Rubryki
0 razy skomentowano

OFF Festival (2-4.08.2019)

Dodany przez | 15/08/2019
 

Kolejny OFF Festival przeszedł do historii, a my rzucamy garść uwag i spostrzeżeń po tegorocznej edycji.

Warto już na wstępie sprawę postawić jasno: OFF to najlepszy festiwal w Polsce. Tak jest od lat i nie wydaje się, żeby miało się to w najbliższych latach szczególnie zmienić. Powodów tego jest wiele, zaczynając od świadomej i skupionej publiczności, stroniącej nawet od wyciągania w górę telefonów podczas koncertów, idąc przez całkiem dobrą organizację (o wpadkach będzie później), a kończąc na świetnej jak zwykle selekcji wykonawców z całego świata i przekroju gatunkowej gamy.

Co jednak ostatnimi laty rzucało się w oczy, to przede wszystkim problemy finansowe, a co za tym idzie, programowe. Ceny karnetów z roku na rok wzrastają, a liczba naprawdę wielkich gwiazd w line-upie spada. Jasne, nie dla nich jeździ się na OFFa, ale gdy patrzy się na programy sprzed sześciu, siedmiu lat, zżera trochę zazdrość. Receptą miał być sponsor tytularny, który w tym roku w końcu się znalazł. Niestety dano o nim znać dopiero po najważniejszych ogłoszeniach artystów, co nie stanowiło najlepszego rozwiązania. Tym niemniej dobrze, że Cisowianka Perlage „zaopiekowała się” OFFem, bo może to dawać nadzieje na przyszłość, a przy okazji pozwala być spokojnym o wodę. Nie ma chyba drugiego festiwalu, gdzie butelka 0,7l kosztuje 4 PLN, a przy okazji jest dostępna darmowa woda dostarczana przez Górnośląskie Przedsiębiorstwo Wodociągów.

Nic nie zrobiono z problemem lat poprzednich, mianowicie z za rzadko kursującymi i przepełnionymi autobusami festiwalowymi. Jasne, tą sprawą zajmuje się miasto, ale organizatorzy mogliby wywrzeć na nie jakąś presję. A zabrakło chociażby podstawowej komunikacji, czego koronnym przykładem jest afera parkingowa. Organizatorzy zapewniali, że jeden pas na ulicy Lotnisko będzie wydzielony do parkowania samochodów, tymczasem zapomnieli poinformować o tym miasto i policję, co poskutkowało kilkudziesięcioma mandatami wystawionymi na Bogu ducha winnych kierowców, mających przecież zapewnienie o działającym miejscu parkingowym. Z minusów warto jeszcze zwrócić uwagę na ceny w strefie gastro, które osiągnęły zawrotne poziomy (zazwyczaj ponad 30 PLN za danie) przez co zniechęcały do jedzenia, mimo dobrego pomysłu z przewagą w menu wege potraw. Zawiódł również inny eko pomysł: kosze na plastik były nieco źle oznaczone i rzadko wymienianie, a co za tym idzie instalacja artystyczna (brama) przy wejściu nie spełniła swojej roli. Miała się stopniowo zapełniać odpadami podczas trwania festiwalu, a ostatniego dnia pod koniec było tam jedynie kilka worków z plastikiem.

Najważniejsza jest jednak strona muzyczna, jak zwykle zresztą bardzo różnorodna. W tym roku najlepiej wypadł noise i inne okołogitarowe rzeczy. Topka festiwalowych koncertów to z pewnością Daughters, którzy zaprezentowali pełne emocji show. Maksymalnie skondensowane, wystrzelone jak pocisk w publiczność, utrzymującą, że ten koncert stanowił dla nich katharsis. Ale nawet jeśli jednak czegoś w nim zabrakło, bez wątpienia pozostał najlepszym występem tej edycji. Czołówka to również black midi, którzy nie mają co prawda za sobą wielu lat na scenie, ale i tak potrafili jamować jak mało kto, wprowadzając zarazem publiczność w trans. O ile na pierwszą połowę koncertu można było narzekać, głównie z powodu wspomnianej repetytywności, o tyle druga nadrobiła to z nawiązką, dostarczając gitarowe doświadczenia, których obecnie próżno szukać gdziekolwiek indziej. Rytmika Talking Heads i surowość Slint, ten zespół będzie miał swoje miejsce we współczesnym niezależnym kanonie muzyki.

Inne gitarowe zespoły to przede wszystkim headlinerzy. Jarvis Cocker z projektem JARV IS… nie porwał muzycznie, ale finezja jego ruchów, charyzma i pewność siebie nie pozwoliły oderwać oczu od koncertu. Foals wykrzesali ze swojej dyskografii wszystko co najlepsze i zagrali zestaw najbardziej tanecznych przebojów w nienaganny, pozbawiony wad sposób. W odróżnieniu od Jarivsa Yannis Philippakis mało kontaktował się z publicznością, ale setlista i perfekcja wykonanych utworów pozwoliły to wybaczyć. Suede to natomiast pokaz scenicznej egzaltacji Bretta Andersona, która nie tylko obfitowała w największe hity, ale przede wszystkim przesadzone pozycje wokalisty i mnóstwo ruchu. Najbardziej boli jednak, że zabrakło kompozycji z Night Thoughts, który jest jednym z najlepszych albumów Brytyjczyków. Ten fakt, jak i świetne przyjęcie przez fanów, powinny być przyczynkiem do rychłego powrotu zespołu do Polski.

Przeciwieństwem takiej scenicznej nadaktywności był koncert Stereolab. Legendy art rocka, stojąc w miejscu, oczarowały magią swojego brzmienia, wyważonego, ale bardzo energetycznego. Krzta shoegaze, noise popu czy krautrocka również się pojawiła, a możliwość usłyszenia tak ważnych dla historii muzyki popularnej kompozycji jak French Disco, Metronomic Underground czy Lo Boob Oscillator, wykonywanych przez reaktywowany zespół w oryginalnym składzie, była niesamowitym przeżyciem. W kontekście legend pozytywnym zaskoczeniem okazał się występ Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Mimo że pojawiło się na nim wszystko, czego można się spodziewać po koncertach ludowych zespołów (na czele z tańcem i Szła dzieweczka do laseczka), atmosfera przyjaźni i klimat OFFa podbijały wartość tego wydarzenia.

W bardziej metalową stronę pozwolili nachylić się Electric Wizard, The Body i Entropia. Do tych koncertów nie można mieć zastrzeżeń muzycznych. The Body zagrali krótko, ale potężnie, Electric Wizard długo, ale również potężnie i bardzo klimatycznie. Koncert Entropii odbył się o niezbyt dobrej porze (środek dnia w namiocie), ale trzeba przyznać, że nawet w takiej atmosferze ich post-blacku słuchało się przyjemnie. Z drugiej strony świetnie wypadły również aksamitne i oszczędne dźwięki. Minimalizmem oczarowała zarówno Aldous Harding, która zagrała większość albumu Designer, jak i Tirzah, w ciekawy sposób romansująca z alternatywnym R&B, ograniczając jednak do minimum wszystkie dźwiękowe środki. Trochę więcej energii miała w sobie Soccer Mommy, grająca już z całym gitarowym zespołem, ale ciągle przypominająca o swoim songwriterskim zacięciu.

Nocne sety elektroniczne jak zwykle nie zawiodły (wyjątkiem The Gaslamp Killer, ale jego niespójny, quasi-ironiczny performens chyba lepiej przemilczeć). VTSS pokazała selekcję mocno industrialną, ale nie pozbawioną melodyjności, a Veronica Vasicka postawiła na bardziej klasyczne techno brzmienie (nie zabrakło sampli od Kraftwerk). Lotic zaprezentowali wyjątkową wizualną oprawę do zdekonstruowanych i ambientowych kompozycji, ale największe ukłony, za przysłowiową „wixę”, należą się duetowi Bamba Pana & Makaveli. To, co działo się w namiocie eksperymentalnym (a potem podobno pod Sceną Leśną, bo Afrykańczycy wystąpili również w zastępstwie za Oktaviana) można określić jako zbiorową euforię i telepatyczne porozumienie: wszyscy machali rękami i skakali jak zahipnotyzowani, a wodzirejem był rapujący Makaveli. Pędzące na złamanie karku singeli to przyszłość muzyki, szczególnie w epoce silnego europocentryzmu i powtarzalności schematów.

Przyjemne, ale mało oryginalne brzmienie, choć z egzotycznych krajów, przywieźli psych popowi Boogarins i indie popowy Phum Viphurit. Za to Slowthai porwał punkową energią swojego rapu, która udzieliła się publiczności (a w szczególności zaproszonemu na scenie redaktorowi pewnego czasopisma, który wykonał zwrotkę Skepty w Inglorious, pozdrowienia). Pozytywnie nakręcającym koncertem były Wczasy, czyli celebracja marazmu codzienności w wyjątkowo zaangażowanej synthpopowej otoczce. Nie zawiódł jazz: koncert tria Marcina Maseckiego wprowadził przyjemne emocje na początek festiwalu, chociaż prawdopodobnie lepiej by się je odczuwało w zadymionym pubie w ciemności a nie w namiocie w środku dnia, a ekspresywny nu-jazz The Comet Is Coming czasem przyspieszał, a innym razem zwalniał, ale zawsze trzymał poziom dzięki świetnym popisom saksofonowym.

Warto podsumować dwiema uwagami, dosyć jednak subiektywnymi: udało się w tym roku zbudować jeden z najbardziej różnorodnych line-upów, bez szczególnie znaczącej przewagi jednego gatunku nad drugim, co szczególnie hołduje zamysłowi programowemu OFF Festivalu. Mimo tego zabrakło koncertu perfekcyjnego, który wstrząsał, rozrzewniał albo rozklejał (mimo że wiele osób na takiego pretendenta wskazywało Daughters). Tegoroczny OFF był więc imprezą bardzo równą i spójną, świetną jako całość. Oby tylko kolejne lata pokazały, że tej muzycznej konsekwencji może towarzyszyć brak choćby najmniejszych organizacyjnych wpadek. Do zobaczenia za rok!

OFF Festival 2019 (fot. Jacek Wnorowski)