Rubryki
0 razy skomentowano

Nasze relacje | Kiasmos (15.04.16)

Dodany przez | 20/04/2016
 

Kiasmos piątkowego wieczoru porwali publiczność w Progresji. 

Moja historia z duetem Kiasmos rozpoczęła się właśnie od Sounduniverse. Pewnego dnia usilnie szukałem materiału na newsa i wpadł mi w oko wpis na Pitchforku  o nowym utworze od Kiasmos – projektu Ólafura Arnaldsa i Janusa Rasmussena. Jako że pałałem platoniczną miłością do neoklasycznej wizji muzyki Ólafura, zabrałem się za ten materiał z wielką ochotą. Powoli oblepiały mnie dźwięki premierowego Burnt, a początkowa fascynacja po wydaniu debiutanckiego albumu przerodziła się w ogromne uznanie dla muzyków, którzy nie tylko stworzyli dawkę atmosferycznego minimal techno, ale potrafili wpleść w nią wpływy klasycznych instrumentów i organicznych dźwięków.

I właśnie to połączenie nie tyle zaskakiwało, ale frapowało mnie najbardziej. Bo chociaż już od początku wiedziałem, że na koncertach nie zaprezentują się w pełni na żywo, to wizja ujrzenia twarzy artystów, na których gości pasja nawet przy „martwych” syntezatorach, wydawała mi się spełnieniem marzeń. W dodatku przerodziła się ona w zazdrość, gdy dowiedziałem się, że set Islandczyków na Tauronie był zjawiskowy i pozostawił jedno z lepszych wrażeń w odniesieniu do całego festiwalu. Teraz miałem w końcu szansę sam doświadczyć magii duetu Kiasmos.

Na wstępie zaznaczę, że mimo różnych opinii krążących o koncercie – nie zawiodłem się. Wiedziałem czego się spodziewać, miałem świadomość, że to muzyka elektroniczna od stóp do głów, a klawiszowe wstawki to jedynie dodatek (nieco inaczej niż w wydaniu studyjnym). Zdawałem sobie sprawę, że prawie takie samo znaczenie jak muzyka, będzie miała atmosfera kreowana przez artystów. I dokładnie tak było. Z kronikarskiego obowiązku zaznaczę też, że jako support zagrał duet SOTEI, czyli Sobura i Teielte. Panowie dali poprawny występ, ale wspierana samplami perkusja nie przekonała do siebie widzów. Liczę na nieco więcej urozmaicenia na debiutanckim krążku.

Ólafur i Janus najbardziej porwali mnie swoją spontanicznością i otwartością. Co chwila odbiegali od stołu i skakali po scenie, wymachiwali rękami jak rasowi didżeje, z zaangażowaniem i pasją wyczyniali przy stanowisku cuda. Podskakujące włosy Janusa i nietypowa maniera grania Ólafura (po dotknięciu ręką samplera szybko ją cofał, jakby bał się efektów swojej czynności) dopełniały muzykę i wynagradzały fakt, że klasyczne sample nie mogą być zagrane na żywo. Atmosferę podgrzewały też stroboskopowe lampy i biegające po publiczności wiązki światła. Również zdecydowana przewaga basu nad wspomnianymi zsamplowanymi klawiszami nie tylko nie była rażąca, ale wręcz przyjemna. W domu odbiór tej muzyki jest diametralnie inny niż na koncercie i być może właśnie takie było zamierzenie artystów.

Chyba na większości koncertów Kiasmos najmocniejszym punktem jest grany na końcu Bent. Tutaj również było podobnie. Bo chociaż cały set wypełniono świetnymi kawałkami, dopiero improwizowana końcówka Bent stanowiła wylew energii i dopełnienie występu. Ólafur skakał z iPadem po scenie, a przed samym bisem muzycy wypili za zdrowie publiczności przysłowiowego „kielicha”. Niesamowicie wypadło też Swayed z mocno klubowym zacięciem i Gaunt z dropem, jakiego nie powstydziłby się mocno mainstreamowy DJ. Lit, które brzmi jak ambient połączony z techno, również stanowiło mocny i zapadający w pamięć punkt setu. Nie można też nie wspomnieć o wyrazistym Thrown, w którym dzwonki przeplatały się ze smyczkami i silnym, stopniowo budowanym bitem.

Na debiutanckim albumie Kiasmos udowodnili, że mariaż techno i muzyki klasycznej jest jak najbardziej możliwy. Natomiast podczas warszawskiego koncertu w Progresji pokazali wszystkim, że w ich duszy gra nie tylko islandzki smutek i melancholia, ale też ogromne pokłady energii i klubowego kunsztu – nieoczywistego i rozrywkowego zarazem. Cóż, pozostaje mi tylko powtórzyć za Ólafurem: „Dziękuję!”.

Kiasmos (fot. materiały własne)