Rubryki
0 razy skomentowano

OFF Festival (3-5.08.18)

Dodany przez | 09/08/2018
 

W Katowicach wystąpili m. in. M.I.A., Grizzly Bear, Moses Sumney, Ariel Pink czy Furia.

Jak co roku początek sierpnia to kierunek: Katowice. Dzieje się to niezależnie od line-upu, bo nie dość, że mam ogromne zaufanie do muzycznej selekcji Artura Rojka, to jeszcze lubię klimat OFFa. Można było narzekać, że headlinerzy w tym roku jakby słabsi, ale niezmiernie wysoki poziom trzymała za to druga linia. Ostatecznie jednak za większość najpiękniejszych chwil odpowiedzialni byli najmniejsi artyści.

Co z rozczarowań? Na pewno ostateczny brak Johna Mausa, ale okoliczności tej nieobecności rzeczywiście okropne. Poza tym organizacyjnie: rzadko kursujące offowe autobusy, próby na Scenie Leśnej podczas cichych i intymnych koncertów w namiocie Trójki i brak informacji w kluczowych momentach (obsunięcie koncertu Marlona Williamsa). Już tutaj warto dodatkowo zaznaczyć, że jednak jakieś jedno-dwa naprawdę duże nazwiska by się w programie przydały. Tacy pewniacy, którzy na żywo nie rozczarowują i na pewności o ich koncert można oprzeć całą wyprawę do Katowic. Bo nieco ryzykowne jest trzymanie się oczekiwań co do występów takich jak M.I.A. czy Ariel Pink, co pokazała rzeczywistość. Ale wierzę, że w tej kwestii Artur Rojek dojdzie do podobnych wniosków.

W tym roku postanowiłem nad każdym koncertem pokrótce pochylić się oddzielnie. W dodatku z zabawą liczbami, czyli z ocenami w skali od jednego do dziesięciu. Pominąłem te popisy, które obserwowałem ze zbyt małą uwagą (Bo Ningen, Brian Jonestown Massacre, ARRM, David August czy Bass Astral x Igo) siedząc na trawie. Oto krótki przegląd koncertowych wrażeń z OFF Festivalu:

Meek, Oh Why? – 7/10

Może i niektóre teksty są pretensjonalne, ale co z tego, skoro Mikołaj umie rapować (co udowodnił kilkuminutowym freestyle o pierogach) i grać na trąbce, a jego zespół robi świetną, electrojazzową robotę. Mimo wszystko damski wokal wydaje się być wciśnięty na siłę.

Muchy grają Xerroromans – 7/10

Koncert bez zarzutów, w dodatku podsycany nostalgią i swego rodzaju „kultowością” materiału. Ludzie zacięcie śpiewali wszystkie teksty. Nie dziwne, skoro wiele osób na Terroromansie się wychowało. Klimat sprzed dziesięciu lat udało się oddać w sposób zadowalający – tylko tyle i aż tyle.

Housewives – 6/10

Niby wszystko poprawnie, ale momentami miało się wrażenie zbytniego „męczenia buły”. Utwory dążyły donikąd, co można na poły tłumaczyć no wave’em, ale jednak bez przesady, dało się z takiego instrumentarium wyciągnąć wiele więcej, szczególnie obserwując szalone zaangażowanie muzyków w wykonywanie materiału.

Kult gra Spokojnie – 7/10

Brzmieniowo niestety nic więcej ponad juwenaliowe granie (szkoda, bo w tak licznym zespole na pewno kryje się potencjał na eksperymentowanie przy kompozycjach), ale możliwość usłyszenia Czarnych słońc i Tanu to rzecz niesamowita. Dobrze wypadła też wizualna strona koncertu – tematyczne fragmenty filmów na ekranie (m. in. Metropolis).

Oxbow – 8/10

Mimowolnie chce się ten koncert porównać do Housewives. Bo w zasadzie tu i tu na warsztacie był rock eksperymentalny, ale w przypadku Oxbow jednak nie przesadzony, odpowiednio przefiltrowany przez oczekiwania słuchaczy, przystępny dla fanów nie-aż-tak ekstremalnych doświadczeń. No i frontman taki jak Eugene Robinson jest na wagę złota.

Yasuaki Shimzu – 9/10

Wszystko w tym koncercie było należycie przemyślane i dopracowane. Yasuaki miał obok siebie mężczyznę odpowiadającego m. in. za loopy, nie musiał więc sam się o nie martwić, a mógł skupić się tylko na grze na saksofonie. Początkowym awangardowym kwadransem wyrzucił wszystkich słuchaczy zbyt mało zainteresowanych, a potem zaczął czarować grupę pozostałych – kojącymi harmoniami, ambientowymi konstrukcjami utkanymi z pojedynczych podmuchów w ustnik i w końcu fenomenalną, skomplikowaną i wielowarstwową końcówką. Mistrz!

M.I.A. – 3/10

To jakiś żart? Jak się nie chce grać to zawsze można odpuścić, a nie gwiazdorzyć i wyrzucać szacunek do słuchacza do kosza. Nudno, bez polotu, z niepotrzebnym gadaniem, przerywaniem utworów po kilkunastu sekundach i laniem ludzi wodą. Sytuację próbowała ratować DJka, ale niewiele mogła zrobić. Bez dwóch zdań najgorszy koncert OFFa (na którym byłem osobiście, bo podobno DJ set Ariela Pinka jest w tej kategorii niekwestionowanym liderem).

Jon Hopkins – 8/10

Jasne, Jon za dużo zagrał Singularity, która nawet nie ma startu do Immunity, ale świetne było to, że próbował tę swoją nieskazitelność produkcji łamać glitchowymi wtrętami, czasem naprawdę nijak nie pasującymi do utworu. Zresztą, ja bawiłem się świetnie, a że najlepiej na Open Eye Signal to chyba zrozumiałe. Panie Rojek, prosimy kiedyś Jona Hopkinsa grającego Immunity.

Lonker See – 7/10

Świetnie te wszystkie dźwięki współbrzmiały, odloty w space rockowe rejony znakomite, ale niestety, czterdziestostopniowy upał sukcesywnie eliminował wszystkie pozytywne wrażenia. Tak, trzeba koniecznie szczecinian zobaczyć na żywo, ale na pewno nie w takich warunkach.

King Ayisoba 8/10

Afrykańska energia i dudniąca podłoga sceny eksperymentalnej to nierzadki widok na OFFie. Zawsze w takiej sytuacji króluje nieskrępowana celebracja chwili. Tak było i tym razem. Jestem pełen podziwu, jak, mając do dyspozycji dwie struny, można wlać w ludzi radość i chęć życia. PS Na występ dotarł tylko jeden z muzyków całego projektu i nie był to King we własnej osobie. Czy komukolwiek to przeszkodziło? Nie powiedziałbym.

Rolling Blackouts Coastal Fever – 7/10

Na dworze słońce, na niebie latają samoloty, a Australijczycy grają lekki jangle pop. Nic dodać, nic ująć, takie utwory jak Talking Straight to gitarowe hity. Grupa potrafi strzelać chwytliwymi kompozycjami jak z karabinu.

Derya Yıldırım & Grup Şimşek 8/10

Fascynująca podróż w świat anatolijskiego rocka podsyconego psychodelicznymi wycieczkami. Tradycyjna muzyka wschodu została uwspółcześniona, ale bez zabicia jej charakterystycznego brzmienia i przekazu. Niemalże bezbłędny i inspirujący koncert.

Moses Sumney – 10/10

Najlepszy koncert festiwalu. Starannie prowadzony, z pietyzmem odśpiewany, w dodatku wokalem o ogromnej sile, ale nie nadużywanym. Świetne aranżacje utworów – bogate w środki, ale w ich użyciu minimalistyczne i różnorodne. Cudo, Moses przyjedź jeszcze raz, proszę.

…And You Will Know Us by the Trail of Dead grają Source, Tags and Codes – 7/10

Był to koncert wybitnie szóstkowy, ale sentyment do tego materiału nie pozwala na taką ocenę. Muzycy nie zawsze trafiali w dźwięki, a nawet w struny, co spowodował alkohol lub brak prób. Niemniej How Near How Far i Another Morning Stoner to ciągle perfekcyjne skrojone post hardcorowe szlagiery ze świetnymi riffami i zapadającą w pamięć melodią, a panowie, po odpowiednim przygotowaniu, mogliby ruszyć z tym materiałem w dłuższą trasę, co dałoby szanse na znalezienie odtrutki na mierną ostatnimi laty twórczość.

Wednesday Campanella – 9/10

W sumie to dla takich koncertów przyjeżdża się na OFFa. Japonka sama na scenie zdołała wypaść lepiej niż mnóstwo zespołów. Przepiękny głos i energia to jednak nie wszystko – występ uświetniło wychodzenie do publiczności i śpiewanie wśród niej na drabinie oraz ogromne foliowe worki (?) napełnione powietrzem, najpierw świetnie wykorzystywane w roli scenografii sceny, potem falujące wśród publiczności. Europejska kariera gwarantowana, takie koncerty można oglądać i słuchać w nieskończoność.

Charlotte Gainsbourg – 7/10

Z jednej strony występ delikatny, niemal szeptany, z drugiej okraszony bogatą świetlną oprawą. Czuć tu pewien dysonans – jaki ten koncert miał być? Szkoda również, że mając w repertuarze taki utwór jak Rest artystka postanowiła go pominąć, bawiąc się w zamian coverem Runaway Kanyego. Poprawnie, nic więcej, czyli jednak za mało jak na headlinera.

Marlon Williams – 7/10

Chyba trzeba się przyzwyczaić, że folkowi muzycy koncertowo wolą bawić się z blues rockiem niż minimalistycznymi aranżacjami (vide Cass McCombs na Halfway Festival w zeszłym roku). Koncert udany, ale odarty z intymności (może poza highlightem w postaci Nobody Gets What They Want Anymore), szkoda też kwadransowego spóźnienia. Oby Marlon wrócił do Polski na oddzielny koncert. Może z Aldous Harding?

Ariel Pink – 5/10

Chyba Ariela spotkało dużo smutków na raz, bo cały koncert był zdenerwowany i przybity, a obrazu nędzy i rozpaczy dopełniało „shut up!” krzyczane do zespołu. Muzycznie pierwsza połowa brzmiała okropnie, druga lepiej, ale ciągle na zasadzie „dajcie mi już spokój”. Szkoda. I koncertu, i Ariela.

Big Freedia – 9/10

Szalony, świetny koncert/performens. Twerkujący tancerze, energiczna Freedia, widownia na scenie, ballady przerobione na bouncowe brzmienia (Hello Adele), Nice for What Drake’a i największe hity z EP-ki 3rd Ward Bounce. I Will Always Love You Whitney Houston na koniec to absolutnie paradoksalne zamknięcie tego gorącego występu.

Furia – 9/10

Jak bardzo nie trawię black metalu, tak jednak ten koncert był znakomity. Chociaż może dlatego, że stosunkowo mało metalowy, bo częściej niż growl i majestatyczną perkusję można było usłyszeć niemalże post rockowe gitary, eksperymentalne wtręty i melodyjne dźwiękowe pasaże. Mało tego, dało się nawet wyłapać teksty, co podczas blackowych koncertów jest jednak rzadkością. Gratulacje Pan Nihil i ekipa.

Zola Jesus – 7/10

Owszem, Nika Roza Danilova ma w głosie moc, ale towarzystwo jednego gitarzysty to za mało, aby wykreować miażdżący klimat, szczególnie po Furii. Poza tym ballady były niepotrzebne. Na szczęście pojawiło się Exhumed i Siphon, więc koncert jednak na plus.

Grizzly Bear – 8/10

Nie było to na pewno koncert w jakikolwiek sposób zaskakujący czy łamiący schematy, ale za to tak harmonijny, czarujący i podskórnie radosny, że nie sposób wyrzucić go z głowy. Wybrzmiało wszystko, co wybrzmieć powinno, a panowie cieszyli się z obecności na festiwalu i dostarczali słuchaczom dawkę subtelnej psychodelii i oszczędnego art popu. Poza tym świetna dekoracja sceny.

Jacques Greene – 7/10

Dobrze wyważony i wciągający do tańca set, wystarczająco lekki na koniec festiwalu, ale nie na tyle nudny, żeby chcieć opuszczać teren imprezy przed jego końcem. Zresztą, dobry house zawsze w cenie.

Tak właśnie wyglądał tegoroczny OFF Festival. Nic więcej mówić nie trzeba, a jedynie czekać na to, co za rok. Czegokolwiek Artur nie ogłosi, w Katowicach z początkiem sierpnia należy się zameldować. Bo takiego festiwalu ze świecą szukać gdziekolwiek indziej.

 OFF Festival 2018 (fot. materiały prasowe)