Rubryki
0 razy skomentowano

Nasze Relacje | Foo Fighters (09.11.15)

Dodany przez | 13/11/2015
 

W poniedziałek w Krakowie zagrali najlepsi, więc pojechaliśmy. Było nas tam trochę, więc z tej okazji specjalna (a i tak niedługa, żeby ktoś przeczytał), poczwórna relacja z koncertu wielkich Foo Fighters!

Wrażenia Kamili Jasińskiej:

Krakowska Tauron Arena przywitała nas olbrzymim zdjęciem składu Foo Fighters i już wtedy miałam ciarki, bo po ich spojrzeniach było widać, że czeka nas potężny koncert. Długo wyczekiwani, silnie „okrzyczeni”, potężnie oklaskami przez publikę pojawili się na scenie jak królowie muzycznego świata. Co jeden, to lepszy – każdy miał minę rockandrollowego badassa, a świadomy swojej sławy Dave Grohl nie wychodził z roli i uraczył wszystkim tłustym, rockowym temperamentem.

Złamana noga nie przeszkadzała wokaliście szaleć na scenie, a jego wyjeżdżający w tłum tron zbliżał go co chwilę do publiki (nieco odcinając jego energię od tej kształtującej się wśród reszty zespołu, ale kto by zwracał uwagę). Ludzie kipieli, a fanowskie akcje wywarły ogromne wrażenie na całej Foo Fightersowej ekipie. Gdyby którykolwiek z nich miał w zwyczaju się wzruszać, to pewnie by to zrobił.

Moim faworytem wieczoru był utwór Skin and Bones. Mimo, że koncert oglądałam z najwyższego sektora, hipnotycznie wciągał mnie od pierwszej do ostatniej minuty (a trochę tych minut było, bo zespół grał przez ponad dwie godziny). Poza tym nie mogłam oderwać wzroku od głowy frontmana szaleńczo wybijającej rytm, w końcu unieruchomiony wokalista musiał wypuścić z siebie muzyczną energię i od fantastycznego perkusisty – Tylora Hawkinsa.

Światła, technika koncertowa, nawet wysokość sceny – wszystko w tym koncercie po prostu grało. Warto było pojechać i przekonać się na własnej skórze z czym się je żywą, muzyczną legendę. Są autentyczni i, dzięki muzyce, wiecznie młodzi. Tak bardzo przeżywają to, co grają, że nie da się nie przeżywać razem z nimi. Wszyscy trzymamy Dave’a Grohla za słowo i czekamy na następny koncert – podobno już nie będzie to kwestia 19 lat. No i oby tak się stało!

Dave Grohl (fot. Zuzanna Sosnowska)

Dave Grohl (fot. Zuzanna Sosnowska)

Wrażenia Adama Jęczmyka:

„Dave Grohl to dupek. W zasadzie głupi dupek, który „swoją” publiczność w Polsce zaniedbywał przez długie 19 lat”. Takimi słowami lider długo wyczekiwanej w Polsce formacji starał się zadośćuczynić za blisko dwudziestoletnią nieobecność koncertową w naszym kraju. Nie było to jednak potrzebne.

W ubiegły poniedziałek krakowska Tauron Arena była miejscem pielgrzymki wszystkich fanów Foo Fighters w tej części globu. Nie przełożyło się to jednak na frekwencję. Obiekt jeszcze przed koncertem wypełniony był dość szczelnie, ale o pełnym obłożeniu nie mogło być mowy. Na przystawkę dostaliśmy energetycznych jazzmanów z charyzmatycznym liderem, czyli Trombone Shorty i Orleans Avenue, którzy instrumentami dętymi i żywiołowymi kompozycjami byli zrobili hałas godny głównej kapeli wieczoru.

Około 20.30 na scenie stanęli (i usiedli) muzycy zespołu. Wokalista od momentu wypadku w czerwcu obecnego roku, jak w przypadku reszty koncertów trasy, poruszał się po scenie za pomocą swojego tronu, na którym wykonywał utwory. Odnośnie samego występu moglibyśmy powiedzieć naprawdę sporo, jednak nie ma to większego sensu. Jego przebieg był bardzo prosty do opisania. Dave niedługo po rozpoczęciu koncertu oznajmił, ze zespół nie wpadł do Polski aby zagrać godzinny, ani nawet dwugodzinny koncert, grając przy tym jak najwięcej piosenek ze swojego repertuaru. Jak obiecali, tak zrobili. Chyba nikt nie mógł czuć się zawiedziony. Usłyszeliśmy: Learn to fly ( opatrzone „samolotową” akcją fanowską), Monkey wrench, Skin and bones, nieśmiertelne My hero, czy This is a call. Do wyboru, do koloru. Setlista napaćkana największymi przebojami, tymi trochę mniejszymi, odwołaniami do bogów gitar (w set wpleciono mini-wykony utworów Floydów, czy Van Halen).

Sam zespół, wraz z stojącym na jego czele Grohlem, któremu w zarządzaniu największym nawet koncertowym tłumem przeszkodziłaby chyba tylko własna śmierć, zrobił po prostu dobrą robotę – ciągłe podgrzewanie publiczności znanymi doskonale utworami, chóralne śpiewy w wykonaniu wszystkich obecnych i energia płynąca nawet od wywołanych przy okazji historii wokalisty związanej z „upokarzającym krzesłem” technicznych zespołu. Witalni, wielce kontaktowi, przygotowani na każdą sytuację (nawet na zrzucenie przez perkusisty statywu z talerzami perkusyjnymi ze swojego stanowiska) – po prostu Foo Fighters, których dobrze znamy. Miejmy nadzieję, że kolejnego koncertu nie będę musiał wyczekiwać do pełnoletności mojego przyszłego dziecka. Wtedy na pewno nie przyjmiemy przeprosin Panie Grohl!

Wrażenia Zuzanny Sosnowskiej:

Koncert Foo Fighters w Krakowie był bez wątpienia wydarzeniem wyjątkowym. Zjednoczył pokolenia wygłodniałych fanów gitarowego grania Grohla i spółki. Dla wielu była to pierwsza okazja, aby usłyszeć tę niezaprzeczalną legendę rocka na żywo. Pomyślmy tylko – 19 lat nieobecności w Polsce. Ileż zmieniło się przez ten czas zarówno w naszym kraju, jak i w obozie Foo. 7 wydanych płyt, niezliczone nagrody, projekty, koncert na Wembley i niesamowite występy na festiwalach na całym świecie. Ileż przez ten czas narodziło się nowych fanów grania tego zespołu. Dosłownie i w przenośni. 19 lat. Tyle też musieli czekać ci starsi słuchacze, aby ponownie zobaczyć Foo Fighters w Polsce.

Stojąc na płycie, tuż przed gitarowym tronem Dave’a, nie mogłam wyrzucić tych myśli z głowy. Czułam się, jakby całe show było niezwykłym snem. Panowie postawili głównie na każdemu znane hity, w końcu na ich koncercie każdy ma po prostu dobrze się bawić. Ale my przecież czekaliśmy, żeby usłyszeć te znane utwory tyle czasu! Zabrzmiały więc na tyle świeżo, że reakcja tłumu za każdym razem dorównywała szaleństwie muzyków na scenie. Chóralne śpiewy, dzikie tańce, krzyki, wrzaski, ale przede wszystkim – jedność. Pomimo ogromnej Tauron Areny, mieszczącej około dwudziestu tysięcy osób, czułam się jak na kameralnym koncercie wśród najlepszych znajomych. Z drugiej strony, to także zasługa genialnego podejścia Grohla do publiki. Ostatnio  temat pozytywnego nastawienia Dave’a został poruszony podczas wywiadu Zane Lowe’a z Matthew Bellamym z Muse. Zgodnie stwierdzili, że jest on jednym z tych ludzi, którzy chcą uczynić moment spotkania z nim wyjątkowym, ale właśnie dla Ciebie. Tak też uczynił w Krakowie dla tysięcy fanów Foo Fighters zgromadzonych pod sceną.

Dave Grohl (fot. Zuzanna Sosnowska)

Dave Grohl (fot. Zuzanna Sosnowska)

Wrażenia Aleksandry Baniewskiej:

Koncert Foo Fighters niewątpliwie wzbudził we mnie wiele emocji – trudno by było o ich brak, kiedy czekało się na ten dzień kilka lat. Dave przywitał nas słowami, które już chyba wszyscy znamy na pamięć: „Are you ready? Are you fucking ready?”.

Później już było tylko lepiej – od flagi Polski zrobionej z kartek przez fanów, przez puszczanie papierowych samolocików podczas Learn to fly, morze światełek na Big me, aż po wspólne śpiewanie Best of you. Wszystko zdawało się być dopięte na ostatni guzik, a zespół był w bardzo dobrej formie. Jedyne, czym byłam zawiedziona, to brak akustycznych wykonań My hero czy Times like these, natomiast zdecydowanie satysfakcjonujące były reakcje chłopaków na widok samolotów i flagi. Tych uśmiechów po prostu nie sposób wymazać z pamięci.

Jestem niezmiernie szczęśliwa, że dane mi było zobaczyć ich na żywo, a po dziewiętnastu latach nieobecności w Polce grzechem by było nie cieszyć się tym, co dostaliśmy od Foo Fighters tego dnia.

(fot. Zuzanna Sosnowska)