Rubryki
0 razy skomentowano

Nasze Relacje | Olsztyn Green Festival (14-15.08.15)

Dodany przez | 20/08/2015
 

Nasi redaktorzy Aleksandra Degórska oraz Jacek Wnorowski bacznie obserwowali wszystko to, co działo się na festiwalu w Olsztynie. Zapraszamy do przeczytania relacji z drugiej edycji Olsztyn Green Festival, który odbył się w gorący weekend nad jeziorem Ukiel. 

Przemyślenia Jacka Wnorowskiego

Prawie wszyscy polscy artyści, których umieściłem na liście „musisz zobaczyć na żywo”, na jednym festiwalu? To nie może być prawda. A jednak! W Olsztynie nad pięknym Jeziorem Ukiel, wystąpiło osiemnastu muzyków reprezentujących różne style muzyczne. Wszystko w ramach drugiej edycji Olsztyn Green Festival. Idea wydarzenia opiera się na promowaniu „zielonego” stylu życia. Służy temu ogrom atrakcji i zabaw dla dzieci, dorosłych oraz koncerty odbywające się na dwóch scenach. Właśnie one przyciągnęły najwięcej osób, bo i sam line-up obfitował w niespodzianki.

Impreza rozpoczęła się w piątek i wtedy też przybyłem na miejsce. Szybko dostałem się na teren festiwalu, co umożliwiła bardzo sprawna organizacja i dobra informacja. Długa kolejka do punktu wymiany biletów na opaski posuwała się szybko i po kilku minutach popędziłem na koncert Skubasa. Niestety, przegapiłem początek występu, ale na plaży przed sceną Co jest Grane dane mi było usiąść na początku mojej ulubionej piosenki Radka, czyli Kołysanki. Instrumentalne outro w tej kompozycji zawsze mnie zachwycało. Skubas zagrał też Brzask, zadedykowany niemiłosiernie świecącemu Słońcu, utwory Diabeł i Więcej Nieba. Pod koniec wykonał Nie Mam Dla Ciebie Miłości, czyli swoją najbardziej znaną piosenkę, uskarżając się przy tym, że pewnie większa część widowni właśnie dla niej przyszła na koncert. W tej kompozycji ujęła mnie trąbka, na której grał Łukasz Korybalski. Jej dźwięk nie wychodził na pierwszy plan, ale gdzieś z oddali budował klimat całego utworu i jego instrumentalnej sekcji. Na zakończenie ze sceny popłynęły dźwięki utworu Moje Paranoje zespołu Daab. Radek zmienił aranżację i szlagier z dawnych lat zabrzmiał niezwykle świeżo. Porwał do tańca i śpiewu publiczność pod sceną. Następnie muzycy pokłonili się, a ja pobiegłem szukać małej sceny.

Ta stała blisko wejścia i zwracała uwagę swoimi rozmiarami, gdyż… naprawdę była mała. W dodatku stała na granicy jeziora i plaży, co zawężało krąg widzenia osobom stojącym dalej. Na tej właśnie scenie swój popis dawało polsko-brytyjskie trio Sister Wood. Trafiłem akurat na kompozycję Under Covers, chyba najbardziej charakterystyczną dla całej kapeli. Donośne bębny zmieszane ze spokojnym wokalem i lekką elektroniką to istota tego młodego zespołu. Usłyszałem również utwór Emmanuel i koncert dobiegł końca. Niestety – wykonawcy mnie nie porwali. Studyjnie brzmią lepiej. Ale za Under Covers mają  plus na przyszłość.

Green Mill Stage (fot. A. Degórska)

Green Mill Stage (fot. A. Degórska)

Na dużej scenie pojawiła się Maria Peszek. Nie zamierzam kryć, że nie należy ona do grona moich ulubionych wokalistek. Ani trochę nie trafiają do mnie jej teksty, ale od strony instrumentalnej koncert wypadł nieźle. Wyścigówka, czy Sorry Polsko to tylko niektóre z utworów, które zagrał zespól, a wyśpiewała Maria. Cóż, mi jej image ani skandaliczny styl bycia w ogóle nie odpowiadają, ale każdy ma swoje gusta.

Przeniosłem się więc w okolice drugiej sceny, gdzie duet Peter and Jacob prezentował brzmienie zupełnie odmienne od poprzednich dźwięków. Lekkie folkowe ballady, wykonane kameralnie, bo tylko wokalem i gitarą akustyczną, przypadły mi do gustu. Urokliwe Miss You, w wersji normalnej i instrumentalnej, rytmiczne i romantyczne Personal Angel, liryczne Best Part Of You, wykonane po części po polsku, a po części w języku angielskim Avalanche. I w końcu wyczekiwane przez wszystkich Emotions – ciepłe i wpadające w ucho. Podczas ich koncertu najlepiej zagrała jednak przyroda. W tle wszystkich urokliwych kompozycji Jakuba i Piotra można było obserwować zachód słońca, który nad jeziorem wygląda jeszcze lepiej niż zwykle.

Olsztyn Green Festival (fot. A. Degórska)

Co Jest Grane Stage (fot. A. Degórska)

Nie zamierzam ukrywać, że na występ Curly Heads czekałem najbardziej. Ta kapela stała się dla mnie pewnego rodzaju objawieniem na polskiej scenie muzycznej, bo udowodniła, że w Polakach drzemie potencjał do wykonywania alternatywnego rocka w iście brytyjskim stylu. Występ zaczął się od niemiłego akcentu – Dawid Podsiadło zapowiedział, że nie usłyszymy dzisiaj Love Again – jednego z najlepszych utworów z debiutanckiej płyty Curly. Niestety, nie był to żart i kompozycja rzeczywiście nie została tego wieczora zagrana, co osłodziły jednak inne niespodzianki przygotowane przez zespół. Wąsy Dawida Podsiadło wyglądały niczym te Joaquina Phoenixa w filmie Ona, ciągłe poprawianie włosów mogło czasem nużyć, a wokalista sprawiał wrażenie nieśmiałego. Jednak od strony muzycznej koncert wypadł znakomicie. Usłyszałem energetyczne Reconcile, powoli rozpędzające się Ruby Dress Skinny Dog, ulubione Diadre, Burning DownHouseCall. Oprócz tego muzycy zaprezentowali utwór Co Mogę Jeszcze do słów wiersza Zbigniewa Herberta, pierwotnie zaśpiewany z Katarzyną Nosowską na gali rozdania Paszportów Polityki. Furorę wśród słuchaczy zrobił jednak Elektryczny, zaśpiewany pod koniec i pełen energii. Dawid jakoś wyśpiewał partię Brodki i kompozycja rozruszała całą widownię. Koncert nie zawiódł moich oczekiwań i śmiało mogę uznać, że był jednym z najlepszych podczas całego festiwalu.

Przez chwilę poobserwowałem Natalię Przybysz męczącą się na małej scenie i doszedłem do wniosku, że organizatorzy trochę namieszali w kwestii ich doboru. Natalia nie pasowała na Green Mill Stage, nie miała wystarczająco miejsca, a tłum oglądający jej koncert zablokował ruch na plaży. Sam występ, a w zasadzie jego drobny kawałek, nie zaspokoił mojego apetytu na twórczość wokalistki. Usłyszałem jedynie Nie Jestem Twoją Laleczką, cover Breakoutu Do Kogo Idziesz, Kozmic Blues Janis Joplin i Królową Śniegu. Niestety nie zdążyłem ani na Prąd, ani na Nazywam Się Niebo. Cóż, będę musiał zobaczyć tą panią na koncercie klubowym.

Ostatnim punktem wieczoru miał być występ Fisz Emade Tworzywo. I okazał się koncertową bombą, mieszanką muzycznych stylów, idealnym zamknięciem dnia. Rodzina Waglewskich od lat wyznacza najwyższe standardy w Polskiej muzyce, a projekt Piotra i BartoszaTworzywo – zręcznie lawiruje między alternatywą, rapem a elektroniką. Rozpoczęli od Wróć, przeszli przez Wojnę do Śladów. Jeden z najlepszych utwór z Mamuta wybrzmiał wręcz idealnie, z pełnym zaangażowaniem i mocą. Co prawda trochę brakowało udzielającej się w chórkach Justyny Święs, ale to nie ona stanowi o sile tej kompozycji. Usłyszałem też Bieg, Karate, Zwiedzam Swiat i przepełniony pulsującym rytmem Pył, przy którym „wprawienie stop w ruch” nie stanowiło żadnego problemu. Artyści sięgnęli też po wcześniejszą twórczość. Wykonali Zwierzę Bez Nogi oraz Dynamit, w znacznie bardziej elektronicznej aranżacji. Zabrzmiał też cover zespołu Space – instrumentalna kompozycja Magic Fly. W całym występie Fisz nie pozwolił na oderwanie od niego oczu –  przez swoje stonowane i pewne ruchy, czarną marynarkę, w którą był ubrany, przejęcie, z jakim śpiewał i rapował. Nie mogłem wyjść z podziwu dla kunsztu tych muzycznych braci i ich całego zespołu. Godnie zamknęli pierwszy dzień festiwalu i zaostrzyli apetyty na drugi dzień dźwiękowej rozkoszy.

Przemyślenia Aleksandry Degórskiej

Sobota była równie słoneczna i gorąca jak poprzedni dzień. Ludzie korzystając z dobrej pogody kąpali się w jeziorze, wylegiwali się na kocykach rozłożonych na plaży. W tej wakacyjnej atmosferze minęła festiwalowa sobota rozbrzmiewająca fajnymi dźwiękami. Widzowie nie mogli zdecydować się czego słuchać, bowiem na dwóch scenach równolegle grali artyści godni uwagi.

Na Green Mill Stage po godzinie 17 zaprezentował się Patrick The Pan wykonując hipnotyzujące piosenki. Podczas tego koncertu panowała bardzo luźna i romantyczna atmosfera. Wokalista rzucał „sucharami”, błogie dźwięki sączyły się ze sceny, zaś ludzie leżąc na piasku wsłuchiwali się w te magiczne brzmienia. Utwory, takie jak Zdejmij. Wyłącz. Zobacz, Space, 1961, Man Behind The Sun, Pikselove, 52 czy Niedopowieści urzekały swoim marzycielskim urokiem. Szkoda, że koncert Patrick The Pana nie odbył się późnym wieczorem, gdyż nocna aura bardziej pasuje do słuchania takich lirycznych piosenek. Tego dnia na scenie Green Mill zaprezentowali się również Magda Navarrete & Marcin Wyrostek, Chłopcy Kontra Basia oraz Natalia Nykiel. Dużą publikę zebrała Nykiel, dla której niewielka scena była zdecydowanie za mała. Wokalistka, swoją drogą pochodząca z Mazur, a więc dziewczyna z sąsiedztwa, zaprezentowała swoją twórczość, ukazując zarówno liryczne, jak i bardziej energetyczne oblicze. Wykonała ona utwory ze swojego krążka Lupus Electro m.in. Pół Dziewczyna, Bądź Duży, szalony Nie On czy Wilk. Materiał z jej płyty idealnie sprawdził się na koncercie i pod koniec występu prawie wszyscy słuchacze zaczęli podskakiwać w rytm muzyki.

Natomiast na Co Jest Grane Stage wystąpili Pablopavo I Ludziki, Julia Marcell, Anita Lipnicka, Kamp! oraz Patrycja Markowska. Taka duża różnorodność stylistyczna reprezentowana przez poszczególnych muzyków ucieszyła na pewno niejednego melomana. Świetny koncert dała Julia Marcell, która rozkręciła się na całego. Za sprawą cekinowego płaszczyka wyglądała niczym motyl, który rozwijając skrzydła oczarowuje nas swoją niesamowitą aurą. „Babski rock” w wykonaniu Marcell brzmiał tego wieczoru naprawdę smakowicie. Ostro zabrzmiały piosenki Manners, Teacher’s, Matrioszka czy Cincina, które rozruszały tłum stojący pod sceną. Zresztą widzowie na kocykach rozłożonych nieco dalej na plaży również chętnie wystukiwali rytm piosenek. Wokalistka pochodzi z Olsztyna, o czym wspomniała wykonując utwór Maryanna i na pewno występ w rodzinnym mieście dodał jej skrzydeł. Przy powoli zachodzącym słońcu, które świeciło nam prosto w oczy, koncert dobiegał końca, zaś Marcell zeskoczyła ze sceny by przybić piątkę z fanami.

Olsztyn Green Festival (fot. A. Degórska)

Anita Lipnicka (fot. A. Degórska)

Powoli kończył się gorący dzień, słońce było coraz niżej. Na scenie pojawiła się Anita Lipnicka, której piosenki pełne uroku i wdzięku były jak balsam na serce. Lipnicka wykonała m.in. Sama, Hen Hen, Vena Amoris, Wodowanie czy Nie Wiem Ile za każdym razem wzruszając się prawie do łez. Ta autentyczność i silne emocje, które towarzyszyły występowi artystki wywoływały sympatię do jej osoby. Szczególnie nowy utwór Let It Rest, który napisała dzień przed koncertem, okazała się niezwykle urzekającą kompozycją. Zakochane pary chętnie się obejmowały, singlom pozostało tylko uronić łezkę. Gratuluję Lipnickiej umiejętności stworzenia więzi ze słuchaczami, bowiem miało się wrażenie, jakby artystka śpiewała tylko dla Ciebie, zwierzając się ze swoich problemów, przemyśleń. Uważam również, że tak intymna twórczość bardziej pasuje do koncertu na mniejszej scenie, co pogłębiłoby relację słuchacz – artysta. Na zakończenie usłyszeliśmy Cosmonaut autorstwa Nicka Cave’a i tą sympatyczną piosenką Anita pożegnała się ze słuchaczami.

Po krótkiej przerwie nadszedł czas na zupełnie inne granie. Na dużej scenie pojawił się zespół Kamp!. Symetryczne ustawienie syntezatorów oraz podświetlenie sceny od razu nasunęło mi skojarzenie z elektronicznym gigantem Kraftwerk. Momentami Kamp! trochę przypominało mi brzmienie tego niemieckiego zespołu, szczególnie gdy słyszałam elektronicznie zmodyfikowany głos. Kamp! jak zwykle naelektryzowali powietrze i przyspieszyli bicie serca niejednego fana elektronicznych brzmień. Trochę nie chce się wierzyć, że Ci młodzi faceci brzmią tak dojrzale. Każdy utwór zaskakuje, nie jest monotonny, co jest częstym zarzutem kierowanym w stronę muzyki tanecznej. W ich twórczości słychać wpływ lat 80., który był złotym czasem dla synth-popu, nic więc dziwnego, że Kamp! czerpie z tego okresu garściami. Tego wieczoru usłyszeliśmy m.in. Cairo, Early Days, Distance Of The Modern Hearts, Melt, Baltimore. Gdy zespół zszedł ze sceny zapowiadający nie mógł uspokoić tłumu, który domagał się bisu, co tylko potwierdza, że koncert Kamp! był zdecydowanie jednym z najlepszych momentów festiwalu.

Najliczniejsza publiczność zebrała się na koncercie Patrycji Markowskiej, której rockowo-popowe kompozycje przypadły do gustu widowni. Przy muzycznym intro na scenie opadła kotara ukazując nam muzyków. Podczas koncertu usłyszeliśmy m.in. Alter Ego, Jeszcze Raz, Hallo Hallo, Ocean, Świat Się Pomylił. Muszę jednak stwierdzić, że zespół zaprezentował się o niebo lepiej od Markowskiej, która wokalnie nie poradziła sobie z utworami. Momentami „zjadała” frazy przez co nie było ich w ogóle słychać. Odnosiłam wrażenie, że wokalistka miała chrypkę. Podczas utworu z repertuaru Rolling Stones Start Me Up wokalnie lepiej zaprezentował się gitarzysta Marcin Koczot. Przy tym wszystkim trzeba jednak oddać, że Markowska ma charyzmę, wielkie pokłady energii oraz szeroki uśmiech – nic więc dziwnego, że wzbudziła ona ogólną sympatię publiczności. Cieszy również fakt, iż z wieloma gwiazdami, m.in. właśnie z Patrycją, można było spotkać się po koncercie, by zdobyć autograf i zrobić wspólne zdjęcie. Takie spotkania mocno wzmacniają więź artysty z fanami.

Olsztyn Green Festival udowodnił, że takie muzyczno-ekologiczne połączenie jest znakomite. Dodając do tego dużą porcję słońca, szczyptę dobrego jedzenia, garść przyjaznej atmosfery i odrobinę uśmiechu otrzymujemy niesamowicie smakowite festiwalowe danie. Już rok temu zachwalałam ideę tego muzycznego wydarzenia na Warmii i Mazurach i dalej to podtrzymuję. Promując zdrowy tryb życia, Olsztyn rozbrzmiał tysiącami dźwiękami. Każdy koncert był zdecydowanie za krótki pozostawiając niedosyt. Festiwal zaostrzył nam apetyt na smaczne (i oczywiście zdrowe!) muzyczne smakołyki.

Olsztyn Green Festival (fot. materiały prasowe)