Rubryki
0 razy skomentowano

Muzyczno-matematyczne dylematy

Dodany przez | 05/04/2015
 

Zdarzyło Wam się kiedyś żyć w przekonaniu, że słuchacie zespołu, który w rzeczywistości okazał się tak naprawdę solowym artystą z rozbudowanym pseudonimem artystycznym? Ile razy toczyliście pianę z ust, kiedy ktoś mylnie nazywał waszego ulubionego artystę zespołem?

Marina and The Diamonds, Anthony and The Johnsons, Elizabeth and The Catapult… Magia długiej nazwy najwyraźniej działa, chociaż nieraz wywołuje zamieszanie wśród potencjalnych fanów. Nie trzeba znać życiorysu każdego artysty, którego się słucha, więc nic dziwnego, że czasem mylimy jednoosobowy projekt z zespołem i vice versa. Dlaczego artyści przyjmują pseudonimy sceniczne świadczące o tym, że jest ich więcej lub mniej niż w rzeczywistości?

Niekiedy to zwyczajny zbieg okoliczności. Ot, z upływem czasu solowy projekt nabiera tempa i rośnie w siłę (a raczej w kadrę). Weźmy choćby Beirut, którego założyciel, Zach Condon, nagrał większość materiału do debiutanckiej płyty Gulag Orkestar samodzielnie, w zaciszu własnych czterech ścian. Zespół zaczął się tworzyć dopiero, kiedy muzyk wylądował w studiu nagraniowym i kiedy zrekrutował muzyków do występów na żywo. Jeszcze ciekawiej miała się rzecz z Foo Fighters, którego pierwsza płyta została praktycznie w całości nagrana przez perkusistę Nirvany, Dave’a Grohla, a dopiero tuż przed wydaniem płyty artysta dobrał sobie zespół.

O ile trudno przewidzieć, czy projekt rozrośnie się do rozmiarów zespołu czy pozostanie wyłącznie tworem solowym, czasem artyści zwyczajnie nie chcą czuć się samotni i wymyślają sobie towarzystwo. O ile ciekawiej brzmi długa nazwa, świadcząca o tym, że mamy do czynienia ze złożonym organizmem a nie tylko biednym, samotnym, solowym artystą. Czyż Marina and The Diamonds nie wzbudza większej ciekawości niż Marina Diamandis? Czy Elizabeth and The Catapult to zespół czy solowa wokalistka? Od razu człowiek ma ochotę poszperać w internecie, posłuchać muzyki lub pójść na koncert. Solowych artystek jest na pęczki, a zespołów, którym przewodzą kobiety nieco mniej. Wystarczy jednak odrobina zainteresowania, a łatwo dowiemy się, że The Diamonds to fani Mariny, zaś katapulta towarzysząca Elizabeth Ziman to perkusista Dan Molad i gitarzysta Pete Lalish.

Za każdym artystą stoi jakiś zespół, zaś granica między jednoosobowym a wieloosobowym projektem jest dość cienka. Jeśli zespół często się zmienia i jest utożsamiany z jedną osobą, która śpiewa i komponuje wszystkie piosenki sama, osoba ta zazwyczaj występuje jako samodzielny artysta ze wsparciem. Z drugiej strony, można by się godzinami kłócić czy Selena Gomez and The Scene zawdzięcza sukces bardziej Selenie czy formacji The Scene. Podobnie w przypadku Juliette Lewis and The Licks – zespół powstał bardziej na potrzeby wspierania muzycznych aspiracji aktorki niż jako z góry zaplanowany, jednolity twór. Czasem nie ma żadnych wątpliwości, szczególnie gdy wsparcie muzyczne zapewnia nowoczesna technologia, jak w przypadku Atom and His Package (Package to m.in. syntezator Adama „Atom” Gorena). W przypadku Florence and The Machine sprawa staje się bardziej skomplikowana, bo czy bez Isabelli Machine Summers zespół dalej cieszyłby się taką sławą? Przypadkowi fani zapewne kojarzą wyłącznie Florence, w końcu to ona jest twarzą zespołu. Osobiście, nie wydaje mi się, żebym była w stanie zauważyć ewentualny fakt zmiany składu Mumford and Sons, o ile nie podmieniliby samego Marcusa Mumforda. Chociaż, kto wie? Wraz z odejściem Petera Gabriela niektórzy przestali słuchać Genesis, zaś inni dopiero wtedy stali się fanami zespołu, któremu zaczął przewodzić Phil Collins. Z drugiej strony, kto by słuchał The Beatles wyłącznie w składzie: John Harrison i Ringo Starr?

Czy nazwa koniecznie musi odzwierciedlać liczebność zespołu? Byłabym hipokrytką, gdybym stwierdziła, że nazywanie Marina and The Diamonds zespołem nie wywołuje u mnie irytacji. Ktoś jednak musi grać na instrumentach, o ile artystka nie zamierza puścić muzyki w tle z playbacku. Czy to naprawdę niezbędne, aby za każdym razem być świadomym, że dany zespół to tak naprawdę artysta, zaś rzekomy artysta to tak naprawdę zespół? Świadomość, że Franz Ferdinand to zespół, zaś Final Fantasy to tylko Owen Pallett (i jego skrzypce) nie sprawi, że zacznę mniej lubić ich muzykę. Dlatego może czasem warto dyplomatycznie wybrnąć z dysputy nazywając Band In Box albo Owl City po prostu projektami muzycznymi?