Rubryki
0 razy skomentowano

Tauron Nowa Muzyka Katowice (7-8.07.17)

Dodany przez | 11/07/2017
 

Podczas katowickiej imprezy wystąpili m. in. SOHN, Cat Power, WhoMadeWho, Forest Swords i Clark.

Festiwalowej eksploracji ciąg dalszy. Jasnym jest, że wszystkich festiwali w Polsce nie da się jednego roku odwiedzić, tym razem jednak wybór pad na Tauron Nowa Muzyka Katowice. Głownie dlatego, że w ramach ogłaszania kolejnych artystów impreza zdawała się naprawdę wyróżniać line-upem, bardzo bogatym, wyjątkowym i różnorodnym. Pojawiały się co prawda pytania o to, jak artyści, tacy jak SOHN, Cat Power czy Taco Hemingway, mają się do określenia „nowa muzyka”, jednak wydawali się oni przyciągającą tłumy koniecznością, mało istotną w kontekście ogromu innych zapowiedzianych wykonawców.

Jak się jednak okazuje, ogrom artystów okazał się dość sporą wadą Taurona. Przy imprezie rozpoczynającej się w okolicach godziny osiemnastej okazało się niemożliwym takie rozlokowanie wykonawców, żeby nie następowały złowieszcze clashe. I mam tu na myśli naprawdę trudne problemy z wyborem, bo wahanie pomiędzy Gang Gang Dance, Shackletonem i Forest Swords, a także między Williamem Basinskim i Róisin Murphy, to dylematy wagi ciężkiej. Na szczęście ten drugi organizatorzy postanowili rozwiązać fatalną organizacją Sali Kameralnej NOSPR. Może się tam zmieścić tylko ściśle określona liczba osób, więc ludzie ustawiali się w kolejce na długo przed występami. Szkoda, że wszyscy byli wpuszczani w jednej chwili, przez co nie było wiadomo, czy stając w danym miejscu kolejki jeszcze jest się w stanie dostać na koncert, czy pochód zatrzyma się akurat tuż przed wejściem, z informacją o tym, że miejsc już brak. Niestety mnie spotkała taka właśnie sytuacja, przez co nie zobaczyłem ani wcześniejszego koncertu, zajmując dogodne, jak mi się wydawało, miejsce w kolejce, ani tego równoległego z Basinskim (Róisin), bo informacja o przepełnieniu sali pojawiło się dopiero po pół godzinie.

Tym bardziej szkoda, bo reprezentacja Sali Kameralnej prezentowała naprawdę wysoki poziom. Zarówno eksperymentalny koncert Egopusher, z dużą rolę skrzypiec i perkusji, jak i fenomenalny popis Lotto, balansujący na granicy post-minimalizmu i post-rocka, przepełniony powtarzanymi motywami i zapętlonymi urywkami dźwięków, przeplatający kojący spokój z agresywną mocą, były jednymi z najjaśniejszych punktów tej imprezy.

Ironiczne było to, że podczas występu Mall Graba zabrakło prądu. Nieźle, jak na imprezę, której głównym sponsorem jest Tauron. Poza tym można się jeszcze przyczepić do nieco zbyt skąpych oznaczeń i informacji. Długo nie mogłem znaleźć strefy dla mediów, specyficznie był też ogrodzony teren festiwalu, gdyż czasem brakowało innych dróg komunikacji między scenami.

Od strony czysto muzycznej przeżyłem kilka rozczarowań. Z pewnością jednym z nich był koncert Cat Power, który był zwyczajnie nudny. Artystka wystąpiła solo, ale gitara, pianino i jej wokal nie okazały się wystarczające, aby znacznie przyciągnąć uwagę. Trochę lepiej zaprezentował się SOHN, jednak jego dokonania na żywo niezbyt odbiegają od twórczości studyjnej. Utwory wybrzmiały poprawnie, nie nadzwyczajnie, a dodatkową przyjemność sprawiał jedynie ciekawa oprawa świetlna. Również inna gwiazda sceny miasta muzyki, WhoMadeWho, nie zachwyciła. Niezbyt porywający koncert przepełniony był co prawda przebojami grupy, ale zaprezentowanymi w niezbyt angażującej oprawie.

Tu na szczęście zawody się kończą, potwierdzając tym samym tezę, że na tej imprezie główna scena wcale nie jest najciekawsza. Jedynym olśniewającym występem na niej okazał się koncert RY X. Upragniony przez polskich fanów przyjazd Australijczyka okazał się godny długiego czekania, artysta wraz z towarzyszącymi muzykami zaprezentował bowiem swoje najpopularniejsze kompozycje, przy wtórze okrzyków wniebowziętej publiczności. Z jednej strony był w stanie wytworzyć intymną, niemal kontemplacyjną atmosferę, z drugiej zaś zachęcał do tańca basowymi wtrętami i pulsującą elektroniką. Nie spodziewałem się takich wrażeń.

Do sceny Electronic Beats można mieć zastrzeżenia pod względem zbyt mocnego nagłośnienia (co, mając w pamięci zeszłorocznego OFFa, nie jest chyba niczym wyjątkowym), jednak od strony poziomu prezentujących się na niej artystów, było wyjątkowo dobrze. Bardzo zapadł mi w pamięć set Maxa Coopera, wyróżniający się przede wszystkim starannie dobieranymi dźwiękami, współgrającymi z idealnie dopasowanymi wizualizacjami. Nie dziwne, że artysta jest na co dzień doktorem genetyki, bo misterne zacięcie i dbałość o szczegóły było widać w każdym aspekcie występu. Przystępny, a zarazem bardzo wysmakowany i zróżnicowany, łączące różne gatunki od techno, przez ambient, po glitch, set. Natomiast Clark, ze swoim projektem Death Peak Live, poszerzył wizualne doznania o występ duetu tancerek, które swoje ruchy synchronizowały z dźwiękami najnowszego albumu brytyjskiego speca od IDM-owych brzmień, co wypadło naprawdę dobrze.

Zaskakującym doświadczeniem był koncert !!!. Grupa na scenie zachowywała się dziko, prezentując dance-punk z naciskiem głównie na taniec. Zarówno frontman, jak i wokalistka, przyciągali wzrok swoimi ruchami i często wbiegali w publikę. Dowiedli, że ich muzyka idealnie nadaje się do nieskrępowanej zabawy. Również na zabawę, ale typowo elektroniczną, postawili Hercules & Love Affair. Wybrzmiały największe hity (I Try to Talk to You, Blind czy Painted Eyes), jak również całkiem nowy Controller. Mimo drobnych kłopotów technicznych na początku, wokaliści byli w stanie utrzymać publikę w stanie ciągłego pobudzenia.

Christian Loeffler z Mohną wprowadzili w świat kojącego minimal techno i ambient house’u, okraszonego przyjemnymi dla oka wizualizacjami. Obecność wokalistki znacznie ubogacała ten występ, jeszcze bardziej ożywiając syntetyczne dźwięki. Nieco nietypowy okazał się koncert Forest Swords. Artysta wystąpił w towarzystwie basisty i zaprezentował inne, bo obdarte ze studyjnego mroku, aranżacje swoich utworów z Engravings i Compassion. Z początku trudno było się do takiego brzmienia przyzwyczaić, koniec końców set był jednak udany, być może jednak zbyt krótki. To na szczęście Matthew postara się nadrobić podczas październikowego koncertu w Warszawie, który już od jakiegoś czasu jest zapowiedziany.

Bieganie między scenami również przyniosło trochę przyjemnych doświadczeń. Z pewnością wyczekiwany przeze mnie występ Pauli Temple okazał się rzeczywiście dobry i dosadny, musiałem go jednak prędko opuścić, aby zająć dobre miejsce w kolejce na Williama Basinskiego. Poza tym wrażenie wywarła na mnie również inna kobieta, Avalon Emerson, która zaprezentowała bezkompromisowy tech house. Ukradkiem zobaczyłem również urywek klimatycznego, osnutego dymem koncertu Piernikowskiego. Dzikim zjawiskiem okazał się natomiast występ ho99o9, punkowo-hip-hopowej grupy o niebywałych pokładach energii, czym zresztą zdążyli już zasłynąć na całym świecie.

Trudno nie zauważyć, że podczas tegorocznej edycji nie wszystko było w porządku. Tym bardziej żałuję, bo był to mój pierwszy raz na Tauronie i, zachęcony bardzo przychylnymi opiniami z lat poprzednich, jechałem tam z wielką radością. Nie znaczy to jednak, że festiwal po jednej średnio udanej edycji można spisać na straty. Nic bardziej mylnego. Domyślam się, że w najbliższych latach będzie tylko lepiej. Szczególnie, że nowoczesno-industrialna lokacja jest w stanie zapewnić niepowtarzalną atmosferę, co czyni ją jedną z najlepszych miejscówek festiwalowych w Polsce.