Rubryki
0 razy skomentowano

Z pamiętnika słuchacza Lady Gagi

Dodany przez | 11/10/2014
Informacje
 
 

Kariery artystów to ciekawy przykład na to, jak kruche jest pojęcie sławy i jak łatwo spaść z pozycji gwiazdy do miana osoby, która zwyczajnie się wszystkim przejadła. Często jednak takie osoby wracają do łask, gdy tylko uda im się w końcu pozytywnie zaskoczyć. Czym? Muzyką, rzecz jasna. I choć Lady Gaga przez cały czas nie znikała z pierwszych stron gazet, to jednak muzycznie zawodziła już od ładnych kilku lat. Na szczęście, wszystko może się łatwo zmienić.

17 czerwca 2008 r.

Słyszałem dziś w radio niesamowity, mainstreamowy „banger”. Początkowo myślałem, że to nowy utwór Christiny Aguilery, bo wokal dosyć podobny, ale Krysia po fenomenalnym Back to Basics na razie nadal milczy. Okazało się, że to debiutancki utwór artystki ukrywającej się pod pseudonimem Lady Gaga. W klubowym Just Dance wokalnie udziela się również Colby O’Donis, a utwór tak szybko wpada w ucho, że wieszczę temu kawałkowi bardzo szybką radiową karierę. Ciekawe, czy Gaga okaże się tylko one-hit wonder, czy też ma jeszcze w zanadrzu coś ciekawego.

23 października 2008 r.

Okazało się, że Lady Gaga miała w zanadrzu coś jeszcze. Tak jak przewidywałem, Just Dance powoli staje się hitem, a wczoraj premierę miał drugi teledysk młodej artystki, zatytułowany Poker Face. Ten utwór to w zasadzie jeden wielki, zapętlony hook. Wydaje mi się, że Gaga będzie miała na scenie popowej wiele do powiedzenia. Na rynku dostępny jest już jej debiutancki longplay o nazwie The Fame. Ciekawe, czy tytuł zwiastuje ogromną karierę – jeżeli jest choć w połowie tak dobry, jak zapowiadające go single, to myślę, że nic nie stanowi przeszkody na drodze do sławy Lady Gagi.

21 grudnia 2008 r.

Nastroje typowo świąteczne, ja natomiast, żeby uciec od rozbrzmiewającego zewsząd Last Christmas, przesłuchałem płytę Lady Gagi. Muszę przyznać, że The Fame zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. Nie jest to oczywiście nic ambitnego, jednak ten 50-minutowy krążek jest wypełniony po brzegi najbardziej radiowym, chwytliwym i świetnie nagranym popem, jaki miałem okazję słyszeć od dawna, sama Gaga natomiast skupia na sobie uwagę coraz większej liczby osób. Wcale się temu nie dziwię, bo sam z chęcią mogę tej płyty słuchać. Co ciekawe, pomiędzy typowo mainstreamowymi materiałami na hity, znajdują się również takie utwory, jak minimalistyczny Brown Eyes, w którym Gaga pokazuje, że nie potrzebuje wcale tak popularnego aktualnie autotune’a, bo też wokal ma niczego sobie. Na kolejny singiel obstawiam jednak Paparazzi – ten utwór ma wszystko, by stać się światowym hitem.

20 czerwca 2009 r.

Trochę poczekałem na to, żeby Paparazzi stało się singlem. Lady Gaga wolała wcześniej wydać bardzo przeciętny Eh, Eh (Nothing Else I Can Say) i bardzo dobry LoveGame, który jednak nie ma aż tak dużego potencjału, jak Paparazzi. Ten natomiast podbije listy przebojów w niesamowitym tempie, jestem tego pewien. Trzeba przyznać, że team Lady Gagi zna się na marketingu – szalony, blisko 8-minutowy teledysk, z pewnością podkręci i tak duży szum wokół artystki.

13 listopada 2009 r.

Zapomnijcie o Paparazzi! Po ponad roku od debiutu, Lady Gaga wkracza na popowe szczyty. Tym razem była jednak w zupełnie innej sytuacji – zamiast ciszy pozwalającej na spokojne nagranie płyty, Gaga miała wokół siebie tłum wygłodniałych fanów, z niecierpliwością czekających na kolejny singiel. Artystka nie uległa jednak presji i poradziła sobie znakomicie. Wydany kilka dni temu Bad Romance to kolejny materiał, który z miejsca podbija światowe listy przebojów. Oprócz tego pobija też wszelkie rekordy ilości wyświetleń na YouTube i innych podobnych serwisach. Za kilka dni odbędzie się premiera EP-ki The Fame Monster. Zacieram ręce z ciekawością.

20 listopada 2009 r.

Dziś jestem już pewien – Gaga będzie rozbrzmiewać w naszych głośnikach przez dobrych kilkanaście lat. The Fame Monster to minialbum przewyższający jego poprzednika. Duet z Beyoncé oraz Dance in the Dark to jego najjaśniejsze elementy. Jest moc, co prawda typowo popowa, jednak nie sposób nie być pod wrażeniem tego, w jaki sposób Gaga z pozycji debiutantki stała się zagrożeniem dla Madonny. Ta dziewczyna wie, jak robić chwytliwy pop. Zna się też na marketingu – kontrowersyjne wypowiedzi sprawiają, że atmosfera wokół niej jest nieustannie bardzo gorąca.

15 stycznia 2011 r.

Dawno nie pisałem o Lady Gadze, nie wiem jednak po co miałbym coś pisać, skoro obawiam się, że może ona nawet wyskoczyć z mojej lodówki. Przez ostatni rok Gaga była dosłownie wszędzie. Gigantyczna trasa koncertowa wyprzedała się na pniu, artystka w trakcie show pokazywała swoje umiejętności wokalne i muzyczne – potrafi grać na kilku instrumentach – a w przerwach wzbudzała zainteresowanie ekscentrycznymi kreacjami. Czas jednak na nagranie czegoś nowego, następca The Fame zmiecie pewnie z list przebojów inne popowe gwiazdki.

20 lutego 2011 r.

No i mamy pierwszy singiel z kolejnego longplaya Gagi – Born This Way. Muszę przyznać, że utwór nie jest zły, po poprzednich singlach oczekiwałem jednak czegoś więcej. Brakuje tu elementu charakterystycznego dla Poker Face i Bad Romance – czegoś, co sprawia, że track wchodzi do głowy już po pierwszym przesłuchaniu i pozostaje w niej na długo. Do tego wyszła ta sprawa z podobieństwem Born This Way do Express Yourself Madonny – no cóż, nie zdziwiłbym się, gdyby był to krok zamierzony – w końcu Gaga udowodniła już nieraz, że wzbudzanie kontrowersji to jej hobby.

30 maja 2011 r.

Długo trwało wyrabianie sobie zdania na temat drugiego albumu Lady Gagi. Born This Way to ciężki orzech do zgryzienia. Krytycy chwalą artystkę za odejście od radiowych klimatów i szukania własnej drogi, ja jednak mogę z całą pewnością przyznać, że The Fame było po prostu lepsze. Moim zdaniem Gaga niepotrzebnie szuka inspiracji w minionych dekadach i pomimo tego, że utwory na płycie naprawdę nie są złe, to brak tu błysku, który sprawiał, że debiutancki longplay chciało się zapętlać od początku do końca. Nie zmienia to faktu, że pod względem produkcyjnym jest ciekawie – zobaczymy, co Gaga pocznie dalej. Czy wróci do radosnego, odrobinę kiczowatego, ale chwytliwego popu, czy pozostanie przy swoich eksperymentach.

20 listopada 2013 r.

Gaga w mięsnej sukience, Gaga broni środowisk homoseksualnych, Gaga tu, Gaga tam, wszędzie Gaga, szkoda tylko, że tak mało Gagi w Gadze. Trzeci album Amerykanki to w moich oczach klapa na całej linii. Tyle szumu było wokół tej płyty, miała być taka innowacyjna, wynieść pop na nowy poziom, a jest o dwie klasy gorsza od The Fame. Jest na niej kilka przebłysków, jednak jako całość nie potrafi się obronić w żaden sposób. Nie mam chęci do niej wracać, nie wiem też, co będzie dalej z Lady Gagą. Choć duża część fanów stara się dorabiać ideologię i na siłę bronić tego krążka, to nawet wśród Little Monsters pojawiają się opinie, że Artpop najzwyczajniej w świecie zawiódł. Bo pierwiastek art jest tu zdecydowanie za mały, a pop zwyczajnie zbyt słaby, by chciało się go słuchać. Może nie rozumiem wizji Gagi, ale wiem, że to dziewczyna, która ma dobry głos i potrafi wykorzystać go w prostym, zwyczajnym popie, który nie musi chować się pod zupełnie niepotrzebną płachtą artyzmu. Gaga powinna robić pop przez wielkie P, ewentualnie skierować się w stronę klasyki, bo wydany wspólnie z Tonym Bennettem The Lady Is A Tramp udowadnia, że w jazzie Gaga czuje się jak ryba w wodzie.

11 października 2014 r.

Uśmiecham się od ucha do ucha, bo kilkukrotnie przesłuchałem już album Cheek to Cheek duetu Bennett & Gaga. Dobrze, że nie postawiłem na tej artystce kreski, bo wróciła na szczyty list przebojów w najciekawszy z możliwych sposobów. Zamiast eksperymentować i niepotrzebnie przechwalać się odkrywaniem popu na nowo, wydała wspólnie z amerykańską legendą jazzu album, zawierający kilkanaście coverów klasycznych, swingujących nagrań. Tym razem bez gigantycznej marketingowej maszyny, a z klasą i wdziękiem. Nie ma co wspominać o wokaliście, bo to już w zasadzie marka. Co jednak ciekawe, Gaga wcale nie gra tu wyłącznie drugoplanowej roli – perfekcyjnie wykorzystuje swoje wokalne zdolności i musicalowe zapędy, sprawiając, że w wiele z tych utworów tchnięte zostało nowe życie. Płyta zdobyła już szczyt listy Billboardu, co sprawia, że w zasadzie dzięki Gadze jazz wrócił do pełni łask. Bo nie oszukujmy się – zapewne bez nazwiska Lady Gagi płyta ta nie sprzedałaby się tak dobrze. A tak mamy album, który jest dla mnie drugim najlepszym longplayem Gagi. I po raz kolejny z ciekawością czekam na to, co artystka pokaże dalej. Póki co, puszczę sobie jednak jeszcze raz Cheek to Cheek.

NA ZAKOŃCZENIE SŁÓW KILKA

Żeby wyjaśnić pewne sprawy – nie, nie piszę pamiętnika o Lady Gadze. Nie jestem też jej jakimś zapalonym fanem. Uważam jednak, że dziewczyna ma niesamowity potencjał do tworzenia popowych hitów, a jej niebanalny wokal sprawia, że równie dobrze odnajduje się w klasycznych klimatach. Po co więc były jej takie eksperymenty, jak Born This Way i Artpop? No cóż, z pewnością na coś się przydały, w końcu każdemu artyście zdarzają się słabsze albumy. Uważam jednak, że pop jest na tyle elastyczną formą, że nie trzeba kryć jej pod płaszczykiem zupełnie niepotrzebnego artyzmu, jeżeli nie ma się do tego smykałki i odpowiedniej dozy wyczucia. No i robić wokół tego gigantycznego szumu medialnego – bo w takich sytuacjach z dużej chmury zazwyczaj pada mały deszcz. Warto podchodzić do muzyki w klasyczny sposób – niezależnie, czy chodzi o pop czy o jazz. I mam nadzieję, że tego właśnie będzie się trzymać Lady Gaga.

Lady Gaga (fot. materiały prasowe)