Rubryki
2 razy skomentowano

Relacja z koncertu: Bumblefoot

Dodany przez | 08/01/2014
Informacje
 
 

Ron Thal, znany lepiej jako Bumblefoot, zawitał wczoraj w krakowskim klubie Lizard King.

bumbleKiedy po ponad czterech godzinach oczekiwania razem z grupą nowopoznanych fanów udało mi się spotkać gitarzystę Guns N’ Roses, byłam raczej zaskoczona. Chudy mężczyzna mierzący trochę ponad 170 centymetrów wzrostu nie do końca pasował do mojego wyobrażenia na temat świetnego, rockowego muzyka. Jego fryzura (bardziej ta na brodzie niż na głowie) i szeroki, szczery uśmiech, przekonały mnie jednak, że to ta sama osoba.

Po rozdaniu autografów i zapozowaniu do zdjęć Bumblefoot stwierdził, że na zewnątrz jest za zimno i w ten sposób udało mi się trafić na jego próbę. Oprócz oczywistego faktu, że Thal to wybitny gitarzysta, mogę przyznać, że jest jeszcze jednym z lepszych wokalistów, jakich było mi dane usłyszeć i przezabawnym człowiekiem. Kiedy dla żartu powąchał swoją koszulkę i mocno się skrzywił, dodałam: „Smells Like Teen Spirit„. W odpowiedzi usłyszałam słynny riff Nirvany i tekst refrenu zmieniony na słowa typu „awokado”. Oryginalnie. Jako ciekawostka dodam, że jeśli zmagacie się z czyszczeniem skórzanych ubrań, Bumblefoot służy radami. Udało mi się usłyszeć także Carry That Weight Beatlesów, intro piosenki Metalliki i inne utwory, których wymienienie zajęłoby zdecydowanie zbyt dużo czasu i przestrzeni. No, może warto jeszcze wspomnieć intro Stairway to Heaven, którego skopiowanie nie do końca udawało się gitarzyście. Od wczoraj Ron będzie mi się jednak kojarzył przede wszystkim z przedziwnymi odgłosami, które wydawał zarówno na próbie, jak i podczas koncertu. „Powinieneś wydać album z tymi dziwnymi odgłosami. Nic więcej, tylko te dźwięki”. „Tak, myślę, że to naprawdę dobry pomysł”. Fani Bumblefoota, spodziewajcie się więc nowego wydawnictwa muzyka!

Chwilę po 20 na scenie pojawił się krakowski zespół DispersE. Duża dawka energii, radość z gry – co do tego nie można chłopakom niczego zarzucić. Grali przez niecałą godzinę i raczyli słuchaczy zarówno własnymi kompozycjami, jak i coverami innych artystów. Odrobina pracy nad wprowadzeniem różnorodności i naprawdę będzie czego posłuchać, gdyż jest to grupa złożona z naprawdę utalentowanych, młodych muzyków, dla których występy na scenie to ogromna frajda.

O 21 za mikrofonem niepostrzeżenie pojawił się sam Bumblefoot. Zaczęło się od brzdąkania na gitarze (dla takich jak ja, czyli nie-holemuzyków, już tyle wystarczyło, aby wejść w muzyczny trans) i stwierdzenia, że będzie to koncert pełen usterek technicznych. Kilka uderzeń w policzek (ponoć tak Ron budzi się każdego ranka) i zaczęła się prawdziwa gra. Niestety nigdy nie będzie mi dane zrozumienie jak to możliwe do takiego stopnia opanować technikę gry na gitarze (w przypadku Bumblefoota do samej techniki dochodzi jeszcze warsztat oraz emocje) i równoczesnego świetnego śpiewania.

Nie ma co się oszukiwać, większość osób, które przyszły na koncert, to przede wszystkim fani Guns N’ Roses. Ronowi udało się jednak wszystkich porwać do zabawy przy jego utworach (a jest ich bardzo wiele). Ci, którzy nie znali tekstów piosenek, też mogli sobie pośpiewać, kiedy muzyk nauczył widownię paru fragmentów. Udało mu się nawet poradzić sobie z lekko nadgorliwymi fanami, a przy tym nikogo nie urazić. Thal wygląda na człowieka bardzo uduchowionego i po wczorajszym koncercie zastanawiam się czy nie ma talentów, o których nie wiemy – zgodnie z jego zapowiedzią, perkusista rozwalił werbel, czyli niezbędny element perkusji. Przerwa techniczna, Don’t Cry dla utrzymania atmosfery. Znalazł się zapasowy werbel. Gramy dalej.

Nie zabrakło polskich akcentów. Nagle gitarzysta podszedł do mikrofonu, uniósł swój kciuk i z uśmiechem wykrzyknął: „Pierogis!”. Rozbawiona publiczność po kilku piosenkach na prośbę muzyka nauczyła go nowego słówka: „Dziękuję”. Ze względu na kłopoty z jego zapamiętaniem, Ron powtarzał je po każdym utworze. W końcu zaczęło się udawać.

Jeśli ktoś, kto znalazł się daleko od sceny, był zawiedziony, że nie zobaczy z bliska swojego idola, nie wrócił do domu niezadowolony – kiedy zbliżał się koniec koncertu, Bumblefoot na dobre paręnaście minut zszedł ze sceny i dotarł do każdego ze słuchaczy. Nie przestawał przy tym grać, a na scenie pozostał jego zespół, który w dalszym ciągu go wspierał. Grupa wystąpiła w składzie: Nazzareno Zacconi (gitara), Simone Massimi (bas) i Dennis Leeflang (perkusja). Panowie dali z siebie wszystko i rozradowani pozdrawiali wszystkich fanów.

Koncert zakończył legendarny utwór Sweet Child O’ Mine. „Czy jest ktoś, kto chciałby wejść na scenę, pomóc mi i trochę się zabawić?”. Paru chętnych się znalazło. Udało mi się stanąć na scenie z muzykami. Bumblefoot postawił przede mną i innymi fanami mikrofon i powiedział: „Zostawiam go dla was”. Pierwsze dźwięki Sweet Child i nasze nieudolne próby skopiowania niepowtarzalnego głosu Axla Rose’a. Na szczęście Ron nas wspomógł i świetnie się bawiliśmy. Następnie zespół (wraz z gościem specjalnym, Grzegorzem „Nowym Wokalistą i Gwiazdą Wieczoru” Wolnym) ukłonił się i w atmosferze radości zakończył występ.

Bumblefoot udowodnił nie tylko, że zasłużył sobie na miano zastępcy Slasha, ale też swoją grą pokazał, że należy mu się całkowity szacunek. Trudno o drugiego tak świetnego i równocześnie skromnego artystę, który potrafi postawić na nogi każdego, nawet w małym klubie, gdzie panuje intymna atmosfera. Z niecierpliwością czekam na kolejny koncert!

 

Katarzyna Gawęska