduję to efekt orki, wieloletniej pracy. Dlatego mam poczucie, że jeśli ja tego nie zrobię, to nikt inny nie zrobi tego tak dobrze. A to oczywiście głupota, bo niektóre rzeczy trzeba oddać specjalistom.

Co będzie się działo na koncercie?

Będzie świetnie! Będą ze mną moi genialni muzycy: Rafał Dudkiewicz na perkusji, który jest  bardzo młody a uczy chociażby w Drum Academy, oraz fenomenalni klawiszowcy Miłosz Oleniecki i Adam Bieranowski. Zapraszam wszystkich żeby posłuchali, jak genialnie brzmią razem!

Będziemy mieli też wizualizacje wykonane przez moją utalentowaną kumpelkę, Paulinę Ciok. To uzupełni koncert. Jestem osobą, która doświadcza synestezji, widzę dźwięki w kolorach, dlatego obraz jest dla mnie niezmiernie ważny.

Przede wszystkim ten koncert będzie osobistym spotkaniem. Dlatego mam nadzieję, że każdy obecny poczuje, czym jest tytułowa Prozopopeja. Gama utworów, a gramy je zgodnie z kolejnością na płycie (premiera w nadchodzący poniedziałek!), stanowi właśnie prozopopeję. Jest tam mnóstwo moich twarzy, wręcz postaci które żyją we mnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia do momentu pewnych wydarzeń.

Mam nadzieję, że wszyscy, którzy się pojawią, odczują tę prozopopeję na własnej skórze i wysłuchają moich historii.

Płyta stanowi dla mnie książkę, a każdy utwór jest w niej rozdziałem.

Czym ma być dla Ciebie ta płyta?

Mam nadzieję, że każdy kto będzie jej słuchał, wyczuje ogromną szczerość z mojej strony. A może nawet, że ludzie docenią odwagę, bo mówię o bardzo osobistych rzeczach. Mam też nadzieję, że moje utwory mogą pomóc w niektórych momentach w życiu, czy umilą inne. Jest tam pełno „ups and downs”, jest euforia i jest dramat i chciałabym, żeby to była podróż, którą sama realizowałam przez lata. Mam poczucie, że ta płyta, to jestem ja i po tylu latach pracy, wahań, wyborów, mogę powiedzieć że jestem z niej w pełni zadowolona.

Skąd wzięła się muzyka w Twoim życiu i dokąd ma Cię zaprowadzić? Chciałabyś pozostać alternatywną artystką? Co myślisz o komercjalizacji Twojej muzyki?

W naszym kraju „alternatywny” kojarzy się z jakością. A nawet poszłabym dalej – na polskim rynku żeby coś było dobre, musi być alternatywne, offowe. Natomiast ja, przez moją miłość do melodii i zaczepność szlagwort’ów chciałam odczarować tę powtarzalność. Przede wszystkim nie nazwałabym tej płyty niszową. Na pewno są tam numery trudniejsze, ale na przyład singiel jest według mnie mainstreamowy, głównie ze względu na budowę, mimo zadziornego bridge’a. Nie podoba mi się powszechne przekonanie, że wyższa jakość musi iść w parze z offowością.

Co do przyszłości – miałam zagwozdkę, czy uda mi się przerzucić z niełatwego, akademickiego trybu, który w tym momencie realizuję na SGHu, na pracę muzyczną, studyjną. Ostatnimi czasy przekonałam się, że taka praca jest emocjonalnie dużo bardziej wykańczająca, niż robienie researchu w książkach. W sztuce nie ma półśrodków! Wypruwasz siebie, nie zrobisz kurtyny. Jedni stawiają bardziej na kreację, jak Lana del Rey, inni, jak ja – na pracę na emocjach. Jest to zupełnie inny rodzaj działania i nie ma porównania między nimi i satysfakcją, jaką przynoszą.

Podczas pisania tej płyty wydawało mi się, że wszystko z siebie wyrzucę i nie będę miała co robić potem. A jak oddałam cały materiał, to okazało się, że mam to o czym mówiła moja pani od polskiego – „Martyna, tobie zawsze pęcznieje!”. Ja zawsze muszę okrajać, tak jak to któryś z francuskich autorów pisał „przepraszam, że piszę do ciebie tak długo, ale nie miałem czasu, żeby zsyntetyzować”.

Jeśli chodzi o studia, to wiadomo też, że rodzina ma na to wpływ, oraz życiowy background. Dochodzi do tego poczucie obowiązku. A ja jestem zadowolona ze swoich studiów, bo jedne i drugie ogromnie mnie ukształtowały, ale to muzyka daje mi największą satysfakcję.

Gdybyś mogła wysłać zaproszenie na swój koncert komukolwiek, nawet gdzieś w zaświaty, to do kogo by trafiło? Z kim chciałabyś obgadać to, co teraz robisz?

Jedną z pierwszych osób, która mi przyszła do głowy, jest Leonard Cohen. Jestem zakochana w jego pierwszych płytach, w ascetycznym gitarowym graniu. Trudne pytanie, nawet nie mamy świadomości jak liczne inspiracje czerpiemy w życiu. Bardzo bym chciała zobaczyć pod sceną Mary J Blige i Ninę Simone. Ja jestem pełna kontrastów, ucieszyłabym się gdyby pojawił się tam Mos Def czy Ice Cube. Bardzo lubię hip hop, bo tam nie ma miejsca na ściemę.

Przede wszystkim będę przeszczęśliwa, jeśli moi mentorzy, z których każdy jest ogromnie zapracowany, przyjdą na mój koncert. Mam tu na myśli Bartka Królika, Marka Piotrowskiego, Janka Smoczyńskiego, Bartka Kopyta aka DJ Deszczu Strugi, Olka Kowalskiego aka Czarny HiFi, Wojtka Sokoła, Piotrka Szmidta aka Ten Typ Mes. Nie trzeba daleko szukać, oni wszyscy są moimi guru, to są ludzie, na których spoglądam z ogromnym szacunkiem. A między nami, wciąż marzy mi się support na trasie z Mesem!

Jakiś instrument marzeń do ściągnięcia i udziału na kolejnej płycie?

Lira korbowa! Może brzmieć jak wiolonczela, chociaż jest dużo ciekawsza.

Co chcesz, żeby ludzie o Tobie wiedzieli, zanim odsłuchają co właśnie wydajesz?

Chcę, żeby wiedzieli, że prawie wszystkie kompozycje stworzyłam sama na moim moim keybordziku. Teksty też pisałam sama. W pierwszym stadium kompozycji nie było osób trzecich.

Nie boisz się krytyki?

Nie, absolutnie. Wydaje mi się, że można się jej bać, gdy nie jest się przekonanym do tego, co się zrobiło.

My jesteśmy przekonani. A do odsłuchu specjalne zaproszenie na koncert Martiny:


Martina M. (fot. materiały własne)