Wywiady
0 razy skomentowano

Exclusive: Krzysztof Zalewski

Dodany przez | 02/08/2016
Informacje
 
Format
 

Podczas Festiwalu Co Jest Grane 24, który ociekał rodzinną atmosferą i letnim słońcem, udało mi się w końcu złapać Krzysztofa Zalewskiego i porozmawiać o płytach, planach, inspiracjach i artystycznych doświadczeniach. Zaraz po zejściu ze sceny i spotkaniu z fanami, w garderobie na tyłach głównej sceny, na której pojawiały się pierwsze dźwięki koncertu Ørganka muzyk opowiedział mi wyczerpująco o sobie, swojej muzyce i nie tylko. Dzięki wdzięcznym wypowiedziom artysty prezentuję Wam obszerny wywiad, miłej lektury!

Pytania zadawała: Kamila Jasińska

Co spowodowało, że wybrałeś Zelig na tytuł swojej płyty? (Zelig – film Woody’ego Allena z 1983 r.) Czy to padające w filmie zdania dotyczące tego, jak to jest móc być kimś zupełnie innym, czy może przeciwnie – ogólne przesłanie, czyli to, że powinno się pielęgnować własną tożsamość, zasugerowały taki wybór tytułu?

To bardziej autoironia. Numery powstawały bardzo długo, każdy był z innego okresu, z innej parafii muzycznej, więc żeby to jakoś skonsolidować i nadać temu jakiś kształt trzeba było znaleźć wspólny mianownik. I ten wspólny mianownik jest taki, że w miarę naturalnie potrafię się wpasować w każdą stylistykę. Siłą rzeczy to takie puszczone oko, tak to ma po prostu wyglądać. A tak poza tym po prostu lubię ten film Allena. Na przykład Queen nazywali płyty tytułami filmów braci Marks. Nie wiem tylko jak będzie wyglądał tytuł następnej płyty, bo Zelig jest taki międzynarodowy, a na przykład Take the Money and Run już się nie przekłada, Hannah i jej siostry – też nie bardzo. Będę musiał wymyślić jakiś inny patent na następny tytuł.

Czekamy na Twój następny krążek, czy wiadomo kiedy możemy się go spodziewać? Na jakim etapie prac jesteś?

Muzykę mam w zasadzie w 95% nagraną już od bardzo dawna. Tylko jeszcze nie dokończyłem tekstów ze względu na to, że szczególnie teraz, w lecie, jest sporo grania, a gram z moim zespołem, gram solo act’y, gram też z Brodką czy trasę Spragnionych Lata z piosenkami Beatlesów, z Tymonem Tymańskim, Natalią Grosiak i Natalią Przybysz, oprócz tego zrobiłem parę duetów – z techno duetem catz ‘n dogz, z elektronicznym artystą z Prosto SoDrumatic – przeróżne rzeczy, niektóre już wydane, niektóre dopiero wyjdą. W każdym razie nie miałem takiej chwili, żeby gdzieś wyjechać, zamknąć się na dwa tygodnie i zwyczajnie skończyć te teksty.

No właśnie – niejednokrotnie wspomniałeś, że pisanie tekstów sprawia Ci problem. Na czym polega ten kłopot, z czego wynika?

Może z tego, że jestem zodiakalną Panną i w pewnym sensie jestem perfekcjonistą. Może nie do końca to słychać podczas solowych koncertów, bo jeszcze sporo tam chaosu, ale to też traktuję jako projekt rozwijający się, rozwojowy. Natomiast szczególnie język polski nie darowuje miałkości, nie darowuje głupawych sformułowań. Po angielsku nawet średnio porywający tekst nie będzie bolał. Natomiast po polsku tekst musi być naprawdę dobrze napisany. Nawet jeżeli to jest po prostu piosenka o miłości, to musi być tak napisana, żeby nie bolało. Niestety większość rzeczy, które lecą w radiu – bolą. Ostatnio usłyszałem piosenkę, która mnie kompletnie wywróciła na plecy: „ona widzi we mnie piniądz, wystroiła się jak Bejons” więc czuję, że również na moich barkach spoczywa obowiązek, żeby walczyć o utrzymanie poziomu w polskich tekstach. Póki co Kaśce Nosowskiej, Budyniowi, momentami Wiraszce nie wiem kto może „fiknąć”. Na pewno jest ich jeszcze paru, tak z czubka głowy rzucam, ale nie ma zbyt wielu zawodowych tekściarzy w Polsce.

To teraz trochę o Smoku Wawelslkim w reżyserii Bagińskiego. Fantastyczne produkcje science-fiction pod patronatem Allegro – jak doszło do tego, że nagrałeś kawałek do jednej z nich?

Zadzwonił do mnie kolega, żebym zaśpiewał – to zaśpiewałem. Taka jest najprawdziwsza prawda. Zawsze ostatecznym warunkiem, czy wezmę w czymś udział, czy nie, jest to, czy mi się to podoba. Marcin Macuk zrobił znakomity podkład, świetnie tę Cichoszę przerobił na taki molowy klimat, ja tam też powymyślałem – trochę szeptem, trochę growlingiem, trochę Ronnie Jamesem Dio i w sumie jest to oryginalne. Fajna przygoda! Z resztą widziałem ten film i faktycznie – efekty specjalne urywają łeb.

Nie pytaj o Polskę. Czy to jest Twój talizman i dlatego go wykonujesz na koncertach, czy to po to, żeby ludzie pamiętali skąd cię znają?

Bardzo długo grałem Nie pytaj o Polskę na koncertach również ze względu na to, że to moje wykonanie z Szansy na sukces cieszyło się dużą popularnością. Ja byłem w zupełnym niebycie i w ten sposób mogłem się przypomnieć, ludzie myśleli „a, to ten facet” i dzięki temu później może uważniej słuchali moich piosenek. Ja bardzo lubię ten numer. Bardzo, bardzo.  Jest to genialna piosenka, ponadczasowa jak się okazuje. Genialny tekst, genialne wykonanie i tylko się cieszę, że znalazłem odrobinę inne podejście do tej piosenki, że nie ma takiego bezpośredniego porównania do Ciechowskiego – tam jest elektronicznie, my to gramy bardziej rockowo i w innej tonacji.

FilmHistoria Roja” i Twoja teatralność na scenie. W momencie, kiedy wykonujesz swoją muzykę jesteś bardzo teatralny. Czy to wszystko ma jakiś związek z fascynacją aktorstwem, ze sceną aktorską, filmową?

Grałem w liceum w jakiejś szkolnej sztuce i w teatrze telewizji grałem Małego Księcia jak miałem 11 lat, to cały mój dorobek aktorski. Sześć lat temu zadzwonił do mnie reżyser czy nie chcę zagrać głównej roli w wysokobudżetowym filmie wojennym, że porzucam granatami, postrzelam, to się zgodziłem. Gdyby taka propozycja padła dziś musiałbym ją dużo gruntowniej przemyśleć, też pod kątem moich muzycznych spraw. Poza tym sześć lat temu nie było takiej wojny polsko-polskiej i ja też uważam, że ten fragment historii Polski trzeba przypominać. Ci ludzie, którzy albo poświęcili życie, albo mieli zmarnowany życiorys przez władze komunistyczne zaraz po wojnie ze względu na to, że byli członkami partyzantki antykomunistycznej – im też należy się pamięć, hołd i tak dalej. Nie można jednak tak bezkrytycznie podchodzić do całego tematu, jak to w tej chwili robią nasi włodarze. To jest dokładnie to samo, co robiła ekipa za PRL-u, tylko w drugą stronę. Niewątpliwie większość z nich była bohaterami, ale to są zawiłe i często niejednoznaczne życiorysy. Ludzie w sytuacji wojny zawsze są zmuszeni do robienia różnych okropności, więc oddajmy im hołd, przypomnijmy sobie ten cały okropny okres po to, by docenić wolność, którą mamy dzisiaj. Budujmy społeczeństwo obywatelskie, pamiętajmy, jak wielkich poświęceń musieli dokonywać ludzie i tak naprawdę jak bardzo nie mieli oni wyboru, bo nawet jeżeli nie poszli do lasu, to i tak byli gnojeni przez system. Ale nie wykorzystujmy ich tragedii do doraźnej walki politycznej, to by było moje marzenie.

Dużo mówisz o szacunku, o pokorze. Według Ciebie dla artysty najważniejsza jest właśnie pokora, której nabierałeś przez te lata, kiedy zniknąłeś z czoła sceny i występowałeś z innymi muzykami. Skąd się to w Tobie zrobiło, czy to naturalne, czy może cecha nabyta?

Myślę że dla mnie to była jedyna droga. Bo wiesz, musisz być trochę egoistą, egotykiem, zarozumialcem i narcyzem, żeby chcieć być wokalistą i frontmanem. Nie ma dwóch zdań. Skromni ludzie, szare myszki nie zostają wokalistami i frontmanami, bo nie mają takiej potrzeby wewnętrznej, żeby być na świeczniku, żeby ich oklaskiwano i kochano. Każdy z nas występujących na scenie w większym czy mniejszym stopniu ma taką potrzebę dopieszczenia. Nastomiast w moim przypadku – zacząłem z wysoka, zupełnie nie umiałem śpiewać i wygrałem teleturniej, który oglądało mnóstwo ludzi. Mimo tego, że miałem świadomość, że nie umiem śpiewać, że muszę się tego dopiero nauczyć, to jak Ci pięćset tysięcy osób mówi „łał, jesteś super”, no to powoli zaczynasz w to wierzyć. No a później zderzasz się z rzeczywistością, że nie do końca tak jest, no i to rodzi frustracje. Lepiej jest w pokorze zobaczyć, że to jest możliwość dla ciebie, żeby się czego nauczyć. Mniej życzeniowy stosunek do świata się sprawdza. Ale to nie jest coś, co mam, to jest coś, czego staram się uczyć.

Może coś o współpracy z Muchami? Wygląda na to, że współpraca z nimi, to przyjemność, że to już coś jak rodzina.

To są moi przyjaciele, oczywiście. Nie gramy razem już od dłuższego czasu, bo ja miałem za dużo zajęć. Jest to też punkowy skład, więc jak jedziesz jednym busem do małego klubu i potem nagle jest sześć osób na scenie, to jest już trochę przerost formy nad treścią, więc przestałem im też być tak potrzebny. Ale dalej się przyjaźnimy, mamy kontakt non stop. Oczywiście wspomagamy się – jak Wiraszko robił ostatnią płytę, to siedzieliśmy i też pomagałem mu skrobać teksty, wymyślać melodie. I tak samo teraz, jak tylko jest w Warszawie, to ściągam go do sali prób i wykorzystuję jego talent. To super współpraca i pięknie wspominam te momenty, no i kolejna rzecz – nie grałem na gitarze na scenie z dziesięć lat i dopiero kiedy Muchy mnie przyjęły do siebie, musiałem zacząć ćwiczyć od nowa. I też – najpierw rok pokory, bo musiałem się nauczyć grać rytmicznie, nie fisiować, nie startować do solówek, nauczyć się z powrotem rzemiosła. Zawsze te małe kroki są potrzebne.

Jak się odnosisz do siebie sprzed tych dziesięciu lat, gdy pierwszy raz wychodziłeś na scenę? Czy czujesz się zrozumiany, że robisz to tak, jakbyś chciał?

Dziesięć lat temu byłem zupełnie innym chłopakiem, słuchałem innej muzyki i jedyna cecha wspólna to to, że tak jak wtedy, tak i dzisiaj absolutnie kocham muzykę i kocham to robić. To tylko tyle, że przez dziesięć lat miałem okazję nauczyć się rzemiosła śpiewając sto tysięcy chórków w studiu, ogarniając sto tysięcy przeszkadzajek, grając setki koncertów z Hey, z Muchami, z Brodką na przeróżnych instrumentach i dzięki temu teraz… To co gram teraz i w tych solowych odsłonach i z zespołem to jeszcze nie jest ten moment do którego dążę. Za każdym razem wiem, że są miejsca, które można było poprawić, ale jest to dużo bliższe temu, co chciałbym robić docelowo. Przede wszystkim wychodzę na scenę zupełnie inaczej niż nawet dwa lata temu. Najbardziej produktywny okres to jest ten czas po Zeligu. Pamiętam, jak wychodziłem na scenę trzy lata temu i byłem zupełnie spięty, na zasadzie „przepraszam, że żyję, tak bardzo bym chciał, żebyście posłuchali mojej piosenki”. A teraz na scenie czuję, że jestem w domu. To jest chyba najważniejsze, że ja lubię tam być i mimo że jestem perfekcjonistą i nie lubię błędów, to w tej chwili jak się pomylę na scenie, jestem w stanie to ograć i wykorzystać taką pomyłkę, żeby zrobić z tego atut, przekuć to na improwizację. Więc wszystko idzie ku dobremu.

Solo act vs. gra z zespołem. W ralacjach lubię porównywać Cię do kapitana w swoim centrum dowodzenia, w którym jesteś obstawiony coraz większą ilością gadżetów i instrumentów, co jest imponujące. Jeszcze chwilę temu, w Syrenim Śpiewie, nie czułeś się pewnie grając na perkusji, a już dziś masz ją w małym palcu.

No, jeszcze nie, jeszcze się, że tak powiem, wykrzaczam. No ale zagrałem już pewnie z dwadzieścia kilka takich koncertów, poza tym z Moniką Brodką teraz gram trochę też na bębnach, więc na pewno jest coraz lepiej. Koncerty z zespołem są na pewno bogatsze muzycznie, no i brzmieniowo lepsze. Natomiast nie ukrywam, że dla mnie jest to mega frajda i wyzwanie, bo trudno tutaj popaść w rutynę. Mimo wszystko mózg musisz mieć podzielony na dziesięć części, tu grasz refren, a tu musisz sobie przypomnieć, że musisz zmienić barwę w klawiszu, przełączyć efekt w gitarze, zmienić loop, który będziesz odpalać i na cztery skończyć. Ja lubię wyzwania, to stymuluje mózg.

Masz bardzo dużo współprac – każda z innego gatunku. Z catz n dogzami masz elektronikę, z Grubsonem trochę reggae, dubowy cover Wolnej Grupy Bukowiny. Jaki gatunek i jaki instrument do Twojego centrum dowodzenia będzie następny?

Próbowałem kupić ksylofon, ale kolega mnie podkupił więc szukam dalej. Zobaczymy. Mam klarnet i nawet trochę nauczyłem się na nim grać, to może jakiś dęciak dojdzie. Zobaczymy.

Na koniec artysta zaprasza na koncerty letniej trasy Spragnieni Lata:


Krzysztof Zalewski (fot. facebook.com)