Rubryki
0 razy skomentowano

Nasze Relacje | Soundedit’15 (23-24.10.15)

Dodany przez | 28/10/2015
 

Po raz siódmy w klubie Wytwórnia odbył się festiwal producentów muzycznych, który w tym roku odwiedzili znakomici goście. Każdy dzień poświęcony był konkretnej odmianie muzyki, dzięki czemu fani mogli przebierać w propozycjach. Oprócz licznych spotkań, szkoleń oraz warsztatów, najbardziej elektryzującymi wydarzeniami były oczywiście koncerty. Klub po brzegi wypełnili widzowie spragnieni silnych muzycznych doznań, które zostały zaspokojone przez bogatą reprezentację muzyków.

SE_15_logo_netPiątkowy wieczór należał do artystów muzyki elektronicznej. W ramach koncertu Antologia Polskiej Muzyki Elektronicznej zagrali jedni z najlepszych twórców z naszego podwórka. Pierwszy zagrał człowiek orkiestra, czyli Józef Skrzek, członek zespołu SBB. Techniczne możliwości tego artysty robią wrażenie, bowiem z niezwykłą lekkością stworzył on niesamowicie barwną muzykę. Kolejnym wykonawcą był Konrad Kucz, który wprowadził nas w trans, zaś chmury wyświetlane na telebimie świetnie komponowały się z magiczną muzyką wydobywającą się z syntezatorów. Określenie „kosmita” bardzo trafnie oddaje osobowość Władysława Komendarka, który był kolejnym bohaterem tego wieczoru. Nie dość, że artysta wyszedł w wielobarwnym stroju, to również jego muzyka była jak nie z tego świata i powoli wciągała słuchaczy. Niesamowite, że jeden człowiek może wyczarować tak złożone kompozycje za pomocą elektroniki. Największy aplauz otrzymał Kapitan Nemo, jak zwykle tajemniczy i elegancki. Przy zadziornym elektroniczno-rockowym akompaniamencie wykonał on m.in. utwory Cywilizacja, Zimne Kino czy Twoja Lorelei, którego oczywiście nie mogło zabraknąć. Pod koniec koncertu na scenę wyszli wszyscy muzycy, by wspólnie zagrać elektroniczną improwizację stanowiącą wisienkę na torcie.

Gwiazdą wieczoru był duet OMD, który już na samym początku zaserwował nam swój wielki hit Enola Gay. Zazwyczaj zespoły zostawiają najpopularniejsze przeboje na koniec, by stopniowo rozkręcać atmosferę, ale Brytyjczycy postanowili od razu niczym grom z jasnego nieba uderzyć w nas swoim rozpoznawalnym utworem. Każda kolejna piosenka rozkręcała już i tak dostatecznie podnieconą widownię. Interakcja między zespołem a publiką była niesamowita. Widać było, że wsparcie fanów dodało skrzydeł muzykom, Andy McCluskey skakał na scenie z pełną werwą, a jego taniec naprawdę zadziwiał. Z powodu problemów z gitarą basową muzycy musieli momentami opierać się jedynie na jednym syntezatorze. Ale odniosłam wrażenie, że taka sytuacja nawet przypasowała Andy’emu, który tańczył na scenie do upadłego. Atmosfera panująca w klubie była niesamowita, bowiem publiczność tańczyła, ile sił w nogach, krzyczała, ile tylko mogła i reagowała na każde polecenie wokalisty.

Tego wieczoru usłyszeliśmy m.in. Messages, Radio Waves, Tesla Girls czy HoM I. Natomiast podczas Souvenir panowie wymienili się miejscami i role wokalisty objął Paul Humphreys. Niezwykłym momentem podczas tego koncertu było wykonanie Maid Of Orleans, utworu, który był zdecydowanie bardziej mroczny niż pozostałe piosenki zespołu. Andy poruszał się niczym szaman, zaś publika w skupieniu obserwowała jego magiczne ruchy. Wokalista tak się zmęczył, że musiał na moment przysiąść by złapać oddech. Mimo to forma Andy’ego, który ma już 56 lat, robi wrażenie.

Następnie usłyszeliśmy piosenki Talking Loud & Clear, Metroland, S.O.T.S.S oraz Sister Marie Says, która przypomina hit Enola Gay. Ostatnia piosenka przed bisem, to jak podkreślił Andy, ich pierwszy utwór, zarazem najstarszy i najszybszy w ich dorobku – Electricity tak bardzo elektryzujący atmosferę na widowni. Występ przed łódzką publicznością był nie lada frajdą dla zespołu, z resztą wokalista sam stwierdził, że częściej muszą odwiedzać Polskę. Miejmy nadzieję, że dotrzymają słowa. Kapela dała z siebie wszystko, a nawet więcej! Tyle wigoru na scenie mógłby im zazdrościć nie jeden młody wykonawca.

Sobota poświęcona była bardziej rockowym brzmieniom. Z godzinnym opóźnieniem rozpoczął się koncert Waglewskiego z gośćmi – Leszek Możdzer, Maria Peszek, Fisz Emade i oczywiście zespół Voo Voo. Występ rozpoczął finezyjny duet Waglewski – Możdżer. Natomiast spółka Waglewski Fisz Emade wykonała takie utwory, jak Bóg, Ojciec czy Człowiek Ćma. Trzeba przyznać, że Waglewski praktycznie w każdym wykonywanym utworze zadziwił publiczność swoją grą na gitarze. Gdy natomiast na scenie pojawiła się Maria Peszek, by wykonać Moje Miasto, widownia od razu zareagowała głośnym aplauzem. Następnie zagrał zespół Voo Voo, który oczywiście pokazał klasę. Warto tutaj wyróżnić Mateusza Pospieszalskiego, który osiągnął szczyt swoich możliwości zarówno grając na saksofonie, jak również śpiewając swoje partie wokalne stylizowane na wschodnie klimaty. Zespół zakończył występ utworem Nim Stanie Się Tak, Jak Gdyby Nigdy Nic Nie Było, który publika chętnie zaśpiewali a cappella. Koncert trwał ponad godzinę i niestety, pomimo gromkich braw, nie doczekaliśmy się bisu. Zespół wprawdzie wyszedł ponownie na scenę, ale Waglewski powiedział, że bis nie jest przewidziany w programie. Szkoda, że nie złamał zasad, bowiem publika naprawdę domagała się jeszcze przynajmniej jednego utworu.

Po tym koncercie odbyła się gala wręczenia nagród Człowiek Ze Złotym Uchem prowadzona przez Piotra Metza. Tegorocznymi laureatami zostali Józef Skrzek, Leszek Biolik, Wojciech Waglewski, Roger Glover oraz Sir Bob Geldof, który zaraz po uroczystości zagrał wyśmienity koncert. Muzyk od pierwszego utworu, czyli The Great Song Of Indifference, porwał publikę, którą miał w garści przez cały występ. Twórczość Geldofa to niesamowita mieszanka różnych wpływów, bowiem usłyszeliśmy zarówno folk, jak rock, blues, a nawet reggae. Artysta jest niezwykle szczery na scenie, nie boi się być momentami zabawny, nie krępuje się również opowiadać historii z jego wyjazdów do Afryki. Geldof wraz z Midgem Urem stworzyli szereg akcji, jak chociażby koncerty Live Aid, by po prostu polepszyć świat. Nie dziwię się, że panowie się przyjaźnią, bowiem podczas wywiadu z Urem mogłam się przekonać, jak bardzo wrażliwym i szczerym człowiekiem jest muzyk. Dlatego też współpraca między Bobem a Midgem jest bardzo owocna, bo panowie mają podobny pogląd na świat.

Koncert Sira był niezwykłym wydarzeniem podczas festiwalu. Muzycy od samego początku wyciskali siódme poty, publiczność zaś klaskała, aż bolały dłonie. Artyści zachowali się bardzo swobodnie na scenie, ciekawe jak Geldof dał radę śpiewać i rzuć gumę jednocześnie wykonując takie piosenki, jak A Sex Thing, Systematic 6 Pack, liryczny kawałek Dazzled By You, When The Night Comes, Walking Back To Happiness, gdzie mogliśmy usłyszeć każdego z muzyków osobno czy Banana Republic.

Bob Geldof (fot. Aleksandra Niemczak)

Przed Scream In Vain muzyk opowiedział jak powstała ta piosenka, a była ona wynikiem jednej z podróży Geldofa do Afryki. Takie osobiste spostrzeżenia spowodowały, że widownia na pewno inaczej odebrała ten utwór, niż pozostałe kompozycje. Kolejny raz Geldof ukazał, że jest wrażliwym człowiekiem. Natomiast w czasie Mudslide muzyk poszedł na całego i dał ponieść się silnym emocjom, które nim targały w tym momencie. Po tym Geldof zdjął marynarkę, odgarną z czoła włosy i aktorsko odśpiewał swój największy hit – I Don’t Like Mondays. Pod koniec zagrano How I Roll, Mary Of The Fourth Form oraz Rat Trap. Nie zabrakło oczywiście bisu w postaci Diamond Smiles oraz Silly Pretty Thing. Geldof to świetny frontman potrafiący zadziwić i zaciekawić widza. Jego koncert zdecydowanie można określić jednym z najlepszych muzycznych popisów podczas festiwalu.

Festiwal Soundedit’15 udowodnił, że świat jest pełen przeróżnych dźwięków i brzmień, które sprawiają, że nasze szare dni nabierają nowego kolorytu. Każdy z nas jest niepowtarzalnym dźwiękiem w całej muzycznej harmonii świata. „I Am The Sound” – tak brzmi hasło tego wydarzenia w pełni oddając całą ideę festiwalu. Bądźmy wrażliwi na muzykę, kochajmy ją i o nią dbajmy, bowiem to właśnie muzyka czyni nasze życie lepszym.