Rubryki
0 razy skomentowano

Up to Date Festival (7–8.09.18)

Dodany przez | 12/09/2018
 

Podczas imprezy wystąpili m. in. Abul Mogard, Lorn, Syny, Resina czy Aïsha Devi.

Ambient pod wieczór, rap po zmroku, techno w nocy i hardcore nad ranem. Kolejna edycja Up to Date Festival dobiegła końca, pozostawiając po sobie wyjątkowo różnorodne i silne wrażenia.

Organizacyjnych zmian i innowacji w stosunku do zeszłego roku w zasadzie nie było. Pojawiły się natomiast kosmetyczne poprawki znacznie zwiększające jakość odbioru całej imprezy. Centralny Salon Ambientu został przesunięty na wcześniejszą porę, tak, że bez problemów można było zdążyć już na drugi koncert na stadionie. Tam teren festiwalu zyskał dodatkową przestrzeń zagospodarowaną przez stoiska organizacji społecznych i sklepów. Udanym pomysłem był też duży, aktualizowany na bieżąco (chociaż niestety nie zawsze) timetable wyświetlany na ścianie. Nie zawiedli również sponsorzy. Darmowa lemoniada Helena i Doritos, stoiska PSS Społem i szanowanych w Białymstoku lokali gastronomicznych to zawsze coś lepszego niż obecne na niemal każdym festiwalu te same drogie foodtrucki.

Tutaj dochodzimy do niedogodności, które już stale goszczą na Up to Date – tak, że ostatecznie przestają nawet denerwować, a stają się po prostu elementem lokalnej atmosfery. Nieoczekiwane obsunięcia występów na scenach Beats. i Pozdro Techno (dawna Technosoul), brak informacji, kto aktualnie gra (przy zamieszaniu z godzinami bywa, że naprawdę trudno się zorientować), słabe nagłośnienie rapu na scenie Beats. (ale przyznać trzeba, że wszystko inne brzmiało już wyjątkowo dobrze) i zbyt dużo stroboskopów na Pozdro Techno. Należy jednak zaakcentować, że nagłośnienie tej sceny było znakomite. Autorski soundsystem sprawdza się wyjątkowo dobrze, dało się wychwycić każdą warstwę poszczególnych setów (przynajmniej tych, na których byłem), a nie zlaną w jedno dźwiękową papkę.

Podobne pochwały można słać w stronę akustyki w Sali Kameralnej Opery i Filharmonii Podlaskiej, gdzie odbył się pierwszy dzień Centralnego Salonu Ambientu. Wieczór otworzyli Stefan Wesołowski i Piotr Kaliński jako Nanook of the North. Projekt inspirowany pierwszym filmem dokumentalnym nie mógł wystąpić bez pokazu tegoż. Nie był to jednak soundtrack, a muzyka, która próbowała oddać mroźne realia dalekich arktycznych terenów i swoją dramaturgią wciągała bez końca w nieznany świat. Głęboki bas w połączeniu z zapętlonymi warstwami skrzypiec czy pianinem robił to doskonale.

Sarah Davachi zaprezentowała się bardziej od strony muzycznej badaczki i pani muzykolog – pokazała brzmienie niezwykle oszczędne, delikatnie i z pietyzmem zestawiając kolejne dźwięki, osiągając jednak efekt silnie oddziałujący na słuchacza, głównie w sferze fizycznej. Wysokie tony aż wwiercały się w kanaliki uszne, atakując z każdej strony, z jednolitym natężeniem, co sprawiało wrażenie bycia zamkniętym w pułapce. Ciekawe i nietypowe doświadczenie. Bvdub w odróżnieniu od swojej poprzedniczki nie był ani trochę delikatny. Przejechał po publiczności walcem ambient i dub techo tyleż potężnym, co pięknym w swojej wielowarstwowości. Dudniący bas, powoli sunące drony i ledwo słyszalne wokalizy rozlewały się po całej sali i chciało się tego słuchać w nieskończoność. Na szczęście set trwał grubo ponad godzinę.

Drugi dzień Centralnego Salonu Ambientu przeniósł do Auli Magna Pałacu Branickich (nieco gorszej akustycznie, bo pełnej rezonujących elementów wystroju, ale nadrabiającej urokiem). Późnobarokowe wnętrze wydawało się wprost stworzone dla muzyki Resiny. Artystka pojawiła się na scenie wraz z perkusistą, który co prawda wniósł do występu sporo dynamiki, ale nie zabrał ani trochę należnego Karolinie Rec uznania. To ona eksperymentowała z kolejnymi piętrami wydobywanych z wiolonczeli dźwięków, które nakładała na siebie, tworząc ich gęstą siatkę. Kończący cały koncert utwór pełen wokaliz tylko przypieczętował opinię o pięknie tego występu.

Giulio Aldinucci postawił na sprawdzoną ambientową formę – lekko utkane kolaże o spokojnie rozwijającej się fakturze, nienachalne, bardziej stanowiące muzykę tła, ale taką, która wywołuje pragnienie obcowania z sobą. Jednak występ, który nie tylko stanowił ukoronowanie Salonu Ambientu, ale dostarczył też najsilniejszych przeżyć emocjonalnych na całym festiwalu, to Abul Mogard. Wspomagany wizualizacjami, za które odpowiadała Marja de Sanctis, wyświetlanymi na ścianie auli, oczarował muzyką niezwykle trudną do właściwego zaklasyfikowania. Owszem, był to z pozoru ambient i drone, ale tak emocjonalny, mroczny, o mroźnej fakturze, pełen detali i świadomy, że trudno było wyjść z podziwu, chcąc pochłaniać każdy pojedynczy dźwięk, odgłos pozytywki czy fletu unoszący się w tle. Nie będę krył, że podczas Half Light of Down zakręciła mi się w oku łezka i poczułem emocje, których zawsze z utęsknieniem wypatruję w muzyce, a których zwieńczeniem jest całkowite oczyszczenie. Może lepiej nie wiedzieć, kim naprawdę jest Abul Mogard (warto zaznaczyć, że podczas występu był schowany za kotarą), aby móc oddać głos tylko jego przepięknej muzyce. Nie sądziłem, że ambient może zabrać w tak emocjonalną podróż.

Pięknie w całość splata się cały zamysł na tegoroczny festiwal. Przypomnienie o haśle PLUR, podstawie kultury techno, czy akcentowanie idei DIY, zarówno w przygotowaniu imprezy, jak i promocji oraz oprawie wizualnej, nie obyło się bez zapewnienia odpowiedniego tła muzycznego. Pojawił się zarówno Goldie, jeden z ambasadorów drum and bassu i chodząca ikona rave, który swoim DJ setem przeniósł do złotych, nomen omen, czasów tego ruchu, jak też Slipmatt i Marc Acardipane, również działający muzycznie od dawna, tyle że bardziej na gruncie hardcore i gabber. To jednak jedna strona medalu, z drugiej bowiem pojawiły się osoby, które kierują kulturę muzyki elektronicznej w zupełnie inną stronę. Reprezentanci nurtu decondstructed club – Aïsha Devi, która świetnym livem wielu wprawiła w zakłopotanie, ale równie dużo osób przyciągnęła pod samą scenę i oczarowała nieprzewidywalnością, LSDXOXO, miksujący komercyjne hity na ballroomową modłę, nie szczędząc również trapu oraz Kingdom, jedna z pierwszych osób tworzących w nurcie post-clubu, który na Justina Timberlake’a, Cirę i Nicki Minaj nałożył gęstą siatkę uk bassu, glitchu i post-industrialu, wprawiając w zatracony taniec coraz liczniejszą grupę pod sceną.

Nieco spokojniej wypadł live Suicideyear, który, chociaż starał się wychodzić znacznie poza instrumental hip hop, ostatecznie nie porwał i momentami raził monotonnością. Oczarował natomiast Lorn. Ortega zręcznie lawirował między basową melancholią (Sega Sunset), a mocniejszym, ale dalej bardzo klimatycznym uderzeniem (Drawn Out Like an Ache z wydanego dzień wcześniej nowego albumu). Artysta nie grał długo, ale obecność Acid Rain wynagradza wszystko inne. Bez zarzutu zaprezentowali się Kamp!, chociaż chyba lepiej byłoby spotkać się z nimi w klubowych warunkach. Nie można się również przyczepić do DJ setów Mumdance i Silent Servant. Oba taneczne, tylko na dwóch zupełnie odległych biegunach – grime i uk bass versus przytłaczające, ale podskórnie melodyjne industrial techno.

Do wyjątkowo udanych należały techno live sety. Phase Fatale nie brał jeńców – sample krzyków, EBM-owy sznyt i industrialna surowość uczyniły jego występ równie absorbującym, co mrocznym i  przerażającym. Wata Igarashi odsłonił świat minimalu poza basem, prezentując pełen detali wyrywek swojej twórczości i nie ukrywając go w gąszczu niskich tonów, a Rrose w swoim secie przejechała przez różne inspiracje i odmiany techno, w których tworzyła przez cały okres swojej kariery.

Silną reprezentację zawsze na Up to Date stanowi rap, tym razem wyjątkowo przekrojowy. Nowe trendy zaproponował Otsochodzi, zaliczając tym samym powrót na imprezę po dwóch latach, w zupełnie nowej odsłonie. Zrobił to w sposób udany, nie nadużywając playbacku, bawiąc się z publicznością i na deser prezentując premierowo niewydany jeszcze singiel Euforia. Undadasea przywieźli z Gdyni mnóstwo świeżej bryzy i chociaż wychodząc na scenę zasmucili zebranych pod nią fanów informacją o śmierci Maca Millera, szybko zdołali ponownie przywrócić radość niepowtarzalnym vibe, energią drzemiącą w całej grupie i luzem. Syny, czyli skład który na Up to Date czuje się jak w domu (zagrali tu trzy lata temu, rok później na afterze, a ostatnio oddzielnie jako Piernikowski i 1988), to klasa sama w sobie. Fenomenalne bity 1988, nie gorsza nawijka Piernikowskiego (tak, ma to swój klimat), postpeerelowska atmosfera (dywan rodem z poprzedniej epoki) i wszechogarniający dym. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów, niech wracają również za rok, aby „pobujać się z białasami”.

Już teraz organizatorzy zapraszają na kolejną, jubileuszową edycję Up to Date Festival. Świętowanie dekady kultowej (nie bójmy się użyć tego słowa) imprezy, przypadnie na szósty i siódmy dzień września. Wiadomo, że będzie świetnie. Dlaczego? Bo Up to Date na stałe zadomowił się w gronie festiwali, na których liczy się atmosfera, a nie tylko muzyczny skład. Dość powiedzieć, że znaczna część uczestników nie zna nazwisk z line-upu, dopiero na miejscu edukując się, z kim będzie miała do czynienia. Być może mówienie o klimacie jest banałem, ale każdy obecny potwierdza, że niesamowitym doświadczeniem jest uczestniczyć w festynie, na którym zbiera się pół miasta, a wszędzie unosi się duch trochę większej domówki, na której panuje wolność w wyborze – posiedzieć ze znajomymi, potańczyć czy zjeść? Dlatego chwała organizatorom za to, że stworzyli grunt, na którym można prezentować nowe trendy w muzyce, nauczać o tych starych i sprawiać, że uczestnicy sami, często nieświadomie, chcą się edukować.

Up to Date Festival (fot. Jacek Wnorowski)