Rubryki
0 razy skomentowano

Savages | Warszawa (01/03/14)

Dodany przez | 07/03/2014
Informacje
 
 

1 marca 2014 r. odbył się warszawski koncert Savages. Był on moją pokutą za przegapienie ich występu na zeszłorocznym Open’erze. I okazał się najlepszą pokutą jaką mogłam sobie wymarzyć.

Dziewczyny miały wystąpić w Nowym Teatrze. Z zewnątrz budynek nie wygląda zbyt zachęcająco – jest brudny, obdrapany, interesujące wydają się jedynie liczne graffiti, wzdłuż których przechadzałam się parę godzin przed koncertem. Podczas spaceru udało mi się usłyszeć urywek próby Savages. Przepełniony emocjami głos wokalistki Jehnny przebijał się przez ściany w towarzystwie energicznych uderzeń Fay w perkusję. Już wtedy byłam pewna, że będzie to niesamowity występ.

Do Teatru udało mi się wejść około godziny 18:00, miałam więc jeszcze dwie godziny do koncertu. Zaczęłam przechadzać się po nieznanym miejscu. Wnętrze prezentowało się znacznie lepiej niż elewacja. Było surowe, ale dzięki temu wyjątkowo klimatyczne – idealne pod klimat muzyki Savages. Obok merch’u wisiała kartka z wiadomością od zespołu, w której prosiły o wyłączenie telefonów komórkowych w czasie występu. Argumentowały, że ich celem jest odkrycie lepszej formy w doświadczeniu muzyki, a telefony jedynie to utrudniają. Kiedy pomyślałam, ile razy traciłam nerwy przez osoby stojące przede mną i filmujące cały koncert, przyznałam dziewczynom całkowitą rację.

Z głównej sali zaczęły dobiegać pierwsze dźwięki supportu – A Dead Forest Index. W skład zespołu wchodzą dwaj muzycy – perkusista i gitarzysta, który jest również głosem kapeli. Grają intrygującą muzykę, która przyzwoicie przygotowała publikę na występ głównych gwiazd wieczoru. Support zszedł ze sceny i nastąpiła dłuższa przerwa. Wszyscy niecierpliwie czekali na wejście Savages.

Sala zaczęła wypełniać się po brzegi. Zewsząd słyszałam rozmowy o poprzednim, festiwalowym występie dziewczyn w Polsce. Opowieści te tylko podsycały apetyt na solidną dawkę klimatycznej muzyki. W końcu dziewczyny pojawiły się na scenie. I znów – trzy pierwsze utwory w fosie między sceną i barierkami. Mogłam z bliska przyjrzeć się artystkom.

SU1

Kiedy Jehnny zaczęła śpiewać, w niczym nie przypominała dziewczyny, którą udało mi się spotkać na backstage’u. Poza sceną wydawała się opanowana, cicha, może nawet odrobinę nieśmiała. Jednak przed publiką zamieniała się w pewną siebie wokalistkę, perfekcyjnie kontrolującą swój mocny głos. Na scenie nie było żadnych słodkich dziewczątek. To kobiety z misją, którą jest granie muzyki poruszającej widzów, wnikającej do ich psychiki, wywołującej piorunujące wrażenia i pozostającej tam na bardzo długo.

Osobiście zawsze miałam pewien problem z damskim wokalem, a już szczególnie z zespołami, w których skład wchodzą same kobiety. Savages łamią wszelkie stereotypy. Mimika Jehnny pokazywała jak mocno przeżywa muzykę, którą tworzy. W międzyczasie zwróciła uwagę jednemu z widzów, aby wyłączył telefon komórkowy – przecież „jesteśmy w teatrze, prawda?”. Spotkało się to z aprobatą ze strony reszty publiki, więc winny nie mógł zrobić nic innego niż zastosować się do instrukcji. To kolejny dowód na to, że na scenie dziewczęta wszystko mają pod kontrolą.

SU4

Koncert otworzył utwór Shut Up – wejście z impetem. Idealnie nastroił on widzów na to, co miało ich czekać. Perkusistka miotała się za swoim zestawem, poświęcając całą energię na jego dobitne brzmienie. W tle rozlewał się, to wzrastał bas. Wszystko było przemyślane, dopięte na ostatni guzik. Nawet w, wydawałoby się chaotycznych, momentach wszystko prowadziło do konkretnego efektu. Bycie świadkiem takiego koncertu to czysta przyjemność.

Następnie mogliśmy usłyszeć starszy singiel Flying to Berlin, którego zapowiedź wywołała wyraźny entuzjazm pośród ludzi. Warto wspomnieć o światłach, których barwa głównie obejmowała odcienie bieli, brązu i szarości. Były więc stonowane, agresywne (flashe), pojawiały się tylko w szybszych momentach muzycznych. Za to dziewczynom mogę podziękować – robienie zdjęć przy takim oświetleniu to marzenie. Co chwilę zalewająca scenę para dodawała występowi tajemniczości. Potem usłyszeliśmy praktycznie całą nową płytę Silence Yourself.

SU2

Kiedy rozglądałam się po publice większość wpatrzona była w Jehnny jak w wyrocznię. Jakby wyłapywali każde słowo płynące ze sceny. Inni znów z zamkniętymi oczami przeżywali samą muzykę, bujając się na boki bądź machając głową w klasycznym headbangu. Już nikt nie ośmielił się wyciągnąć komórki z kieszeni. Savages musiały być z siebie dumne. Kiedy ze sceny zabrzmiał mój ulubiony utwór Waiting For a Sign nareszcie poczułam, że w pełni odpokutowałam za poprzednią nieobecność. Zamknęłam oczy i z zaufaniem zaczęłam wsłuchiwać się w upragnione dźwięki. Z zaufaniem, bo dziewczyny należy nim darzyć, by całkowicie poświęcić się ich muzyce. Nie jest banalna, wywołuje niezłą mieszankę emocji.

Koncert idealnie zamknął utwór Fuckers. Brawa jeszcze długo rozbrzmiewały pod sceną, jednak dziewczyny nie pojawiły się na bis. Szkoda, ale można je zrozumieć. Dały tak dobry występ, że miały pełne prawo do odpoczynku.

Koncert był perfekcyjny, zdjęcia wyszły bardzo dobrze. Podsumowując, cudowny początek marca. Jeśli Savages znów pojawią się w naszym kraju, nie warto się zastanawiać, tam trzeba być. I poczuć ten kontrolowany mrok, który pochłania otoczenie swoimi w pełni przemyślanymi dźwiękami.

SU3