Rubryki
0 razy skomentowano

Nasze Relacje | Colours of Ostrava (14.07.2016)

Dodany przez | 26/07/2016
 

Pierwszego dnia festiwalu wystąpili m. in. Tame Impala, Slowdive i M83. 

14 lipca raczej nie zapisze się w historii jako rozpoczęcie Colours of Ostrava, a bardziej jako dzień powodzi i ogromnych opadów deszczu. Podczas mojej drogi do czeskiego miasta ulewa tylko czasem ustępowała miejsca względnie ładnej pogodzie i stan ten trwał zdecydowanie dłużej niż powinien.

Jeszcze przed wejściem na teren festiwalu deszcz przemoczył mnie do suchej nitki, więc potem było mi wszystko jedno. Największe opady przypadły akurat na czas przekraczania festiwalowej bramy, więc pierwszymi krokami skierowałem się do jakiegokolwiek suchego miejsca. Takim okazał się Press Room w budynku Auli Gong. Po drodze powinienem się zachwycać postindustrialnym krajobrazem huty Dolni Vitkovice, ale trudno podziwiać krajobrazy będąc mokrym. Dlatego w podróż po terenie huty ruszyłem prawie godzinę później, po wysuszeniu i przeczekaniu największej zawieruchy. Zbadałem rozkład scen i udałem się na pierwszy zaplanowany koncert pod Full Moon Stage.

Występ The Ills był wyczekiwanym przeze mnie punktem dnia, gdyż sam zespół poznałem jeszcze przed Ostravą. Przepełniony ciekawością sprawdziłem ich rozpiskę koncertową i z zaskoczeniem stwierdziłem, że zagrają podczas czeskiego festiwalu. Czekałem na post-rockową, przechodzącą w shoegaze burzę i prawie się doczekałem. Na drodze stanęła mi jedynie pogoda, przez którą przegapiłem połowę spektaklu. Jednak druga część spełniła moje oczekiwania. Instrumentalny rock w wykonaniu słowackiego kwartetu okazał się zaskakująco świeży jak na gatunek, wymykający się post-rockowym ramom. Panowie nie silili się na udawany patos i często gęste kompozycje przerywali nieskomplikowanymi wstawkami czerpiącymi chociażby z bluesa. W ostatnim regulaminowym utworze znalazło się miejsce na cząstkę improwizacji, a zagrany na koniec bis zwieńczył dzieło i przekonał o potencjale tkwiącym w Słowakach. Sporo dodała też lokacja sceny, wetkniętej w odstęp pomiędzy dwiema częściami ruin budynków huty.

Umiejętnie rozpisany line-up pozwolił mi spokojnie i bez pośpiechu udać na koncert Nothing But Thieves. Nie jestem ogromnym fanem tej grupy, ale ich debiutancki album przesłuchałem kilka razy z niekrytą przyjemnością. Dziwią mnie natomiast mnogie porównania do Muse, których na koncercie nie dało się zbytnio zauważyć. Owszem, Conor Mason ma wokal, który pozwala mu na wyciąganie wysokich dźwięków, ale dalej to nie falset Matta Bellamy’ego. Grupa z Essex czasem ostrzej szarpie gitarowe struny i słucha się tego bardzo przyjemnie, ale nic poza tym. Jedynie Ban All The Music wzbudził we mnie większe emocje. Zagrany na koniec utwór rzeczywiście miał pazur i nadawałby się na festiwalowy hymn. Podobnie zresztą jak Trip Switch, który mnie osobiście nie pociąga, ale zdołał wydobyć z gardeł publiczności chwytliwy refren. Poza tym skok Conora z perkusji i zapalniczki na If I Get High, czyli standardowe zjawiska koncertowe. Występ poprawny – z potencjałem na więcej.

Tame Impala przyciągnęli pod okazałą główną scenę sporo osób i widowisko rozpoczęli z rozmachem. W kluczowym momencie Let It Happen wybuchło konfetti, które okazało się zwiastunem niezwykłego popisu Kevina Parkera i spółki. Psychodeliczne wizualizacje, filtry nałożone na obraz wyświetlany na telebimach, żółte i zielone reflektory oraz rozwiane włosy frontmana grupy, stworzyły, wraz z wwiercającymi się w głowę klawiszami i niespokojnymi gitarami, kompletny spektakl wizualno-muzyczny, przenoszący publikę w klimat lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Mieszanka lekko przerobionych i ubogaconych hitów z Currents (Eventually, The Less I Know the Better, New Person, Same Old Mistakes) i Lonersim (Elephant, Fells Like We Only Go Backwards) z dodatkiem utworów z Innerspeaker, zaspokoiła pragnienia fanów zespołu, jak i przypadkowych słuchaczy. Konfetti wystrzeliło również podczas dwóch ostatnich kompozycji, a rampa pozwoliła Kevinowi jeszcze bardziej zbliżyć się do fanów. Przemyślane i świetnie odegrane show, pozostaje tylko jak najczęściej wracać do niego myślami.

Trudno opisać słowami to, co wydarzyło się podczas koncertu Slowdive. Zwrot „legenda shoegaze” to nie tylko tytuł grzecznościowy, przeznaczony dla grupy dlatego, że była jedną z protoplastów gatunku. To stwierdzenie faktu, który najbardziej przekonuje niedowiarków dopiero podczas koncertów. Bo o ile studyjne wydanie Slowdive wydawało mi się zbyt statyczne, ich popisy na żywo to uczta dla uszu. Gitarowa ściana dźwięku, zza której próbuje się wyłonić oniryczny wokal Rachel Goswell, grający tu rolę oddzielnego instrumentu, a nie podmiotu lirycznego opowiadającego historię, zabiera w melancholijną podróż po krainie snów i niedopowiedzeń. Błyszczący strój Rachel, rytmicznie bijący tamburyn, jej przelotne uśmiechy i tajemniczy wyraz twarzy, nadają dodatkowego znaczenia gitarowej burzy i pozwalają powoli zanurkować w dźwiękach – pięknych i pociągających, chociaż podświadomie smutnych. Fenomenalny, zjawiskowy koncert, z umiejętnie budowaną dramaturgią i mocnym finałem.

Po Open’erowym streamie wiedziałem czego się spodziewać po M83 i dokładnie to dostałem. Znaczna przewaga kompozycji z dwóch ostatnich, niestety trochę słabszych, albumów Anthony’ego, zdołała zaspokoić mój głód zobaczenia go na żywo po raz pierwszy, ale nie pozwoliła na artystyczne spełnienie. Brak moich ulubionych utworów (Oblivion, *, In the Cold I’m Still Standing, Solitude, skrócona wersja Lower Your Eyelids to Die with the Sun) tylko częściowo zrekompensowały Reunion, Midnight City, We Own the Sky czy Couleurs. Show jednak skradł nie Anthony, a jego gitarzysta – przepełniony energią i charyzmą. Podobnie jak Mai Lan, która pojawiła się na Go oraz Laser Gun i rozruszała publiczność zgromadzoną pod główną sceną. Równie fascynujące okazały się saksofonowe solówki, które raz dodawały tanecznego potencjału, a innym razem wprowadzały podniosłą atmosferę. Podsumowując – rozczarowanie, przepełnione jednak radością i nadzieją na to, że kiedyś usłyszę M83 w trochę lepszej formie.

Dzień zakończył dla mnie live set Rone, odbywający się w krytej Electronic Stage. Francuz zgromadził całkiem pokaźną widownię, która zdołała wypełnić praktycznie cały namiot i wyrażała chęć zabawy do elektronicznych dźwięków kompozytora. Miała ku temu okazję, bo Rone rozpoczął od przebojowego Bye Bye Madacam i coraz bardziej podkręcał swój set, przepełniając go tanecznymi melodiami, jak i brudnymi, gęstymi samplami. Muzyczny trans trwał ponad godzinę, a muzyk nie wydawał się zmęczony. Niestety nie mogę tego powiedzieć o sobie, więc od razu po zakończeniu bisu opuściłem namiot i udałem się do wyjścia. Skąpane w mroku zarysy przemysłowych budynków huty Dolni Vitkowice odstraszały swoją surowością, ale zdawały się też mówić: „w następnych dniach dostarczymy ci jeszcze więcej rozrywki”. Czy miały rację?

Colours of Ostrava (fot. źródło własne)