Wywiady
0 razy skomentowano

Electronic Beats: Joseph Mount z Metronomy | 2/14

Dodany przez | 09/02/2015
Informacje
 
 

Louisowi Braileyowi udało się złapać w Berlinie – Josepha Mounta, kreatywną siłę stojącą za zespołem Metronomy. Rozmawiali między innymi o tym, jakie są ich kolejne wyzwania.

Od dobrze wróżących czy paskudnych początków u sławnego londyńczyka Erola Alkana, pomysł by nagrywać w studiach analogowych i odpowiedzi na zapytania od ochroniarzy dad rocka… Joseph Mount, członek Metronomy, miał wizję, niechybnie jednak z biegiem czasu po prostu się ona zmienia. Love Letters, czwarty album, kontynuator nominowanego do Mercury Prize krążka The English Riviera, zdaje się, że pokazuje jeszcze większe zagłębienie się jego i jego zespołu w strukturę klasycznego popu, świata podpartego na analogowym cieple i takim, gdzie szkoła tekściarstwa ciągle zna wartość dobrego chórku shoop-shoop. Nie chcę przez to powiedzieć, że wycofał się w wszystkiego, by zapewnić o znajomości Prawdziwej Muzyki – Metronomy zawsze byli na to zbyt dziwni – ale raczej, by ustawić sobie osobiste wyzwanie. Poza tym, jako były domowy producent, Joe czuje, że ma coś do udowodnienia. To w każdym razie oczywiście coś zupełnie innego od jego wymarzonego losu, jako Four Tet type thing.

Złapaliśmy się z uprzejmym Devonianem obecnie unoszącym się na skraju pełnego, mainstreamowego sukcesu, by porozmawiać, opuszczając współczesną technologię, stalking swoich byłych na Facebooku i niuanse relacji jakie ma angielski z muzyką pop.

Myślę, że dwadzieścia sekund Love Letters , sprawia, że wracasz powrotem do angielskiej riwiery, gdzie dorastałeś, i słuchałeś Sleeping Satellite

Ta melodia!

… jesteś nostalgiczny czy to coś, co lubisz eksplorować poprzez swoją muzykę?

Nigdy o tym nie myślałem. Chyba jestem trochę nostalgiczny, nie tęskniłem za dawnymi dniami, dorastanie czy coś nie sprawia, że jestem smutny. Pomyślałem sobie, że będzie bardzo fajnie brzmiało, jeśli wspomnę te piosenki z 1992r. Wydaje mi się, że po pewnym czasie, po zrobieniu kilku nagrań, gdzie jestem na wokalu, zacząłem sobie zdawać sprawę, że tak – może mam w sobie coś nostalgicznego.

W pewnym sensie jest łatwiej – czy może jest to bardziej popierane – by być teraz nostalgicznym, bo można wejść w sieć i przywołać piosenki, gry, ludzi, cokolwiek z dzieciństwa – są nawet specjalne Tumblr’e.

To prawda. To jak pijani ludzie próbujący sprawdzać byłych chłopaków i dziewczyny na Facebooku. To czas przeszły, wszyscy to wiedzą.

Zawsze patrzyłem na Metronomy, w naprawdę nieprzymuszony sposób, jako działających przeciw ziarnom współczesnego popu. Szczególnie na poprzednim albumie, gdzie wzięliście coś całkiem nie-cool – jak Devon – i przerobiliście to na coś całkiem pięknego.

To, co myślałem o poprzednim nagraniu to to, że myślałem, że nikt nie wie o Devon – znaczy w szerszym świecie – nikt nie wie, jak to jest, mogę im powiedzieć, to co chcę. Sądzę, że z muzyką pop powinno być tak, że ludzie opowiadają ci jak poszli na imprezę i jak wszystko jest wspaniałe. Ktoś właśnie ci powiedział, że jego życie jest całkiem fajne. I to jest śmieszne, bo angielscy ludzie, angielscy muzycy mają to coś, że ciągle myślą, że ich życie nie jest takie super. Oh, jestem muzykiem z klasy pracującej, no wiesz, rzeczywiście z dość biedną otoczką. Faktycznie, powinno być tak: No nie, jestem naprawdę bogaty i bez przerwy imprezuję. To bardzo angielskie by być poniewieranym i zawstydzonym samym sobą. Więc pomyślałem, że to fajny pomysł, pokazać coś prawdziwego – jestem z p… Devon, yeah? Nie wiesz jak to jest, jest bardzo ciepło i ciągle są imprezy. Chyba nie jest to do końca to samo, co dzieje się teraz w muzyce pop, ale było to coś, co zaczerpnąłem z muzyki pop.

Anglicy mają skomplikowane relacje z popem, bo wyćwiczono w nas dezaprobatę względem samych siebie. Zamiast tego, skończyłeś z pomysłem na narrację oderwanego obserwatora bądź angielskiego ekscentryka.

Masz rację. To jak Arctic Monkeys przeprowadzający się do L.A. – to zdecydowanie ich odprężyło. To nie coś, co Anglicy robią z łatwością i nie sądzę, żeby koniecznie musieli. I myślę, że dlatego wielu Amerykanów uważa, ze to co robię jest typowo angielskie. To w pewnym sensie mnie drażni, bo o tego nie zamierzałem.

Byłeś w trasie z Coldplay w Ameryce, czy tamtejsza publiczność dobrze reagowała? W ogóle załapali o co chodzi?

Nikogo takiego tam nie było…. Nie, nie mam pojęcia jak ta trasa wpłynęła na nasze wyniki ze sprzedaży, nie mam pojęcia. Myślę, że jeśli idziesz na koncert Coldplay i nas zobaczysz, nie sądzę, że koniecznie musisz to załapać.

W UK The English Riviera była waszą przejściową płytą, nie tylko jeśli chodzi o połączenie różnych stylów, ale też o ruch w stronę klasycznego pisania piosenek. Czy fakt, że był to, jak do tej pory, wasz odnoszący najwięcej sukcesów krążek, sprawił, że dało wam to poczucie podjęcia właściwych decyzji?

To zabawne, każde nagranie, które do tej pory zrobiłem, zawsze było coś, co znacząco je od siebie różniło. Przykładowo na drugim był to wokal, na trzecim było przeniesienie tego, co robię do studia. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o ten, to… nawet nie wiem, co jest takiego wyróżniającego w tym ostatnim. Za każdym razem zdecydowanie byli ludzie, może w wytwórni, którzy nie byli pewni co z tego będzie, ale chyba teraz już mi ufają. Myślę, że zostało to w pewien sposób zweryfikowane, jakbym wiedział, że to coś właściwego. Wiedziałem, że to jedyna opcja. Była część mnie, która myślała, że ludzie nie wiedzą, że jestem w stanie zrobić coś, co brzmiałoby dobrze.

Co masz na myśli mówiąc dobrze?

Bo robiłem to w mojej sypialni czy gdziekolwiek i trochę to też tak brzmiało (śmiech). Chciałem pokazać ludziom, że jestem w stanie zrobić coś, co brzmi naprawdę k… dobrze i w pewnym sensie czuję, że to osiągnąłem. Myślę, że dla ludzi, którzy może byli fanami Nights Out lub pierwszej płyty, ta nowa nie była zbytnio reprezentatywna jeśli chodzi o nasze ubiegłe nagrania, ale zyskaliśmy dzięki niej więcej słuchaczy.

Poszedłeś nawet jeszcze dalej z Love Letters. Jeśli posłuchać Pip Paine (The £5000 You Owe) i trudno jest pogodzić to, że te wszystkie nagrania pochodzą od jednego artysty.

Wydaje mi się, że to, co robię zmieniło się od tamtego czasu. Także to do czego myślałem, że jestem zdolny. Kiedy zrobiłem ten pierwszy album, zbierałem wszystko, co wcześniej stworzyłem. Wyobrażałem sobie, że przez następne kilka lat będę takim sypialnianym producentem, typem Four Tet. Ale wtedy się wszystko zmieniło. Ale to ciągle ja, jestem ciągle tą samą osobą, która pisała te piosenki. Zacząłem grę na perkusji, kiedy miałem dziesięć lat i wtedy, kiedy byłem nastolatkiem czy no nieważne, słuchałem tylko The Beatles. Potem wpadłem na Nirvanę, później Wheezera i Lemonheads… Później przechodziłem przez różne fazy, w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że to wszystko gówno i teraz będę słuchał hip-hopu – wiesz jak do tego doszło? Wtedy doszedłem do punktu, gdzie miałem trochę ponad dwadzieścia lat i zrozumiałem, że nie muszę lubić tylko jednej rzeczy. Naprawdę to było coś jak Ah kurde, jest dobrze!. Mogę lubić to nagranie Squarepushera… Znaczy, tak w zasadzie, to go nie lubię… ale mógłbym polubić taką płytę i równocześnie lubić The Ramones i The Beatles, to dobre, nie muszę się tłumaczyć.

You Could Easily Have Me nie miało być może twoją próbą by brzmieć trochę jak Ramones?

(śmiech) Tak tak tak, to prawda. To zabawne. To coś innego. Cokolwiek wchłaniasz czy czego słuchasz, w cokolwiek tego nie przetłumaczysz, nigdy zdaje się nie być tym za co wezmą to ludzie. Wygląda na to, że na pierwszym krążku… myślałem, że wiele ścieżek było trochę rockowych, ale kiedy teraz tego słuchasz to myślisz sobie O mój Boże – brzmią jak swój własny gatunek.

Masz perkusyjne podłoże – czy patrzysz przez to z innej perspektywy na pisanie piosenek?

Na początku sprawiało to, że zbytnio koncentrowałem się na sekcji rytmicznej, ale zawsze też starałem się, żeby był groove. Myślę, że to właśnie to, chcesz, żeby piosenki miały feeling, taki szczególny rodzaj rytmicznego odczucia, to coś, o co perkusista zabiega bardziej niż gitarzysta. Zależy mi też bardzo na melodii, ale mogę sobie wyobrazić, że jeśli jesteś gitarzystą i próbujesz coś skomponować myślisz o technicznych rzeczach – wszyscy oni są trochę… p****. Ale sądzę, że są piosenki na tej płycie, choćby I’m Aquarius czy Love Letters – one są zbudowane dla rytmu.

Pojawienie się Metronomy wbiło się w środek całkiem ekscytującego czasu dla pewnego pasma zmutowanej zorientowanej na rock muzyki elektronicznej – zagrałeś pierwszy koncert na Trash, co nie?

Mówiłem już o tym, o Erol (Alkan). Załatwiałem nam koncerty przez po prostu wchodzenie na stronę Trash i szukanie linków, choćby Liars Club w Nottingham, Chicks Dig Jerks w Birmingham i Razor Stiletto w Sheffield… Była ta cała scena osób, które starały się zrobić to, co Erol w Londynie, ale to w pełni wypaliło. Pojechaliśmy i zagraliśmy tam i był w tym sens. Zagranie na Trash było naszym pierwszym londyńskim koncertem, to było rzeczywiste przypieczętowanie akceptacji.

To tym bardziej znaczące, że staliście się zespołem, który nagrywa w studio Toe Rag, które jest całkowicie analogowe i ma swoją historię.

Ktoś mnie pytał o nagrywanie tam i o to, co wg mnie znaczy to dla zespołu i odpowiedziałem, że cóż, nikt nie da dupy, dopóki oni tego nie zrobią, a jeśli to zrobią, będą prawdopodobnie magazynami typu MOJO. Wtedy zobaczyłem angielską dziennikarkę, która powiedziała, że MOJO jest naprawdę zainteresowana przeprowadzeniem z nami wywiadu i pomyślałem niesamowite!

Ha, no nie! Starasz się nieco insunuować, że jesteś pomiędzy rockowymi kanonami, nie sądzisz?

Nie. To tak, że przy poprzednim albumie, miałem jakiś dziwny program. Czułem, że muszę udowodnić ludziom, że znam się na muzyce. Ale z racji tego, że produkuję, spróbowałem nowego podejścia do każdego nagrania tak, jak zrobiłby to producent. Myślałem nad tym, w którym, interesującym kierunku producent mógłby mnie popchnąć czy zabrać. Główny powód dla którego robiłem coś w Toe Rag, było zmuszenie się do napisania piosenki od początku do końca przed jej zarejestrowaniem. Wiele z piosenek na The English Riviera, w sumie niecała połowa, były w pewnym sensie zrobione w trakcie mixowania tego albumu, były skończone dużo później po zakończeniu nagrań. I masa osób robi to w ten sposób. To nie zły sposób, ale pomyślałem,  że będzie miło, kiedy będę za czymś podążał i coś osiągnę to w miejscu bez współczesnej technologii. Jestem zdecydowanie pro komputerowy i w ogóle, ale często czuję, że jeśli nie możesz czegoś zrobić w trakcie nagrywania, to polegasz na edycji. Dla mnie to poniekąd oszustwo.

Wiele ludzi nagrywa teraz na swoich komputerach, często używając tych samych programów, tak że idea pójścia do studio – całkowicie analogowego studio – jest właściwie trochę radykalnym pomysłem.

Dla mnie, to było bardziej dla zmiany tego, jak pisze piosenki. To było dziwne, pewnego dnia byłem spowrotem na Logic próbując zrobić jakieś demo i używałem dźwięków perkusyjnych i to był coś w stylu k…, to brzmi nieziemsko! Wiesz co mam na myśli? Były tam takie bębny, które brzmiały niesamowicie i oczywiście, to to brzmienie muzyki pop, które usłyszałem. Później ktoś pokazywał mi ten plug-in zwący się Square-pusher fire czy jakoś, to ten dźwięk, dźwięk M.I.A. – to z pewnością ten plug-in. To tak łatwe, choć w zasadzie nie tak proste, ale to tam jest. To super, bo połowa świata o to nie dba, po prostu słuchają i się bawią.

Tak jest chyba taniej, nie?

Trochę tak. Ale jeśli komputerowy producent muzyki sprawi, że będzie to dla niego charakterystyczny dźwięk… To jakby Justice miało plug-in, który jest ich brzmieniem. To w pewnym sensie fajne. Jestem podekscytowany z możliwości użycia Logic bądź ponownie komputera.

Ale dlaczego?

Bo to takie łatwe!

Już właściwie nie robisz tyle remixów, to wielka szkoda, bo zrobiłeś parę klasyków. Jest jakiś artysta, który może mógłby skusić cię do powrotu do świata remixów?

Jeśli miałbym się skusić, to pewnie przez… Drake’a? Jeśli ktoś naprawdę mnie zaskoczy. Myślę, że mógłby to być Drake i wtedy powiedziałbym No, dobra. Więc możesz mu przesłać maila i poprosić, żeby on napisał do mnie.

Źródło: electronicbeats.net / Joseph Mount (fot. theguardian.com)