Rubryki
0 razy skomentowano

Tauron Nowa Muzyka Katowice (21-22.06.19)

Dodany przez | 08/07/2019
 

Do tego, aby móc cieszyć się Tauronem, potrzebna była zmiana nastawienia. Jak się okazuje, dzięki niej można z imprezy wyciągnąć znacznie więcej miłych wspomnień.

Gdy byłem na Tauronie dwa lata temu, przeważnie narzekałem. Źródło tych narzekań stanowił m. in. fakt, że nastawiłem się na wiele koncertów. Ostatecznie jednak nie wszystkie udało mi się zobaczyć, a rozgoryczenie pożerało miłe wspomnienia. W tym roku sytuację udało się odwrócić – przyjechałem, aby po prostu dobrze się bawić i ta myśl przyświecała mi podczas trwania całej imprezy. I chociaż rozczarowania również się pojawiły, to w znacznie mniejszej liczbie.

Co jednak na pochwałę zasługuje już na początku, to część kwestii organizacyjnych. Na teren festiwalu można było wnieść półlitrową butelkę wody, była też opcja napełnienia jej sobie z cysterny podstawionej przez Wodociągi Śląskie. To rozwiązanie złagodziło niedogodności płynące z upałów, a zarazem pozwoliło oszczędzić wiele plastiku. Miło, że coraz więcej festiwali stawia na pierwszym miejscu środowisko i zdrowie uczestników, a nie chęć dorobienia się na marży. Taki właśnie powinien być powszechny standard.

Również koncert Kraftwerk, czyli ogromne i wybitnie niefestiwalowe przedsięwzięcie, udało się jakoś organizatorom dopiąć z sukcesem. Owszem, części widzów zabrakło okularów 3D, ale to jedyna wpadka. Nie było zbytnich kolejek do wejścia, wszyscy zmieścili się bez problemu pod sceną, a nagłośnienie zrobiło swoje. Sam koncert również należał do udanych, chociaż trudno wyrokować, na ile była to zasługa samego zespołu, na ile oprawy, a na ile wspomnień i nostalgii. Niemniej zarówno tańczące roboty w Die Roboter czy latający spodek lądujący obok katowickiego Spodka, jak i polski tekst Pocket Calculator oraz rozpędzony samochód w animacji Autobahn, pozwoliły opuścić półtoragodzinne show bez jakichkolwiek obiekcji i w całkowitym spełnieniu.

Poza Kraftwerk istotnymi atrakcjami festiwalu były koncerty Amnesia Scanner, czyli zdekonstruowana nawałnica gęstych dźwięków okraszonych rozsadzającymi mózg wizualizacjami, Bjarkiego, który również zadbał o świetną sferę wizualną, ale warstwa muzyczna w postaci zimnego i bogatego brzmieniowo techno również nie odstawała czy Króla, który jak zwykle zachwycił autoironią i zaprezentował nowe aranżacje starszych utworów.

Podczas Taurona wyjątkowo nie miałem humoru na typowe techno sety, dlatego uciekałem z Red Bull Stage. Nawet na zachwalanej Laurel Halo wytrwałem jedynie pół godziny, nie wspominając o Oscarze Mulero czy Neon Chambers (którzy skądinąd zagrali dobrego live’a, do którego jednak trzeba było mieć nastrój), a na dłużej zatrzymał mnie jedynie Kamp!, który zagrał bardzo pewny set, stanowiący powrót do korzeni i wyrażający chęć ucieczki od popu w stronę elektroniki (mało wokali, powolnie budowane kompozycje). Bardziej ciągnęło mnie ku scenie Future!/carbon, gdzie działy się rzeczy szalone. Brat Star lepiła pędzącego seta z urywków hardcore i IDM, coucou chloe w dymie trochę rapowała, a trochę śpiewała do połamanych podkładów, dogheadsurigeri porwała kipiącą energią i wielu zszokowała wplątanym w set Explosion, a Avtomat wręcz oczarował hybrydowym setem ze śpiewanymi fragmentami i urywkami chociażby These New Puritans.

Dobre wrażenie pozostawiła po sobie końcówka seta Kornéla Kovácsa, dlatego szkoda, że grał on o tak niefortunnej godzinie. Chwila, którą spędziłem na Gaice nie była za to już tak owocna. Artysta sprawiał co prawda wrażenie bardzo zaangażowanego w swój występ, ale jego treść i tak nudziła. Podobne zarzuty można mieć do Smolika i Kev Foxa, którzy od lat grają to samo i budzą raczej zażenowanie swoim zamiłowaniem do evergreenów Pink Floyd i Led Zeppelin oraz celebracją gitary. W tym kontekście szacunek należy się Askjellemu, który wraz z zespołem zagrał przyjemny, klimatyczny i wyważony koncert, w którym emocje nie oznaczały śmiesznej i sztucznej egzaltacji, a prawdziwe zaangażowanie.

Rozczarowaniem numer jeden okazała się Marie Davidson, a raczej awaria jej sprzętu, przez którą koncert zakończył się już po pierwszym The Psychologist. Szkoda, że artystka chociaż na chwilę nie wyszła do publiczności, aby wyjaśnić sytuację, ale można zrozumieć jej zakłopotanie i rozgoryczenie, bo przecież zadziałały czynniki w pełni losowe. Zawiódł również Yves Tumor. Nie można mu odmówić scenicznej energii, ale spodziewałem się czegoś więcej niż w zeszłym roku w Warszawie. Tymczasem Sean Bowie ponownie wystąpił sam, ponownie zarówno podkłady, jak i jego wokal leciały z offu, nowością były jedynie premierowe utwory. Po stokroć szkoda, szczególnie w kontekście niedawnego świetnego koncertu na Primaverze. Pozostałe gwiazdy soboty może nie tyle zawiodły, co wynudziły. Apparat w formule z całym zespołem postawił na bogate aranżacje, ale mimo to przeciętny nowy album okazał się trudny do wybronienia, natomiast Skepta otrzymał od publiczności ogromną dawkę energii, ale sam w kontakcie z nią był nieco monotonny, a dramaturgia i tempo koncertu często zwalniały, mimo obecności takich hitów jak Bullet from a Gun, Shutdown czy That’s Not Me.

Mimo wszystko na pewno nie mogę powiedzieć, że Katowice opuszczałem z aż takim rozżaleniem jak dwa lata temu. Bilans całkowity ujawnił nadwyżkę po stronie pozytywów, a takie okoliczności jak przyjemna pogoda, względny brak organizacyjnych wpadek czy wyjątkowo pozytywne nastawienie ludzi dookoła pozwoliły w pewnych momentach bawić się szczególnie dobrze. Kolejnym krokiem w procesie zmiany myślenia na temat Taurona powinno być podjęcie ostatecznej decyzji: przyjeżdżać tu dla koncertów czy dla zabawy (i bez sprecyzowanych oczekiwań)? A potem wybranie opcji numer dwa i wchłonięcie w trwający do rana taneczny puls. Mnie pozostaje tak właśnie zrobić w przyszłym roku, co pozwoli całkowicie odciąć się od niezadowolenia i w pełni docenić imprezowy potencjał katowickiego festiwalu. Na razie spuentuję krótko: było dobrze, ale może być jeszcze lepiej.

Kraftwerk (fot. Jacek Wnorowski)