Rubryki
0 razy skomentowano

Nasze Relacje | Smolik / Kev Fox (02.04.16)

Dodany przez | 03/04/2016
 

Sobotni koncert Smolika i Keva Foxa w Palladium obfitował intensywne doznania.

O koncercie: Kamila Jasińska

W przepychu nowych wydawnictw, codziennych różnorodnych koncertów, na rynku muzycznym pełnym muzyki z każdego zakątka świata i wpisującego się w dziesiątki gatunków nie jest łatwo zweryfikować, co można bez wahania nazwać po prostu DOBRĄ muzyką. Od miesięcy brakowało mi koncertu, w którym ma chodzić tylko o dobrą muzykę – nie o scenografię, stroje i jakieś zupełnie niepotrzebne okoliczności – ale o gościa z gitarą, dobre nagłośnienie, klimatyczne oświetlenie, sto procent pasji i autentyczne emocje. Gdzieś pomiędzy wszędobylską elektroniką i jakąś niby odkrywczą alternatywą na ratunek pospieszyli Smolik i Kev Fox – przedstawiciele solidnego warsztatu, genialnego pomysłu, przemyślanego brzmienia, lat doświadczeń i naprawdę wysokiej jakości.

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Była ich trójka. Producent, dyrygent i mistrz całego przedsięwzięcia, obok niego oszlifowany zręczną ręką diament – uzupełniający koncepcję producenta fantastyczny wokalista ze swoim głębokim głosem szerokiej skali, szczerym przekazem i wyjątkową charyzmą oraz naprawdę dobry perkusista, który lekką ręką zdobył moje serce łamiąc rytmy i z pełnym wyczuciem manipulując tempem. Wszyscy razem – jak jeden organizm – spójni, dogadani, szczęśliwi. Trzech panów z klasą, którzy osiągnęli jakiś nadzwyczajny poziom komunikacji niewerbalnej. Doskonale się rozumieli, a to, jak dobrze się czuli grając ze sobą na jednej scenie, silnie wpływało na koncert jeszcze bardziej podnosząc jego jakość. Prowadzili dialog nieustannie, ich twarze komentowały sytuacje. Niczego nie udawali i nie ukrywali – grali z serc i dla serc i cieszyli się tym, jak dobrze udaje im się tego dokonać.

Kev Fox to facet zupełnie nie z tej ziemi. Za jego głosem pewnie podążyłyby tysiące. Umie być silny i mocny, ale też delikatny i łagodny, ale w żadnym wypadku nie traci na intensywności. Jego mocą jest autentyczność, brak niepotrzebnych manier i gadek. Szanuje swoje słowo i swój głos. Gdy krzyczy – potrząsa ziemią, a gdy szepcze – wywołuje łzy wzruszenia.

Smolik – w zasadzie to też po prostu gość z kosmosu. Jego muzyka to nowa czasoprzetrzeń. Otoczony modulatorami i syntezatorami ma swoje małe-duże centrum dowodzenia, dzięki któremu każdy dźwięk brzmi jeszcze lepiej, niż możnaby to sobie wyobrazić. Słyszy to wszystko jakoś inaczej niż pozostali i dzięki temu stwarza rzeczy dla „normalnych” ludzi zupełnie nieosiągalne. Kontroluje na bieżąco każdą ścieżkę i wyciąga z niej pełne piękno.

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Obaj razem wyprodukowali materiał o życiu, emocjach, egzystencjalnej metafizyce, o czasie i przestrzeni i o tym, jak się życie odczuwa. Na koncercie całkowita sinusoida – od euforii, przez kołysankę, po krzyk i frustrację, czyli kompletne spektrum codzienności zamknięte w dźwiękach. Muzyczny klimat rodem z Ameryki: gitary brzmiące, jak gdyby same wypiły  po szklaneczce bursztynowego płynu, warstw wokalnych tyle, że miało się wrażenie, jakby nie stał przed nami tylko jeden wokalista i kalejdoskop odniesień do fundamentalnej muzyki ostatnich dekad.

Żeby było jeszcze bardziej barwnie na scenie pojawiła się trójka gości: Brodka, projekcja Y z zespołu BOKKA i przyjaciel Keva z Manchesteru. Nikt nie był jednak w stanie wyrwać Smolikowi batuty z dłoni i mikrofonu Kevowi sprzed ust – to oni stanowią podstawę, są twórcami konceptu i to oni byli niekwestionowanymi gwiazdami wieczoru.

Trójka wspaniałych zagrała utwory z wspólnego krążka, ale wśród nich pojawiło się kilka niespodzianek, w tym cover ZeppelinówWhole Lotta Love, a podczas bisu My Girl czy utwór Bittlesów. Publiczności wciąż było mało, a koncert ile by nie trwał – byłby zbyt krótki. Oklaskom i wrzaskom nie było końca, a mi nie ustępowała gęsia skórka. Koncert zupełnie oderwał od ziemi, mało tego! Był jednym z tych rzadkich, które wyzwalają człowieka, czego dowodem były połamane klawisze i roztrzaskana wraz z końcem występu gitara. To był koncert z serii tych, o których można pisać bez końca, ale to bez sensu, bo nic nie odda tego, co budzi w człowieku. Ten wieczór uświadomił mi, jak bardzo utonęłam ostatnio w muzyce, która nie wprowadza nowości, nie porusza tak, jak została do tego przeznaczona i jak bardzo rynek muzyczny robi się wygodny i zwyczajny. Na szczęście jednak mamy ludzi, którzy fundują nam tak wartościowe przebudzenia.

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Mam kilku swoich ulubieńców na polskiej scenie muzycznej, na światowej – jeszcze jedną garść. Smolik i Kev Fox to panowie, którzy pewnym krokiem wstępują na czołówkę na mojej liście. Co więcej uważam, że jako jedni z nielicznych mogliby obdarzyć swoją muzyką cały rynek muzyczny – jakość ich brzmienia należy do tych najlepszych i skopałaby tyłki artystom na całym świecie. To był pierwszy ich występ, który widziałam na żywo, żałuję każdego przegapionego i składam sama sobie obietnicę, że nie przegapię już ani jednego. Wam zalecam to samo.

O koncercie: Aleksandra Degórska

Jak najlepiej spędzić sobotni wiosenny wieczór? Pójść na jakiś dobry koncert. 2 kwietnia na scenie Palladium zaprezentował się duet Smolik i Kev Fox, który od pierwszej sekundy swojego występu porwali wypełnioną po brzegi salę.

Nim do tego doszło jako support wystąpił Piotr Zioła. Młody, oldschoolowo ubrany chłopak zaprezentował swój sympatyczny repertuar, który jednak jest trochę bezpłciowy. Pierwsi widzowie, którzy przyszli, by zająć dobre miejsca na koncert głównej gwiazdy podrygiwali w rytm muzyki supportującego, ale na tym w zasadzie się skończyło. Zioła, pomimo młodego wieku, ma wyjątkowo mocny głos, a jego barwa jest bardzo przyjemna. Liczę więc na to, że znajdzie on swoją muzyczną drogę i będą z niego ludzie, bo szkoda byłoby, żeby taki głos przepadł na  komercyjnym rynku wśród matowych młodych gwiazdek. Mam również nadzieję, że ktoś go oduczy maniery gestykulowania rąk, bo słuchacz automatycznie skupia się na jego dłoniach, które mają jakiś swój własny migowy język.

Piotr Zioła (fot. materiały własne)

Piotr Zioła (fot. materiały własne)

Przejdźmy jednak do głównego punktu programu. W końcu po długim wyczekiwaniu zgasło oświetlenie na scenie i po chwili przy świetle ozdobnych żarówek na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Pierwsze uderzenie perkusisty w bębny było jak grom z jasnego nieba i ta energia towarzyszyła muzykom, co za tym idzie również widzom, aż do końca koncertu. Była to tak silna energetyka, że skończyło się na zniszczeniu instrumentów podczas ostatniej piosenki.

W zasadzie na początku koncertu odniosłam wrażenie, że muzycy całkowicie się otworzyli zapraszając nas do swojego ”muzycznego” świata, który jest niezwykle barwny i różnorodny. Nie sposób jednym określeniem opisać ich twórczość, bowiem mieszają oni tyle stylów oraz emocji, że jest to niezwykle poruszająca muzyczna mikstura, której gdy raz skosztujesz, to nie możesz się od niej uwolnić.

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Uwagę na scenie bardzo przykuwał perkusista, który świetnie bębnił i robił to z prawdziwą pasją. Perkusja zdominowała brzmienie tego wieczoru, bowiem w porównaniu do gitary Foxa oraz syntezatorów Smolika była zdecydowanie najgłośniejsza. Wrażenie roli skala głosu Keva, który gdy zagadywał do publiczności mówił niskim głosem, by po chwili wyśpiewywać wysokie nuty i również wysoko wydzierać się w muzycznej ekstazie do mikrofonu. Smolik zerkał z zadowoloną miną i delikatnym uśmiechem na Foxa i dalej podkręcał kolejne pokrętła na syntezatorach. Para szaleńców – pomyślałam i rzeczywiście ci, którzy byli na koncercie mogą potwierdzić, że atmosfera w Palladium była mocno naelektryzowana.

Tego wieczoru muzycy wykonali głównie materiał z płyty, która ukazała się w ubiegłym roku. Nie zabrakło również coverów, jak chociażby Come Together z repertuaru The Beatles, natomiast w czasie numeru Hollywood na scenie pojawiła się Monika Brodka. Choć wokalistka z zespołu Bokka nie mogła tego dnia wystąpić w Palladium to na ekranie wyświetlono jej nagranie i tym sposobem wykonano Regretfully Yours, zaś pod koniec puszczono srebrne konfetti.

DSC00129

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)

Oczywiście najbardziej energetycznym momentem całego koncertu było odegranie Run i to dwa razy. Już podczas pierwszego wykonania tego singla Kev zaczął wyżywać się na gitarze. Natomiast na samym końcu koncertu, gdy po raz kolejny zaczęto grać ten numer, wszyscy trzej muzycy zniszczyli swój sprzęt, aż klawisze z syntezatora Smolika poleciały w stronę publiczności. Tylko gościnnie zaproszony do wykonania tego utworu gitarzysta wstrzymał się od demolki sceny.

Szaleńcy – pomyślałam ponownie, ale przecież o to chodzi, żeby wychodząc na scenę porwać publikę i miotać nią tysiącem emocji. O to właśnie chodzi, by po zakończonym koncercie nie wiedzieć, gdzie jest podłoga, a gdzie sufit. Smolikowi i Foxowi udało się to zrobić w mistrzowskim stylu. Choć osobiście nie jestem fanką takiej muzyki i nie będę często wracać do ich płyty, to jednak jestem pod wielkim wrażeniem tego koncertu ze względu właśnie na niesamowitą energetykę i szczerość artystów. To czyni ich wielkimi.

Smolik / Kev Fox (fot. materiały własne)