Rubryki
0 razy skomentowano

Nasze Relacje | Terrific Sunday (22.04.16)

Dodany przez | 08/05/2016
 

Wrażenia z piątkowego koncertu Reckoner i Terrific Sunday w 6-Ścian PUB. 

Piosenki Terrific Sunday bardzo często są określane jako „covery Foals”. Po koncercie w białostockim 6-Ścianie uważam takie stwierdzenie za bardzo krzywdzące. Nawet jeżeli w twórczości poznaniaków pobrzmiewają czasami echa muzyki Brytyjczyków, całość wypada zgoła odmiennie i zaskakująco.

Bombs Away usłyszałem w zeszłe wakacje, co pozwoliło mi łatwo zaszufladkować Terrific Sunday w kategorii indie pop. Jak bardzo się myliłem, uświadomił mi dopiero debiutancki album Strangers, Lovers, który brzmiał naprawdę rockowo i zadziornie, z silnym wpływem brytyjskiej sceny indie rocka. Młodzi muzycy mają prawdziwy talent do łączenia gitar i tanecznych rytmów, a wszystko pieczętują umiejętnościami technicznymi, które stoją na bardzo wysokim poziomie. Jednak o tym miałem się przekonać dopiero podczas piątkowego koncertu.

Wieczór rozpoczął się od występu białostockiej grupy Reckoner. Poniekąd legendarny (mimo stosunkowo krótkiego stażu) w pewnych kręgach zespół, w składzie Gabriel Ignaciuk, Marcin Adamczuk, Kuba Gaszczyk, Jan Mikołajczyk i Marcin Kralisz, zaprezentował krótki przegląd swoich umiejętności. Materiał z EP-ki  wydanej dwa lata temu oraz dwa covery: Steady, As She Goes The Raconteurs i Hey Pixies, wybrzmiały przyzwoicie, momentami indie rockowo, innym razem bardziej stanowczo, grunge’owo. Szczególnie przyjemnie słuchało się autorskiego Parachutes i końcowego Uciekam. Mimo krótkiego występu, Reckoner zdołał przyciągnąć uwagę publiczności, co mogło być szczególnie trudne, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że to dopiero drugi koncert po długiej przerwie od występów.

Jednak wszyscy zgromadzeni na małej przestrzeni klubu (rozmiar dodawał występowi szczególnego uroku – artyści stali praktycznie twarzą w twarz z publiką) wyczekiwali gwiazdy wieczoru. Terrific Sunday w koncert weszli z przytupem – Streets of Love, z pozoru grzeczny i ugłaskany utwór, rozbujali do solidnie rockowego kawałka z mocną linią basu i tą nietypową manierą grania Foals. Ale umówmy się, nie tylko Foals tak grają, a określenie nawet takim mianem muzyki Terrific Sunday z pewnością ujmy im nie przynosi.

Były momenty, w których Piotr Kołodyński brzmiał jak Brian Molko z Placebo, były też takie, gdy balladowym wokalem wyciszał pędzące w tle gitary. Jednak cały zamysł występu sprowadzono do tego, żeby nie śpiew, a właśnie warstwę instrumentalną szczególnie wyeksponować. Dzięki temu perkusista – Artur Chołoniewski, mógł zaprezentować pełnię swoich możliwości i świetne wyczucie rytmu, a cała reszta miała okazję poszaleć z gitarami (Petty Shame), co przyniosło naprawdę świetny skutek. Szczególnie w moim ulubionym In My Arms, którego końcówka, krótko mówiąc, zmiażdżyła.

Koncert w Białymstoku to zamknięcie Strangers on Tour. Poznaniacy zachęcali więc do zabawy, a nie mogłoby być lepszego na to przepisu, niż wspomniany już, przebojowy Bombs Away. Po takim zakończeniu musiał nastąpić bis, który porwał słuchaczy tak bardzo, że na przestrzeni kilku metrów kwadratowych rozpoczęło się pogo. To chyba najbardziej wymowne podsumowanie energii, jaka płynęła ze sceny.

Nie zdobyli w tym roku Fryderyka, ale wcale ich to nie zmartwiło. Sami podsumowali, że wtedy ciążyłaby na nich jeszcze większa presja. Zagrają za to na scenie głównej tegorocznego Open’era. I nie ma ani krzty wątpliwości, że na to zasługują. Bo to nie tylko poziom światowy, ale muzyka, mimo mojego pierwszego wrażenia, ambitna. W dodatku tak dobrze zagrana, że tych gitarowych szaleństw ciągle chce się więcej.

Terrific Sunday (fot. materiały własne)