Rubryki
0 razy skomentowano

Nasze Relacje | OFF Festival (5-7.08.16)

Dodany przez | 01/09/2016
 

Katowicki festiwal pełen niespodzianek. 

Tegoroczny OFF Festival z pewnością przejdzie do historii, jednak czy zapisze się w niej złotymi zgłoskami? Zdecydowanie będzie o to trudno. Niedawno zakończona edycja imprezy już zdołała wyrobić sobie miano „najbardziej pechowej”. Odwołano występy pięciu wykonawców, w dodatku w ostatnich chwilach (o braku Zomby’ego dowiedzieliśmy się na godzinę przed planowanym występem). Pojęcie „festiwal bez headlinerów” zyskało drugie znaczenie – wśród wielkich nieobecnych znaleźli się The Kills i ANOHNI (artystka nawet dotarła do Katowic, ale ostatecznie przegrała walkę z chorobą). Oprócz tego GZA, który ponownie zrezygnował z występu w Polsce (podobnie jak na Up to Date Festival rok temu) i jego zastępca Wiley, który ostatecznie wystawił organizatorów.

Cała sytuacja każe nie tylko współczuć Arturowi Rojkowi i spółce, ale również przyzywa różne teorie spiskowe. Jak to możliwe, że artyści tak niepoważnie podchodzą do swojej pracy, a nieraz i pasji? A może to management ma rzesze fanów w głębokim poważaniu i zdaje się jedynie na zimną kalkulację? W końcu GZA musiałby przylecieć do Europy, a Zomby zagrać koncert przed premierą nadchodzącego albumu. Osobiście najbardziej rozczarował mnie nie brak owych wykonawców (owszem, na Zomby’ego i The Kills czekałem, ale to nie oni stanowili siłę tego festiwalu), ale beznadziejność całej sytuacji i brak szacunku do osób, które na te występy poświęciły swoje pieniądze i cenny czas. W końcu odwoływać koncert powinno się z jasnych przyczyn i trochę wcześniej niż godzinę przed jego planowanym rozpoczęciem.

Rozumiem ANOHNI, która nawet miała z rana próbę, a ostatecznie w długim poście przeprosiła wszystkich fanów (fakt, żadna rekompensata, ale przynajmniej szczery gest). Jestem nawet w stanie przyjąć informację o chorobie Alison Mosshart z The Kills (chociaż to co najmniej podejrzane). Potępiam jednak zachowanie pozostałych artystów i ich sztabu, bo to niepoważne i mało profesjonalne. A teraz baty spadają na organizatorów, mających na sumieniu swoje grzeszki (ogólna dezinformacja, brak książeczek festiwalowych, słabe oznakowanie w mieście), ale w zaistniałej sytuacji niewinnych. Oby farsa z podtytułem „surprise” nie wpłynęła negatywnie na imprezę w przyszłych latach, a winni festiwalowego cyrku dostali nauczkę i w końcu zrozumieli, że booking to rzecz święta.

Festiwale takie jak OFF zawsze będą wiązały się z wyborami. Electronic Beats Stage czy Scena Eksperymentalna? Scena Miasta Muzyki, a może Namiot Trójki? Dylematy się pojawiały i niestety, kilka z nich rozwiązałem w sposób nieudany. Nie udało mi się zobaczyć Ata Kaka, Lightning Bolt, Komet, zespołu Fidlar czy LOTTO oraz Williama Basinskiego. Jednak ilość dobrych koncertów zrekompensowała złe decyzje.

GWIAZDY

Pierwszego dnia oczarował mnie koncert Minor Victories. Niektórzy wytykali temu występowi problemy z dźwiękiem, jednak mi nie przeszkodziło to cieszyć się przepełnionym gitarami popisem supergrupy. Rachel Goswell była słyszalna bardziej niż w Slowdive, Stuart Braithwaite dorzucił post-rockowy patos Mogwai, a bracia Lockey nutkę post-punkowego Editors. Całość brzmiała jak kolaż tych właśnie grup i to wyjątkowo udany.

Nie zawiódł też Devendra Banhart, który zagrał minimalistyczny, oszczędny, wręcz szeptany i pełen niedopowiedzeń koncert. Na szczęście widownia potrafiła ze skupieniem wsłuchać się w brzmienie zespołu i wokal Banharta, czasem wspólnie wyśpiewując utwory. Nie znam aż tak dobrze studyjnej odsłony Amerykanina, ale jego nieszablonowe zachowania na scenie i wymykające się folkowym schematom kompozycje wystarczyły, żeby uznać występ za udany.

Na sobotni koncert Lush czekałem od kilku miesięcy i niestety, czuję pewien niedosyt. Nie wiem do końca czym jest spowodowany, bo z obiektywnego punktu widzenia występowi niczego nie brakowało, ale z pewnością mogło być lepiej. Jednak nie znaczy to, że Brytyjczycy nie wywiązali się ze swojego zadania. Mieszanka shoegaze i britpopu brzmiała poprawnie, miejscami przebojowo. Miejmy nadzieję, że nowy album grupy ukaże się już niedługo, bo z nowości wybrzmiało tylko Out of Control, a fani tęsknią za dawką premierowego materiału.

Lush (fot. Jacek Wnorowski)

Lush (fot. Jacek Wnorowski)

Trochę rozczarował mnie fakt, że GusGus wystąpili tylko w dwuosobowym składzie. Ale to podobno norma w przypadku Islandczyków, a że widziałem ich po raz pierwszy i tak bawiłem się przednio. Napakowany housem, a miejscami taneczną elektroniką set, obfitował w takie przeboje jak Over, David, Crossfade czy Arabian Horse oraz w premierowe utwory. Osobiście poczułem się spełniony i jeśli tylko będę miał okazję, wrócę na kolejny występ grupy w Polsce.

Trzeci dzień obfitował w elektroniczne szaleństwo. Poczynając od wspaniałego show Pantha du Prince, przepełnionego grą świateł, pomysłem na oprawę (maski odbijające światło czy coś przypominającego zakrycia twarzy gladiatorów) i mocno zagęszczonymi dźwiękami podbitymi perkusją, przez set Daniela Avery’ego, hipnotyzujący i taneczny zarazem, ukoronowany świetnym Drone Logic, na występie Kiasmos kończąc. Duet odwołał wszystkie koncerty z powodu kontuzji Ólafura, postanowił jednak przyjechać do Polski i zachwycić publiczność swoją wizją klasycznych dźwięków zatopionych w elektronicznym minimalu. Całość dopełniały lasery i światła okrywające okoliczne drzewa i publikę. Kolejna zapewniona przez Islandczyków podróż do innych stanów świadomości.

Pantha du Prince (fot. Jacek Wnorowski)

Pantha du Prince (fot. Jacek Wnorowski)

Kiasmos (fot. Jacek Wnorowski)

Kiasmos (fot. Jacek Wnorowski)

Zwycięzca jest jednak jeden i to mimo niesprzyjających czynników. Thundercat spóźnił się do Polski, więc jego występ przeniesiono na główną scenę na godzinę, o której miał się odbyć koncert ANOHNI. Sporo osób przyjechało tylko na amerykańskiego basistę i im zmiana pory występu nie przypadła do gustu, jednak moim zdaniem na głównej scenie Stephen Brunder sprawdził się doskonale. Zaserwował publice swoje ponadprzeciętne umiejętności techniczne i solidną dawkę fusion jazzowej improwizacji. Nie ustępowali mu członkowie jego tria, perkusista i klawiszowiec opanowali grę na swoich instrumentach do perfekcji. Them Changes, Lotus and the Jondy, Heartbreaks + Setbacks, Oh Sheit it’s X. Wszystkie te utwory w poszerzonych koncertowych wersjach wybrzmiały podczas fenomenalnego popisu. Mnie Thundercat, mimo ogromnego zmęczenia, porwał do tańca. I nie zawaham się powiedzieć, że był to jeden z najlepszych koncertów tego festiwalu.

ODKRYCIA

Surowy i eksperymentalny występ zaprezentowała Jenny Hval, bardzo spodobał mi się też koncert TaxiWars, w którym kontrabas i świetny saksofon stawały w szranki z szorstkim i donośnym wokalem Toma Barmana. Właśnie Robin Verheyen i wspomniany saksofon uczynili ten popis wyjątkowym i dodali mu nutkę improwizacji. Gromkie brawa po każdej solówce Robina każą przypuszczać, że publika uważała podobnie. Kolejnym zaskoczeniem okazał się koncert Islam Chipsy. Arabskie rytmy podbite dwiema perkusjami nie pozwoliły ustać w miejscu. Co ciekawe, trio zagrało dwa razy, aby wypełnić lukę po odwołanym w ostatniej chwili koncercie Wileya. Nietypowe doświadczenie, jednak zdecydowanie pozytywne.

Islam Chipsy (fot. Jacek Wnorowski)

Islam Chipsy (fot. Jacek Wnorowski)

Ukoronowaniem drugiego dnia był występ koreańskiego odkrycia – grupy Jambinai.  Zasłuchiwałem się w ich dźwiękach przed festiwalem, ale studyjne nagrania nie odzwierciedlają w żadnym stopniu aury piękna, jaką roztacza ich muzyka na żywo. Mariaż tradycyjnych koreańskich instrumentów z gitarami i perkusją momentami brzmiał przytłaczająco, w innych chwilach onirycznie, ale z pewnością intensywnie. Skupienie, które towarzyszyło muzykom przy powolnym budowaniu monumentalnych kompozycji z pojedynczych dźwięków, udzieliło się również uważnie słuchającej publiczności. Ten koncert miał być dobry, ale okazał się jeszcze lepszy. Zespół wystąpił na głównej scenie, a nie na eksperymentalnej, jak początkowo zapowiadano. To też zrobiło swoje. Największe pozytywne zaskoczenie katowickiego festiwalu.

Jambinai (fot. Jacek Wnorowski)

Jambinai (fot. Jacek Wnorowski)

Kero Kero Bonito mogliby pochodzić z Japonii, bo wypełniony słodkimi, wręcz dziecięcymi brzmieniami koncert sprawiał wrażenie występu gwiazd j-popu z Kraju Kwitnącej Wiśni. Jednak trio przyjechało z Wielkiej Brytanii i poza przebojowym brzmieniem ma też do zaoferowania postać wokalistki – Sarah Midori Perry. Artystka nie tylko animowała publiczność, ale też wcielała się w różne role – od absolwentki college’u po zwyczajną nastolatkę. A to wszystko za sprawą rekwizytów, w postaci maskotek, telefonu czy absolwenckiej czapki. Udany nie tylko od muzycznej strony występ.

Kero Kero Bonito (fot. Jacek Wnorowski)

Kero Kero Bonito (fot. Jacek Wnorowski)

Gdyby nie przełożony na późniejszą godzinę koncert Thundercata, nie dane by mi było zobaczyć Beach Slang. I bardzo bym żałował, bo niezobowiązująca mieszanka indie rocka i punku w wykonaniu Amerykanów to coś, czego mi brakowało. Masa energii i zaangażowania, a wszystko w kumpelskim klimacie garażowego koncertu grupki przyjaciół. Pozytywne szaleństwo.

POLSKIE

Zaskakująco dobry koncert zagrała Brodka, która w towarzystwie sekcji smyczkowej, dętej, regularnego zespołu i organów, zaprezentowała swoje najnowsze utwory i na nowo zaaranżowane stare kompozycje.  Sprawiała wrażenie osoby pewnej siebie i swoich możliwości, więc dobrze, że pojawiła się właśnie na scenie głównej. Tam też następnego dnia wystąpili The Feral Trees – polsko-amerykański projekt, krzyżujący ze sobą ostrzejsze gitary i folkową wrażliwość. Profesjonalny koncert i świetne Take It To The Grave.

The Feral Trees (fot. Jacek Wnorowski)

The Feral Trees (fot. Jacek Wnorowski)

Rysy, tym razem bez wokalistów, zaprezentowały całkiem solidny set. Porządnie wybrzmiały The Fib i Brat, które mają w sobie cząstki brzmienia Moderat, Bonobo a nawet The xx. Duet potrafił rozruszać publiczność nawet bez Justyny Święs i Piotra Zioły, za co należą im się brawa, bo tak właśnie ten projekt powinien brzmieć od początku – bardziej transowo, mniej piosenkowo.

Mgła należy do światowej czołówki black metalu, więc grzech było nie wybrać się na ich występ (szczególnie, że w tym czasie ponownie grały Islam Chipsy). Nigdy nie trafiał do mnie ten nurt w muzyce i koncert krakowian tego nie zmieni, jestem jednak pełen podziwu dla technicznych umiejętności muzyków i paradoksalnej melodyjności niektórych fragmentów ich kompozycji. Growl stanowi jednak dla mnie barierę nie do przeskoczenia, więc na tym koncercie swoją przygodę z Mgłą zakończę.

Jóga stopniowo budowała napięcie podczas swojego krótkiego występu i w pewnym stopniu się to udało – melancholia wzięła górę nad tanecznością. Na plus świetne Pod Prąd i Bones, na minus – brak utworu Cztery, najlepszej moim zdaniem piosenki katowickiego tria. Bye Bye Butterfly również zagrali przyjemny dla ucha i relaksujący koncert, bez fajerwerków, ale za to z solidnym finałem. Niedziela wśród polskich kapel należała jednak do onirycznego występu zespołu Księżyc. Atmosfera mistycyzmu  unosząca się w powietrzu wyzwalała właściwości oczyszczające umysł. Czysta magia.

Jóga (fot. Jacek Wnorowski)

Jóga (fot. Jacek Wnorowski)

ROZCZAROWANIA

Willis Earl Beal pojawił się na scenie bez zespołu, zrobił pełną rozgrzewkę z pompkami na czele, kopał statyw od mikrofonu, zakazał publiczności klaskania i był opryskliwy. Dużo mówił, trochę śpiewał. Za mało na koncert, niewiele jak na performance. Po prostu słabo. Najgorzej wypadł jednak 67,5 Minut Projekt – improwizacja bez polotu, ani taneczna, ani tym bardziej odkrywcza czy przebojowa. Długo i monotonnie. Zawodem okazał się też Zomby, a raczej jego brak. Koncertu w ostatniej chwili zwyczajnie się nie odwołuje, a Addison Groove co prawda rozgrzał parkiet do czerwoności, ale braku po Brytyjczyku nie wypełnił.

Willis Earl Beal (fot. Jacek Wnorowski)

Willis Earl Beal (fot. Jacek Wnorowski)

Mimo tak wielu problemów i niedociągnięć tegorocznej edycji OFF Festivalu, moja pierwsza wizyta w Katowicach z pewnością nie będzie ostatnią. Tu czuje się muzykę, która jest w stanie wyzwolić paletę emocji. Mam jednak nadzieję, że w przyszłym roku uczucia oswobodzi tylko ona, a nie nieprzyjemności związane z odwoływaniem artystów. I tego całej ekipie OFF Festivalu z serca życzę.

OFF Festival 2016 (fot. Jacek Wnorowski) 


Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796
Dodaj komentarz jako pierwsza osoba!
 
Odpowiedz na komentarz
Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

 

    Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Pozostaw odpowiedź 
Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796