Rubryki
1 razy skomentowano

Nasze Relacje | Colours Of Ostrava (16-17.07.2015)

Dodany przez | 22/07/2015
 

Festiwal Colours Of Ostrava – czyli definicja chaosu

Mój wyjazd do Ostrawy od początku naznaczony był piętnem pecha. Jestem człowiekiem, który działa jak magnes na wszelkie absurdy losu, nieoczekiwane wydarzenia i potencjalnie niemożliwe przypadki. Jednak połączenie mojego „szczęścia” i wpływu Czech zadziałało z podwójnym uderzeniem. Poniższy tekst będzie więc miał charakter nie tylko standardowej relacji koncertowej z najlepszych występów, które udało mi się zobaczyć wciągu dwóch pierwszych dni, ale także podręcznika przetrwania na najpopularniejszym czeskim festiwalu. Polecam uczyć się na moich błędach.

Jak dotrzeć do Ostrawy? Dopóki nie znajdziemy się w Czechach, sprawa wcale nie jest tak skomplikowana. Przyjmijmy więc, że po parogodzinnej podróży, polegającej głównie na psioczeniu na polski transport publiczny, znaleźliśmy się wreszcie u naszych sąsiadów. Z wielkim podróżnym plecakiem, wiszącym pod nim namiotem i kolorowym biletem w dłoni dumnie przekroczyliśmy granicę w Cieszynie. Powietrze pachnie w zasadzie tak samo, więc trochę zawiedzeni udajemy się na stację kolejową. Z szerokim uśmiechem, gotowi na wielką przygodę podchodzimy do okienka kasowego i… właśnie, którego języka użyć? Biorąc pod uwagę doświadczenia z poprzednich zagranicznych wyjazdów strzelamy z angielskim. Niemrawa Pani nareszcie odlepia wzrok od komputera i zaczyna się w nas wpatrywać z mordem w oczach. Zaczynamy rozumieć swój błąd. Automatycznie przełączamy się na język polski. Jednak niewyraźny wyraz twarzy u rozmówczyni nie znika. Zrezygnowani pytamy: „W jakim języku mam z Panią rozmawiać?”. Pada odpowiedź, którą usłyszę jeszcze parędziesiąt razy w najbliższych dniach: „po czesku”.

Porozumiewanie się z Czechami polega więc na łączeniu polskich haseł z wymyślonym przez nas językiem migowym, pokazywaniem palcami i kreśleniem w powietrzu bliżej nieokreślonych kształtów. Z początku być może jest to dość zabawne, ale kiedy wisi nad nami widmo spóźnienia się na koncert Björk, cała sprawa zaczyna mocno irytować. Dodatkowo, miejscowi reagują na język angielski przerażeniem w oczach, wzruszeniem ramion, panicznym śmiechem, a nawet czystym chamstwem. Jeśli mieliby to być zwykli, młodzi mieszkańcy – rozumiem, ludzie bywają różni. Jednak gdy podobnie reagują pracownicy festiwalu, nastawionego przecież na target międzynarodowy, to coś tu chyba nie jest w porządku. Muszę jednak zaznaczyć, że doceniam wysiłek Pani z informacji, którą dotknęły w pewnym momencie wyrzuty sumienia i przebiegła za mną spory dystans, aby zakreślić na mojej mapie właściwą drogę.

W tym roku do wyboru były dwa pola namiotowe – pierwsze znajdowało się tuż przy terenie festiwalu. Zostało jednak dość szybko wyprzedane, więc polecam kupować na nie karnet jak najwcześniej. Pamiętajmy, aby kupić dwa bilety – jeden dla siebie, drugi dla namiotu. Tak, namiot jest bardzo istotną częścią tego duetu. Mi jednak pozostało udać się na drugie pole, mocno oddalone od Colours Of Ostrava. Droga do niego prowadzi przez malowniczo położony most, z którego mamy widok na dużą część miasta. Następnie przechodzimy przez ogromne centrum handlowe Karolina, którego klimatyzacja stanowi cudowny ratunek w ponad 30-sto stopniowym upale. Potem możemy poczekać na autobus, bądź dotrzeć na pole na piechotę. Dystans na linii festiwal-pole przejdziemy szybkim krokiem w 25 minut. Na miejscu czekał na mnie kolejny hit, czyli półgodzinna kolejka do pola namiotowego. Każdy ma bowiem wyznaczone miejsce, do którego musi zostać zaprowadzony przez wybraną do tego osobę. W międzyczasie okazało się, że nasz namiot jest zepsuty. Tutaj oczywiście cała wina leży po mojej stronie. Koncert Björk zbliżał się wielkimi krokami, więc będąc w pełni zrównoważonymi psychicznie osobami, zdecydowaliśmy się zostawić wszystkie rzeczy pod rozłożoną płachtą namiotu i liczyć na to, że nikt nie pomyśli o przywłaszczeniu sobie naszych dóbr. Udaliśmy się więc na festiwal, w końcu to muzyka stanowi najwyższy priorytet. Noclegiem mieliśmy zająć się później.

Wybiła godzina 20:00. Na głównej scenie pojawiła się jedna z najbardziej rozpoznawalnych ikon islandzkiej sceny muzycznej – Björk.  Godzina dobrana fatalnie, dookoła było wciąż jasno, a gromadzący się mozolnie ludzie dopiero zaczynali budować festiwalową atmosferę. Początkowo cała sytuacja przypominała bardziej występ miejscowej gwiazdy na festynie. Nie w takiej scenerii powinno się chłonąć tę muzykę. Dodatkowo fatalne nagłośnienie. Znam studyjne możliwości tej artystki, jej wyjątkowy wokal i klimatyczną, miejscami przejmująco niepokojącą twórczość. Oczekiwałam, że nareszcie będę mogła doświadczyć tego wszystkiego na żywo. Łapałam się jednak za głowę słysząc kolejne skrzeczące dźwięki dobiegające z głośników okalających scenę. Całą sytuację uratował na szczęście efekt wizualny. Intrygujące kreacje artystki, połączone z jej teatralnymi ruchami, specyficznymi (głównie „owadzimi”) wizualizacjami oraz finałowa eksplozja kolorowych, barwnych chmur w powietrzu wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Po koncercie odczuwałam jednak ogromny niedosyt, więc na pewno będę polować na artystkę na jej innych, europejskich koncertach.

galerie_31

(fot. Colours of Ostrava)

Powoli zapadał zmrok, a z całego wydarzenia nareszcie zaczęła wychodzić jego festiwalowa dusza. O Ostravie nasłuchałam się rzeczy nie z tej ziemi, więc oczekiwania miałam naprawdę spore. Otoczenie rzeczywiście ma swój wyjątkowy charakter. Ogromny, interesujący teren, pełen opuszczonych fabryk, krętych ścieżek, licznych scen, troszkę nieporadnie dobranych ozdób i niekończących się rzędów foodtrucków. Jest także rajem dla fotografów, bo industrialny klimat tego miejsca wręcz prosi się o uwiecznienie na zdjęciach. Szczególnie spodobał mi się korytarz neonowych dekoracji, które nocą zjawiskowo mienią się w kolorach tęczy. Warto więc udać się na dłuższy spacer pomiędzy koncertami ulubionych wykonawców i chłonąć atmosferę czeskiego festiwalu.

Na drugiej scenie, położonej w o niebo lepszej lokalizacji, która tworzyła nieco bardziej kameralny klimat, pojawiła się BOKKA. I choć nie byli jedyną formacją reprezentującą nasz kraj w Czechach, to bez wątpienia zrobili to najlepiej. Jest w nich coś hipnotyzującego. Coś, co nie pozwala przejść obojętnie obok ich koncertu. Niezwykle dopracowanego przedstawienia, przepełnionego muzyką na najwyższym poziomie. Białe stroje, srebrne maski, nieustające chmury dymu, kocie ruchy wokalistki i ujmująco prawdziwe szaleństwo gitarzysty. Zdołali zahipnotyzować nie tylko rodzimą publiczność obecną na festiwalu. Nie mogłam uwierzyć, kiedy pod koniec koncertu odwróciłam się i zobaczyłam ciągnące się za mną rzędy ludzi. Słuchaczy w każdym wieku – czy to dzieciaki skaczące do kolejnych elektronicznych dźwięków, młodzi ludzie wyśpiewujący kolejne wersy utworów czy starsze osoby bujające się z uśmiechem na twarzy w czasie wolniejszych piosenek. Nie zabrakło także Polaków w pierwszym rzędzie, którzy dumnie wymachiwali narodową flagą w stronę zespołu. Uroczym akcentem było też papierowe serduszko, które przeleciało nad reflektorem podczas ostatniej piosenki wykonywanej przez zespół. Ta być może mało wnosząca, ale wyjątkowa scena, idealnie zgrała się z tekstem i muszę przyznać, że pierwszy raz tego dnia naprawdę się wzruszyłam. BOKKA obdarzyli nas więc niesamowicie nastrajającym show, a w zamian otrzymali potężną falę wsparcia. Mam nadzieję, że był to dla nich mocny kopniak motywacyjny i nowa płyta okaże się równie genialna, jak debiut. A tymczasem niech jeżdżą dalej po Europie, niosąc dobrą nowinę, że w Polsce wciąż tworzy się świetną muzykę.

Colours of Ostrava, Bokka,  Arcelor Mittal stage

(fot. Petr Piechowicz)

Trzecim występem, o którym warto wspomnieć, był koncert Caribou. Dan Snaith razem z zespołem idealnie zamknęli pierwszy dzień festiwalu. Wylali na publikę hektolitry elektroniki z najwyższej półki. Do tego efektowne światła, perfekcyjnie zgrane z każdym dobiegającym z głównej sceny dźwiękiem. Bez wątpienia był to najlepszy pokaz świateł, który dane mi było zobaczyć w Czechach. Cudowne wrażenia słuchowe i wizualne. W setliście nie zabrakło oczywiście Can’t Do Without You i Odessa, które wywołały największy szał pośród publiki zgromadzonej przy barierkach. Choć Czechom dość opornie wychodzi zabawa na koncertach, to muzycy faktycznie zdołali przekazać swoją energię obecnym. Zasłuchując się w klimatycznych dźwiękach, łatwo można było odpłynąć w krainę wyobraźni i zamyślenia. I właśnie w tym momencie przypomniało mi się, że nie mam gdzie spać.

(fot. Ivan Prokop)

O godzinie trzeciej nad ranem przed festiwalem koczowały tłumy. Z pomocą przyjaciół z Polski, udało nam się znaleźć naprawdę tani hostel oddalony o trzy kilometry od festiwalu. Teraz pozostało tylko zgarnąć nasze rzeczy z pola namiotowego i odnaleźć zbawienne miejsce noclegu. Ze względu na wyjątkowo (dla nas) niskie ceny w Czechach, zdecydowaliśmy się wziąć taksówkę. Jednak złapanie którejś z nich graniczyło z cudem, nie wspominając nawet o dodzwonieniu się na linię. Do tramwaju kolejka nie miała końca. Do naszej uroczej płachty namiotowej dotarliśmy więc pieszo. Zebraliśmy nasze rzeczy i zdołaliśmy złapać taksówkę pod samym wejściem na pole. Kierowca obiecał odwieźć nas pod wskazany adres, więc wymęczeni po całym dniu wrażeń nareszcie odetchnęliśmy z ulgą. Koniec końców, okazało się, że taksówkarz zabawił się naszym kosztem i wysadził dwa kilometry przed hostelem. Wyjątkowy pech czy złośliwa natura ludzka? Obie opcje tak samo prawdopodobne.

Historia jednak skończyła się dobrze i następnego dnia wypoczęci czekaliśmy na występ José Gonzáleza. Koncert był oczywiście przewidywalny, ale ciężko oczekiwać powalających zaskoczeń od artysty grającego tak spokojną muzykę. Głos Gonzáleza koił, uspokajał. Artysta jakby ostrożnie napełniał nas festiwalową atmosferą, nie chcąc nas zbytnio rozbudzić. Być może dla niektórych zbyt ostrożnie, gdyż kilkadziesiąt ludzi smacznie drzemało na trawie, w czasie gdy muzyk dzielił się z nami kolejnymi, lirycznymi historiami. Nie było w tym jednak nic złego. José pozwolił mi zapomnieć o wszelkich stresach z poprzedniego dnia. Do tego zachodzące za drzewami słońce idealnie podkręciło klimat całego koncertu. Artysta idealnie przygotował nas na potężną dawkę muzycznych wrażeń, których niedługo potem mieliśmy być świadkami.

(fot. Colours of Ostrava)

Serce zabiło mocniej, gdy na głównej scenie pojawiło się ogromne tło z rzucającym się w oczy, różowym wzorem 48:13. Był to zwiastun bezkonkurencyjnej petardy festiwalu – zespołu Kasabian. Na trasie promującej ostatni album zdążyłam zaliczyć już ich cztery koncerty, więc pierwszy raz zdecydowałam się obejrzeć show z większej odległości. Jednak panowie z Kasabian są mistrzami w rozkręcaniu koncertów i podsycaniu energii tłumu, więc już po pierwszym utworze – bumblebeee – znalazłam się wśród pierwszych rzędów. Muszę jednak przyznać, że był to najspokojniejszy koncert Brytyjczyków, na którym byłam. Publika była dość oszczędna w okazywaniu emocji, większość ludzi jakby bała się całkowicie dać ponieść chwili. Przy barierkach pojawiła się oczywiście niezastąpiona polska publiczność, która szybko rozgrzała atmosferę po lewej stronie sceny. Piorunującym ciosem było eez-eh, po którym już tylko nieliczni statycznie kiwali głowami. W głowie jednak wciąż miałam występ Kasabian podczas tegorocznego Open’era. Energia, która zawładnęła wtedy tłumem była niewyobrażalna. W Polsce byliśmy uczestnikami czegoś wyjątkowego. Sami muzycy stwierdzili, że był to jeden z najlepszych występów na trasie. W Ostrawie Tom Meighan dwoił się i troił, aby pobudzić publikę. Sergio Pizzorno próbował zagadywać dalsze rzędy, z czego wynikła dość komiczna sytuacja. Kilkakrotnie wysłał pytanie w stronę trybun o ich samopoczucie, jednak nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Brakowało już tylko odgłosu świerszczy. Przynajmniej utwierdziłam się w przekonaniu, że z angielskim u Czechów jest bardzo, ale to bardzo źle. Zabrakło także standardowej już przechadzki Pizzorno wzdłuż pierwszego rzędu w czasie treat. Zamiast tego muzyk skakał w rytm dźwięków po wybiegu przecinającym publikę. Podsumowując, był to kolejny świetny koncert na trasie promującej album 48:13. Kasabian nareszcie przemienili Colours of Ostrava w festiwal na międzynarodowym poziomie.

(fot. Colours of Ostrava)

Wszystkie emocje, które wytworzyły się we mnie po koncercie Brytyjczyków, skradła jednak St Vincent. Ostatni raz widziałam ją w 2014 roku, kiedy to supportowała The National w Parku Sowińskiego w Warszawie. Już wtedy intrygowała niespotykanym stylem, dzieliła się z tłumem oryginalnymi dźwiękami i nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Z zainteresowaniem wyczekiwałam więc na jej samodzielne show. Jednak to, co działo się na scenie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie mogłam uwierzyć, jak bardzo Annie Clark dojrzała przez ten rok. Widać, że wie z czym wychodzi na scenę i w jaki sposób pragnie przekazać to ludziom. A obdarza nas dawką dziwacznych, a zarazem genialnych dźwięków, otoczonych idealnie splatającym wszystko wokalem. Jest stuprocentowo świadoma swojego projektu i całościowo na nim skupiona. Wszystko jest idealnie przemyślane. Bring Me Your Loves w wersji live wywarło na mnie tak ogromne wrażenie, tak że przez cały następny utwór stałam z szeroko otwartymi ustami i oczami, nie bardzo wierząc w to, co było mi dane usłyszeć. Annie nie pozwalała oderwać od siebie wzroku. Nie mówiła wiele. Właściwie jedynie przywitała się i krótko pożegnała. Wszystkie jej emocje ujawniały się w śpiewie i gestach. Wyginała się do każdego mocniejszego dźwięku, zwisała głową w dół ze schodków będących elementem scenicznym, pozwalała publice przejąć na chwilę jej gitarę, aż w końcu upadła na kolana długo chłonąc energię z otaczającego jej, rozgrzanego tłumu. Wybieg okazał się idealnym rozwiązaniem w tej sytuacji. Artystka często ryzykowała, balansując na granicy sztuki i zbędnego patosu. Jednak w jej wypadku wszystko wychodziło tak bardzo naturalnie. W momencie kiedy zniknęła ze sceny wiedziałam, że już żaden inny występ na Ostravie nie zrobi na mnie tak wielkiego wrażenia.

(fot. Colours of Ostrava)

Na Colours Of Ostrava na pewno nie sposób się nudzić. Poziom organizacji to jeden wielki absurd, więc lepiej przygotować się wcześniej i zaplanować cały wyjazd, biorąc pod uwagę przeróżne, potencjalnie niemożliwe sytuacje. Brak oznakowań boli na każdym kroku, a na pomoc ze strony miejscowych niestety nie ma co liczyć. Bezdyskusyjnie największym plusem był tegoroczny line-up. Z koncertów wyniosłam wiele pozytywnych wspomnień i wartościowych inspiracji. Zanim jednak zdecydujemy się na wyjazd do Czech w przyszłym roku, radzę zwrócić uwagę także na inne, europejskie festiwale. Na swoim podwórku również znajdziemy kilka wydarzeń wartych uwagi. Dodatkowo zaoszczędzimy sobie stresów i będziemy bawić się na koncertach w gronie najlepszej możliwej publiki. Mimo wszystko mam ogromną nadzieję, że organizatorzy wyciągną wnioski ze szczerych relacji i w przyszłym roku Ostrava zaczaruje nas wyłącznie pozytywną paletą barw.

Česká Spořitelna Stage (fot. Colours of Ostrava)


Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Notice: Undefined variable: comment_num in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-content/themes/steam/comments.php on line 16
razy skomentowano
 
Odpowiedz na komentarz
Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

 

    Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

  • Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

    Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796
    anon1m
    23/07/2015 at 22:29

    dobra relacja! St. Vincent zagrała najlepszy koncert tegorocznego Open’era i miała trochę więcej czasu niż na Ostravie. Polecam moje kilka słów z festiwalu, który odbywał się w tym samym czasie co Ostrava: https://festivalovitch.wordpress.com/2015/07/22/jak-zrobic-idealne-wydarzenie-czyli-relacja-z-melt-festival/


    Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796
    Odpowiedz


Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Pozostaw odpowiedź 
Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796

Deprecated: Function get_magic_quotes_gpc() is deprecated in /home/yarpen92/domains/sounduniverse.pl/public_html/wp-includes/formatting.php on line 4796