Rubryki
0 razy skomentowano

Dylemat językowy

Dodany przez | 17/08/2014
Informacje
 
 

Pamiętacie czasy swojej podstawówki, kiedy nauczyciele z uporem wpajali wam do głów słynne cytaty narodowych wieszczy? Chociaż słowa Mikołaja Reja o języku polskim były nieraz przytaczane na lekcjach, to we współczesnych czasach nie znajdują swojego odbicia szczególnie w środowisku muzycznym.

Nie ulega wątpliwości, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają. Niestety nie chcą w nim śpiewać. Popularność języka angielskiego i popkultury sprawia, że wtargnął on nie tylko do sfery biznesu (trudno dziś o polskie odpowiedniki nazw stanowisk w korporacjach), ale również na dobre zagościł na muzycznym podwórku, wkradając się do tekstów piosenek polskich artystów.

Z jednej strony, to całkowicie naturalne zjawisko – jeśli artysta pragnie zaistnieć na międzynarodowym rynku, powinien docierać ze swoją muzyką do jak największej liczby słuchaczy. Polski automatycznie ogranicza zasięg kariery do terytorium naszego kraju.

Argumentem przemawiającym na rzecz śpiewania po angielsku, jest jego przyjemne dla ucha brzmienie. Może to bluźnierstwo z mojej strony, ale język polski nie należy do fonetycznie najpiękniejszych. Jest szeleszczący, z całą masą dziwnych, twardych dźwięków; angielski może i czasem brzmi jak rodem ze słynnej sceny na lotnisku w filmie Miś Stanisława Barei, ale trudno mu odmówić melodyjności. Przede wszystkim jednak, nie wymaga doskonałej dykcji (mam nadzieję, że nie uraziłam żadnego Anglika).

Słuchając piosenek w obcym języku, rzadko jestem w stanie zrozumieć sto procent słów – czy to ze względu na zbyt głośną warstwę instrumentalną lub niedoskonałą dykcję artysty. Przywiązuję ogromną wagę do jakości tekstu i właśnie dlatego, paradoksalnie, czasem lepiej nie zrozumieć kilku słów, aby móc docenić najpierw melodię lub, mniej poetycko, nie doznać szoku na tle estetycznym (np. przy fragmencie piosenki Winny: „ulokowałem gdzieś na giełdzie uczuć nas”).

Ktoś mógłby stwierdzić, że piosenki śpiewane po angielsku można ulokować o stopień wyżej w hierarchii muzycznych hitów. To dość ryzykowna, aczkolwiek nie bezpodstawna opinia. W końcu trzeba całkiem nieźle opanować angielski, aby śpiewać i pisać teksty w tym języku, co wymaga odrobiny wysiłku i determinacji – mam tu na myśli artystów z krajów nieanglojęzycznych. Z drugiej strony, I’m Too Sexy Right Said Fred można by również napisać ze słownikiem w ręku, ale przyjmijmy, że wyjątek potwierdza regułę.

Jakość wykonania utworu po angielsku jest czasem tak dobra, że trudno się zorientować, czy ma się do czynienia z polskim czy zagranicznym artystą. Dobrym przykładem polskiego zespołu, który tworzy genialne teksty po angielsku, jest Tune. Chłopaki z Łodzi używają niekiedy tak wysublimowanych słów, że podstawowa znajomość angielskiego raczej nie wystarczy do zrozumienia tekstów. Ale jest tego plus – słuchając ich piosenek, można się jednocześnie czegoś nauczyć.

Również Julia Marcell, Riverside czy Sorry Boys tworzą muzykę i teksty na światowym poziomie. Sama kiedyś miałam przyjemność pójść na koncert supportowany przez zespół Kamp!. Dopóki artyści nie odezwali się do publiczności między jednym utworem a drugim, byłam święcie przekonana, że pochodzą z zagranicy (podobnie miałam, słuchając płyty Kari Amirian). Tak bardzo przyzwyczaiłam się do angielskich tekstów niektórych artystów, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie ich piosenek w polskim wydaniu. Doszło do tego, że jak usłyszałam polską piosenkę Sorry Boys Zimna Wojna, brzmiała ona dla mnie dość dziwacznie.

Niezależnie od tego, czy artysta śpiewa w języku ojczystym czy obcym, najważniejsze, aby zachował konsekwencję w wyborze. Nie wiem, czy pisząc Rolowanie Natasza Urbańska miała zamiar stworzyć pastisz gatunku, czy potraktowała temat całkiem serio. Z pewnością tekst „dziany, że ho ho/oldschoolowy Joe/obcy come along/nie rób tragedian” będzie trudny do odszyfrowania zarówno dla rodowitych Anglików jak i Polaków. Chyba, że artystka zamierzała pójść śladami Ludwika Zamenhofa i stworzyć nowe esperanto.

Kiepski tekst nie obroni się nawet, jeśli zostanie napisany po angielsku. Może czasem warto pójść w ślady Myslovitz i po odniesieniu sukcesu w Polsce, spróbować szczęścia za granicą. Z drugiej strony, kto powiedział, że w muzyce tekst jest najważniejszy? Niestety, coraz częściej schodzi on na drugi plan na rzecz dobrej promocji…