Rubryki
0 razy skomentowano

Muzyka reżyserem horroru

Dodany przez | 04/10/2014
 

Jesień to czas melancholii przy gorącej herbacie, pora na swetry, płaszcze, spacery po ścieżkach z uschniętych liści oraz na… horrory. Jednak nie chodzi tylko o stan przerażenia makabrycznymi wizjami, a o przytłaczający, przyprawiający o dreszcz klimat. Jednak, czy budują go same obrazy?

Kiedy niebo przybiera stalowoszarą barwę, a nocne powietrze nasiąka przenikliwym chłodem, wielu z nas sięga po kino grozy. Może dlatego, że jesienne wieczory malują opustoszałe ulice, a powroty do domu o zmroku nabierają ponurego znaczenia. Ludzka wyobraźnia potrafi wtedy wykreować czyhające za rogiem zagrożenie, obezwładniające uczucie niepokoju, skłania do obracania się za siebie, przyspieszenia kroku. Opis ten nie brzmi zachęcająco, lecz w takiej atmosferze można odkryć wiele specyficznych barw. Gdzie szukać, aby je dostrzec? W muzyce.

Choć widok straszydła, czy drastycznych ran wydaje się wystarczająco odpychający to  jednak brakuje im napięcia. Powodują krótkotrwały impuls i ocierają się przez to o banał. To, co wywołuje nasz oczekiwany stan to niepewność. Nic nie buduje jej równie dobrze jak ścieżka dźwiękowa. Gdy mam ochotę na słodko-gorzką melancholię, sięgam po twórczość Akiry Yamaoki na potrzeby serii gier i filmu Silent Hill. Jego utwory przynależą w większości do nurtu trip-hopowego. Brzmią nieco jak podkłady autorstwa Portishead, tyle że zawierają w sobie pierwiastek przełomowych gier, są także jeszcze bardziej ponure, momentami unosi się nad nimi ciężka, przygnębiona chmura. Każdy ich dłuższy odsłuch przypomina przechadzkę po starej, zatęchłej piwnicy. Jednak, dominującym odczuciem nie jest, wbrew pozorom, niemy lęk, a raczej smutek, zamglona, krzycząca nostalgia oraz poczucie rozczarowania.

Taki bukiet emocjonalnych kolorów niewątpliwie wspiera i pogłębia fabułę wyżej wymienionego tytułu. Przyznam, że dzięki temu, poznałam ten rejon swojej wyobraźni, którego mi bardzo brakowało. Nawet nie pamiętam jak rozpoczęła się moja przygoda z Akirą i innymi, mrocznymi dźwiękami darkwave. Wydaje mi się, że tak jak ludzie szukają wrażeń, uprawiając sporty ekstremalne, jedzą dziwne rzeczy, idą na pierwszą lekcję tańca towarzyskiego – tak i w muzyce liczą na coś, czego jeszcze nie słyszeli, czegoś w innej kolorystyce. Wydaje mi się, że tak też było ze mną. Obracając się w szeroko pojętej muzyce elektronicznej, psychodelicznym shoegaze i innych mniej lub bardziej konwencjonalnych gatunkach, czułam od euforii po głęboki smutek. Ale dopiero muzyka rodem z horroru wzbudziła we mnie abstrakcję, obudziła paradoksalną anhedonię, uśmiech podczas odsłuchu zastąpiła wyrazem skupionego zobojętnienia. Stała się dla mnie swego rodzaju azylem, ostoją, miejscem, do którego zawsze zostanę przyjęta.

Każdy z nas jest oczywiście odmiennym bukietem. Komuś innemu może brakować  żonkili – jaskrawych, wiosennych, lecz ja na dzień dzisiejszy poprzestaję na swoich białych chryzantemach. Tańczę, więc z nimi w rytmach jesieni, w tej wyimaginowanej zatęchłej piwnicy, która jawi mi się jako mój groteskowy dom, do którego chcę zawsze wracać. A wcale nie chciałam się bać, bo prawdę mówiąc, nie znoszę horrorów.