Wywiady
0 razy skomentowano

El Clásico: Patrick The Pan

Dodany przez | 16/03/2015
Informacje
 
Format
 

Deprecated: Non-static method itVideo::_video_id() should not be called statically in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-content/themes/steam/functions/shortcodes/video.php on line 143

Deprecated: Non-static method itVideo::_video_id() should not be called statically in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-content/themes/steam/functions/shortcodes/video.php on line 143

O swoim debiucie, nadchodzącym krążku, muzycznych inspiracjach oraz o wielu innych zagadnieniach opowiedział członkom naszej redakcji Patrick The Pan. Zapraszamy do lektury tego obszernego wywiadu!

Pytania zadawali: Kamila Jasińska, Zuzanna Sosnowska, Joanna Paśnik, Jacek Wnorowski

Swoją pierwszą płytę nagrałeś sam w pokoju, bez pomocy zespołu i specjalistycznych urządzeń. Jak oceniasz komfort samotnej pracy, gdy nikt nie zawraca Ci głowy?

Jest to komfort nie do opisania. Wydaje mi się, że to sytuacja o której każdy artysta – mniej lub bardziej – marzy. Nie masz żadnej presji czasowej, żadnej presji kogoś z zewnątrz. Teraz jestem z tym tematem na świeżo, bo część materiału do drugiej płyty nagrywam właśnie w studiu i nie ja to finansuję tylko wytwórnia, więc nie ma wielkiego napięcia. Natomiast dochodziło do sytuacji, w której wyobrażałem sobie, że ja za to wszystko płacę i doszedłem do wniosku, że chyba bym osiwiał (śmiech), więc komfort nagrywania w domu jest ogromny i nie wyobrażam sobie żeby kiedykolwiek z tego zrezygnować. Chodzi tu nie tylko o swobodę budżetową, ale raczej o to, że jest to po prostu dom – miejsce, w którym czujemy się wyluzowani, spokojni, bezpieczni i chyba dobrze jest tworzyć w takich miejscach.

Mówiłeś kiedyś, że utwory z Something Of An End były za bardzo twoje żeby ktoś inny mógł maczać w nich palce, ale teraz współpracujesz już z producentami i muzykami przy nagrywaniu kolejnego albumu. Jak się z tym czujesz?

Przede wszystkim nie współpracuję z żadnymi producentami. Producentem drugiej płyty wciąż, tak jak pierwszej, jestem ja. Współpracuję natomiast z  muzykami, którzy nagrywają niektóre partie instrumentów na przykład perkusję, kontrabas, instrumenty dęte czy smyczkowe. Pomaga mi też realizator,  który realizuje nagrania tych partii, o których właśnie powiedziałem i będzie miksował całą płytę. Przy pierwszej płycie tego typu działania były dla mnie nie do wyobrażenia, ale od tamtej pory wiele się zmieniło. Po pierwsze – zacząłem trochę bardziej wierzyć w to co robię –  w swoją muzykę, w swoją twórczość i swoje umiejętności. A po drugie – zeszło mi już to ciśnienie, żeby udowodnić sobie i reszcie, że ja to muszę zrobić sam, bo to jest moja płyta i to musi być w całości moje. Zrozumiałem, że to wciąż będzie moje, ale sam nie zrobię tego tak dobrze. Nie nagram sam perkusji, bo kompletnie nie umiem na niej grać czy też partii smyczkowych. Mówimy tu też o samym procesie miksu i masteringu. Byłbym w stanie to zrobić, ale nie tak dobrze jak zrobi to Bartek Magdoń, który tę płytę będzie miksował. Liczy się efekt końcowy, więc nie mam żadnego problemu z tym żeby ktoś ze mną nad tym pracował i towarzyszył mi w tej drodze do celu, jakim jest dobrze brzmiąca płyta.

W jaki sposób zabierasz się do tworzenia swojego materiału? Jak wygląda proces pisania tekstu i układania muzyki, co powstaje w pierwszej kolejności?

W pierwszej kolejności zawsze powstaje muzyka. Zazwyczaj zaczyna się to od jakiegoś plumkania na gitarze akustycznej tudzież fortepianie i później ten pomysł jest rozwijany, często przez przypadek. Miewam sytuacje, kiedy dwa, niezależne od siebie pomysły, które przyszły mi do głowy na różnej przestrzeni czasowej za rok się ze sobą łączą, bo uznaję, że ten riff sprzed roku super pasuje do fortepianu, który właśnie wymyśliłem i tak powstaje utwór. Wszystkie swoje pomysły nagrywam na dyktafon, gdyż zauważyłem, że mam tendencję do zapominania niektórych tego typu wynalazków. Jeśli chodzi o tekst – jest to dla mnie trochę katorga, bo ja nie cierpię pisać tekstów. Nie wyobrażam sobie, na przykład, żeby ktoś poprosił mnie o napisanie tekstów do jego płyty. Robiłbym to pewnie przez pół roku. Nie jestem tekściarzem, chociaż przywiązuje do tego elementu kompozycji dużą wagę i może właśnie dlatego nie lubię pisać –  nie idzie mi to płynnie, a wiem, że musi być to zrobione dobrze. Często jest tak, że jedno słowo w danej sekundzie, przy danym akordzie pięknie osiądzie mi w muzyce i znakomicie zabrzmi. Potem wokół tego słowa dobudowuję resztę tekstu. Kiedy już mam rdzeń piosenki, którą potrafię zgrać na gitarze lub pianinie to zazwyczaj od tego zaczynam nagranie dema i już w trakcie tego spontanicznego procesu nagrywania na zasadzie improwizacji i metody prób i błędów dochodzą kolejne partie, na przykład gitary, basy, klawisze, harmonie i inne głupoty. Ale nie jest tak, że niektórych rzeczy, jak chociażby beatu, nie wymyślam gdzieś wcześniej. Ostatnio złapałem się, że do tego dyktafonu, o którym wspominałem wcześniej, beatboxuję. Często miewam sytuacje, kiedy chowam się za przystankiem albo idę gdzieś, gdzie nikt mnie nie słyszy i beatboxuję do telefonu, bo akurat coś fajnego wpadło mi do głowy (śmiech). Później zanoszę to do domu i próbuję odtworzyć na samplach. Bardzo dużo partii perkusji z nowej płyty powstało właśnie w ten zabawny sposób.

Czym dla Ciebie samego jest Twoje debiutanckie wydawnictwo? Co wpłynęło na jego kształt, formę, brzmienie?

Jest to bez dwóch zdań bardzo ważna, o ile nie najważniejsza rzecz jaka wydarzyła się w moim życiu. Pomijając fakt, że Something Of An End było dla mnie spełnieniem wielkiego marzenia oraz celu, do którego dążyłem całe życie, to jest to moment przełomowy. Jak Ta płyta zmieniła moje życie na lepsze i cały czas je zmienia. Pokazała mi, że kierunek, o którym marzyłem jest kierunkiem możliwym i jest to podróż na wyciągnięcie ręki. Natomiast co wpływało na jej brzmienie i formę? Jest to – jak każda płyta, która wychodzi na świecie – zbitek moich różnych pomysłów muzycznych. Z tą różnicą, że jest to zbiór tych zbitek z wielu, wielu lat. To moja pierwsza płyta. A wydaje mi się, że pierwsze płyty wielu zespołów świata są płytami najciekawszymi, bo zawierają właśnie te najbardziej dziewicze pomysły. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale są to najbardziej nieskażone światem muzycznym i medialnym pomysły, które powstawały przez lata. Jest w nich coś magicznego. A co do brzmienia… Ja nie myślałem wtedy o tym za dużo. Wydaje mi się, że uzyskałem takie brzmienie mocno domowe. Podsumowując pytanie, Something Of An End jest dla mnie czymś rewolucyjnym, przełomowym i, prawdopodobnie, najważniejszym wydarzeniem mojego życia.

Przed wypuszczeniem do internetu swojej pierwszej płyty mocno się stresowałeś. Jakie jest Twoje nastawienie do opublikowania drugiego krążka? Nadal obawiasz się reakcji ludzi czy nabrałeś pewności siebie, po tak pozytywnym przyjęciu pierwszego wydawnictwa?

Nie kryję tego, że emocje są, natomiast nie są to te same emocje, które towarzyszyły mi tamtym razem. Tak jak powiedziałaś, nabrałem dużej pewności siebie. I mówię to z pełnym przekonaniem. Stałem się bardziej asertywny na płaszczyźnie muzycznej i jestem bardziej podekscytowany niż zdenerwowany tym, jak ludzie to odbiorą. Ta płyta poszła w innym kierunku, i śmiem twierdzić, że jest to lepszy kierunek. Świetnie się czuję z tym jak ten album brzmi, jak jest zbudowany i jak będzie funkcjonować jako całość. Jestem naprawdę zadowolony z tego materiału, podekscytowany nim i wprost nie mogę się doczekać jego wydania.

Czy na nowej płycie znajduje się materiał, nad którym pracowałeś jeszcze przed wydaniem Something Of An End, ale który nie trafił ostatecznie na krążek? Czy są to zupełnie świeże kompozycje?

Duża część piosenek z drugiej płyty to są pomysły nierozwinięte na tyle, by mogły znaleźć się na pierwszej. Zalążki tych piosenek już wtedy istniały, ale dopiero teraz dojrzały i rozwinąłem je do etapu, kiedy nadają się do pokazania światu. Niemniej, jest też wiele utworów, które powstały po nagraniu pierwszej płyty. Mamy więc i jedno i drugie. Z tym, że te proporcje nie są równe – są właśnie bardziej przechylone w stronę starego materiału. Śmiem twierdzić, że wraz z wyjściem drugiej płyty, mój umysł stanie się taką białą kartką. Będę rozliczony z pomysłami z przeszłości. Trzecia płyta, która gdzieś, kiedyś, być może, wyjdzie, będzie już zbitkiem tylko i wyłącznie nowych pomysłów. Drugą płytą zamykam pewien pomysłowy rozdział.

Zdradź nam odrobinę z tego co będziemy mogli usłyszeć na nowej płycie? Jaki panuje na niej klimat, co Cię inspirowało podczas pisania utworów?

Nowa płyta będzie się znacząco różnić od tej poprzedniej, choć nie będzie to też przepaść. Jak już wspominałem w innych wywiadach, ta płyta będzie miała w sobie więcej energii, ale nie będzie ona rockowa ani taneczna. Wprowadzę w moje kompozycje więcej życia. I ktoś kto tego posłucha, nie nazwie już automatycznie moich utworów smutami czy też chilloutem, bo przy pierwszej płycie takie sytuacje się zdarzały (śmiech). Choć fani pierwszej płyty i tego co się na niej działo, tej melancholii, która wisiała w powietrzu na pewno  nie zawiodą się i znajdą coś dla siebie. Całość będzie zabarwiona dosyć ciemno, momentami wręcz mrocznie. Istotną zmianą jest też to, że bardzo zakolegowałem się z językiem polskim i chyba mogę już powiedzieć, że prawie połowa płyty będzie zaśpiewana po polsku.

Ostatnimi czasy zauważamy na koncertach coraz więcej ludzi, którzy nie tyle przychodzą posłuchać muzyki, co nagrać prawie że cały koncert żeby potem móc zaimponować znajomym na Facebooku. Mnie to strasznie irytuje ale zawsze próbuję się postawić wtedy w sytuacji występujących artystów. Oczywiście to nie tak, że sama jestem święta, bo na koncercie zrobię kilka zdjęć na pamiątkę, ale nie koncentruję się jedynie na takim zwiedzaniu artystów. Jak Ty się do tego odnosisz i czy nie myślisz, że można wtedy stracić dużo z takiej wyjątkowej atmosfery?

Oczywiście, że się wtedy traci. Poruszasz problem, który dotyczy nie tylko koncertów. To problem naszego pokolenia i tego, że nie potrafimy sobie poradzić ze smartfonem i z tym jak ważnym elementem stał się on w naszym życiu. To jest problem populacji, dzisiejszych czasów, ogólnego zachowania i relacji międzyludzkich. To temat rzeka, któremu w dużej mierze poświęcam trochę drugą płytę. Liznąłem trochę ten temat na pierwszej śpiewając piosenkę Hełm Grozy, która jest o portalach społecznościowych. Przy okazji drugiego wydawnictwa tych hełmów grozy będzie znacznie więcej. Mottem przewodnim całej płyty, które ujawni się w intro jest zagubienie się człowieka w dzisiejszych, mocno kształtowanych przez technologię, czasach. Mania, a wręcz uzależnienie od nieustającego dokumentowania małym ekranikiem wszystkiego z czym mamy styczność jest tylko jednym z wielu problemów naszego pokolenia. I wszyscy niby zauważamy ten problem, ale czy nie jest też tak, że sami bardzo często łapiemy się na tym? To strasznie fascynujący temat, a zarazem niesamowicie przygnębiający. Coś co miało nam upiększyć życie, zaczyna je psuć. Tylko, że wielu ludzi jeszcze tego nie dostrzega.

Twoja kariera potoczyła się dosyć szybko, nie będę wymieniać wszystkiego, ale występ na OFF-ie, trasa z Rojkiem, własna płyta –  wszystko o czym marzyłeś wydarzyło się praktycznie w jednym momencie. Z tego co możemy zauważyć, to sodówka nie uderzyła Ci do głowy, ale czy w tym natłoku szczęścia i najpiękniejszych momentów swojego życia nie miałeś kryzysowej chwili, doświadczyłeś może zmęczenia tym wszystkim?

Takiego wielkiego kryzysu, w sensie załamania, jeszce nie miałem. Były takie małe kryzysiki, małe załamiątka (śmiech), ale miały one postać jednodniowych humorków, gdzieś na trasie czy koncertach. Chociażby niekompetencje realizatora czy nieduża ilość osób na koncercie. To są takie momenty, że człowiek zaczyna się zastanawiać Co się stało? O co chodzi?. Masz tego dość. Zdarzały się takie chwile, kiedy wchodziłem na scenę z myślą, że nie mogę się doczekać kiedy z niej zejdę. Ale to są takie momenty, w których trzeba zacisnąć zęby i iść dalej. Natomiast wielkich kryzysów, załamań czy zmęczenia jeszcze nie było, bo na razie wszystko idzie po mojej myśli. Życzę sobie żeby nigdy takich momentów nie było. Działam dopiero od dwóch lat, więc chyba za wcześnie na tego typu emocje. Tak mi się wydaje. Wszystko dopiero przede mną. Jestem pełnym  energii, wigoru i siły do spożytkowania optymistą więc tego typu emocje nie wezmą szybko góry nade mną.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w możliwości przekazywania Twojej twórczości słuchaczom? Co daje Ci muzyka?

Muzyka to zjawisko, posiadające w sobie niesamowitą energię dla której warto żyć. Nick Cave, bodajże, powiedział, że w całej twórczości, całym życiu jego – jako artysty – momentem, dla których żyje, jest ten, kiedy wychodzi na scenę. I ja się bardzo zgadzam z tymi słowami. Wyjście na scenę to jest ten moment, na który się czeka, którego się upatruje i którego najbardziej nie mogę się doczekać. To taka wymiana energii między  artystą a publicznością. Jeśli wszystko jest na miejscu i jest w tym autentyczność, wola uczestnictwa obu stron, to powstaje coś niesamowitego. I to są te chwile, które karmią mnie energią na następne tygodnie, miesiące – ten moment na scenie. I nie mówię tu o brawach czy oklaskach, ale samym byciu tam i obserwowaniu, że to co robisz, z mniejszym lub większym tłumem, ma sens, jest akceptowane, a wręcz żądane. I to jest piękne.

Kim byś był, czym byś się zajął, gdybyś musiał wybrać inną drogę niż tą sceniczną prowadzącą do serc słuchaczy?

Ostatnio oglądałem film Birdman, zresztą znakomity, dawno nie widziałem tak dobrego filmu, i padło tam takie stwierdzenie, że jak ktoś nie może zostać artystą, to zostaje krytykiem. W muzyce to wygląda chyba tak, że jak ktoś nie może występować na scenie, to zostaje krytykiem, realizatorem dźwięku bądź technikiem scenicznym, więc pewnie skończyłbym gdzieś w tych okolicach. Zresztą kiedy nie występuję, a nie występuję przecież super często, to pracuje na co dzień jako realizator dźwięku w teatrze, więc chyba wszystko się trochę zgadza. Nie chciałbym jednak tą wypowiedzią umniejszać wszystkim technikom scenicznym czy krytykom muzycznym, ponieważ na pewno wielu z nich robi to z powołania, robią to co kochają i na co zdecydowali się od początku. Liczy się obcowanie ze sztuką – nie ważne z której strony.

Zaryzykowałeś dużo decydując się na dążenie do spełniania muzycznych marzeń. Bałeś się rzucić wszystko, nie mając gwarancji, że Ci się uda, czy może stwierdziłeś, że kiedy straciłeś pracę to w sumie nie masz już nic do stracenia?

Nie, to nie było rzucenie wszystkiego. Ja nie rzuciłem pracy – to praca rzuciła mnie. A jako, że jestem człowiekiem raczej ekonomicznym i mogłem sobie wtedy pozwolić na życie przez kilka miesięcy na oszczędnościach, to nie musiałem jakoś panicznie szybko szukać pracy i wiedziałem, że to jest ten moment, w którym mogę sobie pozwolić na spełnienie mojego marzenia. To nie było jakieś wielkie ryzyko. Dałem sobie na to trzy miesiące, do końca roku. 29 grudnia skończyłem płytę, a od 1 stycznia zacząłem szukać pracy. Nie było w tym strachu, bo nie nagrałem płyty po to, żeby zacząć żyć z muzyki. Do dzisiaj nie żyję z muzyki i podejrzewam, że jeszcze przez wiele lat nie będę z niej żył. To był po prostu właściwy moment do spełnienia marzenia, a nie jakaś diametralna zmiana profesji.

Jak wspominałeś w innych wywiadach, Artur Rojek był Twoim autorytetem muzycznym/idolem. Potem zostałeś przez niego samego doceniony i poznałeś go osobiście podczas trasy, jak opiszesz to doświadczenie?

To było kapitalne! Jest takie powiedzenie, że lepiej nie poznawać swoich bohaterów, natomiast moje spotkanie z Arturem jest dokładnym zaprzeczeniem tych słów. To było piękne, bardzo sentymentalne przeżycie, bo wiesz, spotykasz kogoś, na kogo patrzyłaś z podziwem i kogo piosenek słuchałaś z podziwem przez lata, lata młodości. Mówimy o kimś, kogo teksty idealnie opisywały Twoje życie emocjonalne, z kogo tekstami się utożsamiałaś i nagle, po latach poznajesz tę osobę, a nawet możesz być jej supportem na trasie. I jeszcze sama świadomość, że masz błogosławieństwo tej osoby, bo to dzięki Arturowi znalazłem się w Kayaxie. To są momenty, dla których warto żyć.

Jesteś dowodem na to, że jak ktoś chce i ciężko na to pracuje, to jest w stanie zrealizować ten swój wyśniony plan. Często jeszcze w Polsce spotykamy się jednak ze stwierdzeniem, że osiągnąć sukces można jak ma się tzw. znajomości… Czy po tym co Ci się udało uwierzyłeś jeszcze bardziej w swoje marzenia i czy dało Ci to takiego kopa do dążenia do ich realizacji? I czy czujesz taką misję dzielenia się swoim doświadczeniem z fanami?

Chyba byłoby dziwnie, gdybym po tych ostatnich dwóch latach nie wierzył w swoje marzenia, bo tak jak powiedziałaś – miałem marzenia, które zrealizowałem i cały czas realizuję. Staram się propagować tę ideę tak szeroko, jak tylko mogę. Nie tylko wśród fanów, ale też wśród znajomych, przyjaciół czy nawet obcych ludzi, którzy piszą do mnie z pytaniami Jak to jest? Co? Może przesłuchasz? Może ocenisz?. Ludzie z różnymi, ciekawymi rzeczami do mnie piszą. No i ja cały czas powtarzam tę banalną, ale jakże trafną i piękną ideę, że marzenia są po to, żeby je spełniać, a nie po to, żeby je mieć. To brzmi trochę jak Paulo Coelho, ale kurczę, ja to robię, więc skoro mi się udało, to każdemu się uda, tylko trzeba w to wszystko wierzyć, a przy okazji też trochę popracować.

Za Tobą jest też Audio Visual Experience w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. Sala była przepełniona i wyprzedały się wszystkie bilety. Co czułeś kiedy wychodziłeś wtedy na scenę? Ciążyła przecież wtedy na Tobie pewna odpowiedzialność za widzów, którzy przyszli na to niesamowite widowisko. Bałeś się, że ich zawiedziesz?

Wiesz, to było półtora roku temu, więc nie pamiętam szczegółowo jak się wtedy czułem. Na pewno byłem bardzo zestresowany, ponieważ to było coś naprawdę wielkiego. To nie był koncert na festiwalu, to nie był support ani koncercik, tylko ogromne wydarzenie kulturalne w moim małym światku muzycznym przy jeszcze niedużej popularności, a zrobiliśmy wydarzenie z rozmachem zespołu, funkcjonującego na rynku co najmniej parę ładnych lat. Także oczywiście, że się denerwowałem, bałem się czy nie zawiodę. Tym bardziej, że to nie był nawet dziesiąty koncert w moim życiu, to był może z szósty. I niespecjalnie jestem zadowolony kiedy dzisiaj oglądam ten koncert, bo to właśnie ten koncert wydaliśmy potem z Kayaxem na DVD. Wciąż jednak spotykam się z pozytywnym odzewem wśród osób, które tam były. Ludzie wspominają wzruszenie i zachwyt, więc chyba nie było tak źle. Młody zespolik, młody artysta robi wydarzenie z dosyć rozbudowanym instrumentarium, z warstwą wizualną, mappingiem itp. To trochę mnie przerastało wtedy, ale daliśmy radę (śmiech). To jest najważniejsze.

Na polskiej scenie muzycznej pojawia się coraz więcej wykonawców, którzy nie tylko tworzą elektronikę (za którą podobno nie przepadasz, bo zabija autentyczność), ale poruszają serca za sprawą gitary akustycznej i songwriterskich talentów. Czy w ostatnim czasie ujawnił się ktoś, kto szczególnie zwrócił Twoją uwagę?

To nie jest tak, że ja nie lubię elektroniki. Owszem, powiedziałem niedawno, że elektronika zabija trochę autentyczność, ale nie jest tak, że jej nie akceptuję. Słucham jej, natomiast gdzieś podświadomie zapala mi się lampka, kiedy widzę, że mamy kolejny synth-popowy duet czy trio na z laptopem jako głównym instrumentem. Można to traktować jako pójście za modą czy też realizację własnego pomysłu, który wygląda tak, a nie inaczej, ale mnie to już troszkę męczy –  ja w muzyce lubię patrzeć na chemię wśród artystów na scenie, kiedy coś się dzieje i kiedy oni coś robią, tworzą jakąś energię, wibracje między sobą. A nie kiedy jest stół, kabelki i dwóch gości buja się w dziwny sposób, albo nawet jeden i to wszystko. Natomiast co do polskiej sceny muzycznej to bardzo mi się ostatnio spodobał rapowy projekt Syny. Nowa płyta Sambora też jest świetna.

Wiemy już jakich debiutantów śledzisz, więc teraz porozmawiajmy już o bardziej rozpoznawalnych artystach. Rok 2015 dopiero się zaczął, ale ogłoszono już wiele muzycznych premier w nadchodzących miesiącach. Czy na którąś z nich czekasz z niecierpliwością? 

Rzecz jasna bardzo czekam na nowa płytę Radiohead, która się robi z wiem. Mój idol Jean Louis Cormier również w tym roku wraca z nowym materiałem, czego się nie mogę doczekać. W Polsce czekam na nowa płytę Coldair’a oraz debiutancką płytę Lennox Row (czyli projektu basisty z mojego zespołu).

Jak widzisz swoją muzyczną karierę, sylwetkę, do czego dążysz i jakie są Twoje cele? Myślisz o podbijaniu zagranicznych rynków muzycznych?

Wiadomo, że byłoby super podbić rynek zachodni, wschodni, światowy, ale nie znam polskiego zespołu, któremu to się udało i absolutnie nie napalam się, że ja to osiągnę. Nie mam ciśnienia. Jeśli kiedyś się uda zagrać jakieś koncerty zagranicą – super, ale jeśli nie, to też umrę szczęśliwy. Natomiast chciałbym osiągnąć status artysty rzędu Dawida Podsiadło czy Artura Rojka. To ci niespodzianka! Mówię tutaj o artyście niezależnym, uprawiającym muzykę alternatywną, ale o szerokich horyzontach i swoją twórczością trafiający do szerokiego grona odbiorców. Może to będzie łatwiejsze w przyszłości, gdyż mentalność muzyczna w naszym kraju jest coraz lepsza z roku na rok i ta alternatywa przestaje być alternatywą, a staje się nurtem głównym. Natomiast marzy mi się  taka sytuacja, kiedy moja muzyka wciąż robiona tak jak ja chcę, bez żadnych kompromisów, staje się popularna na szeroką skalę, tak jak to się stało w przypadku Dawida czy Artura. To jest plan, który bardzo chciałbym zrealizować.Może mi to zająć dziesięć lub piętnaście lat, ale mimo wszystko, chcę to zrobić.

Powiedz jeszcze parę rzeczy, których nie spodziewalibyśmy się usłyszeć!

To może opowiem o nowej płycie. Premiera będzie miała miejsce w kwietniu lub na początku maja. Oczywiście nakładem Kayaxu. Jak już mówiłem będzie dużo piosenek po polsku. Będzie energiczniej, mroczniej. Bardzo zaprzyjaźniłem się z pianinem. Śmiem twierdzić, że jest to teraz mój główny instrument – zastąpił gitarę – i z tym materiałem, który nagrałem będę przez dużą część koncertów siedział przy pianinie, a nie stał z gitarą. Będzie jeden gość, będzie jazz, będą lata osiemdziesiąte, będzie elektronika, kwintet smyczkowy, trąbka, będzie fajnie.

Na zakończenie – co chciałbyś przekazać naszym Czytelnikom? 

Pozdrawiam wszystkich i zachęcam do wiary w swoje marzenia – Paulo Coelho.

Patrick The Pan (fot. materiały prasowe)


Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796
Dodaj komentarz jako pierwsza osoba!
 
Odpowiedz na komentarz
Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

 

    Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Pozostaw odpowiedź 
Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796