Rubryki
0 razy skomentowano

Dni Sztuki Współczesnej (24-28.05.17)

Dodany przez | 30/05/2017
 

Obszerna relacja z muzycznej części 32. Dni Sztuki Współczesnej w Białymstoku. 

Po ogłoszeniu całego programu festiwalu można się było spodziewać nietypowego, jak na białostocką imprezę, deficytu muzyki. Jedynym zapowiedzianym koncertem w czystej formie był występ Kristen i Kobiety z wydm. Jak się jednak okazało, właśnie muzyka odgrywała bardzo istotną rolę w niemal wszystkich festiwalowych przedsięwzięciach.

Co prawda niestosowne byłoby włożenie instalacji Emitera (Marcina Dymitera, znanego z duetu Mapa czy z legendarnego zespołu Ewa Braun) wyłącznie do worka z napisem „muzyka”, ale sam autor wielokrotnie podkreślał, że w tym akurat projekcie dużą rolę odgrywa sfera audio. Nie muzyka w rozumieniu koncertowym, ale field recording i lekki ambient, odpowiednio rozmieszczone dźwięki i ich strzępy. One właśnie tworzyły tytułowe Terytorium snu. Całość polegała na lekkim zmodyfikowaniu wnętrza opuszczonej szkoły żydowskiej, tak, aby wpływało ono na percepcję zwiedzającego, aby dzięki temu poszukiwał coraz to nowych doznań. Zwieńczeniem tej podróży była wyświetlana na górze projekcja, będąca syntezą dźwięku, obrazu i słowa. Wszystko to zmuszało do rozmyślań – na temat snu, pamięci, zła i wojny. Otwierało na bodźce, które nawet w niezamierzony sposób oddziaływały na odbiorcę. Po wyjściu z budynku Tarbutu można było poczuć spełnienie, bliżej nieokreślone, nie dające się ubrać w słowa, ale w pełni świadome. A z Emiterem, tylko już w innym wydaniu, będzie się można spotkać na OFF Festivalu.

Piątek stał koncertami i to opartymi na jednej zasadniczej cesze wspólnej – repetytywności. Dakh Daughters wywierały pozytywne wrażenie głównie dzięki temu, że, mimo zapowiadanej burleski i kabaretu, zaprezentowały regularny koncert. Sporo było w nim co prawda gry formą, nawet podczas używania instrumentów, nie brakowało też gestów i melorecytacji, jednak to dźwięki wychodziły na pierwszy plan. „Córki” bardzo umiejętnie cytowały przeróżne gatunki muzyczne, od folku, przez post-punk, aż po reggae. Wszystko to było zawarte w czymś, co można by określić mianem progresywnej muzyki ludowej. Utwory rozwijały się powoli, często wychodząc od powtarzanych pojedynczych dźwięków, aby osiągnąć swoje apogeum przy współbrzmieniu kontrabasu, wiolonczeli, klawiszy, bębnów i gitary, w dodatku przy całkowitej harmonii wokalnej. Warto było zobaczyć ten zespół w akcji (w dodatku na koncercie finałowym europejskiej trasy), chociażby przy tak energetycznym utworze jak Rozy / Donbass.

Jeden z pierwszych występów solowego projektu Króla odbył się trzy lata temu podczas Dni Sztuki Współczesnej w Białymstoku. Aby tradycji stało się zadość, artysta pojawił się podczas tej samej imprezy ze swoim nowym dzieckiem – triem Kobieta z Wydm. Tutaj Błażej był wspierany przez żonę i Mateusza Rychlickiego z Kristen. Występ nie zależał do spektakularnych, ale przyciągał uwagę, szczególnie enigmatycznymi zwrotami wypowiadanymi przez Króla i wprowadzającymi publiczność w konsternację. Zaskakująco dobrze wypadł utwór Strasz mnie – studyjnie irytujący, koncertowo absorbujący, szczególnie noisowymi zabawami z gitarą w trakcie. Bardzo podobnie do solowych dokonań artysty wybrzmiał Ciemny rumień, natomiast A co jeśli wprost nawiązywało brzmieniowo do surowości Nielota. W pamięć zapadało również Urwisko, z zapętlaną tekstową frazą, oraz Wyblakniesz, jeden z lepszy utworów na Bental. Błędem byłoby powiedzenie, że ten album dopiero na żywo brzmi wyraziście, bo akurat miałkości nie można studyjnej wersji zarzucić. Płyta w koncertowym wykonaniu brzmi po prostu inaczej, można nawet posunąć się do stwierdzenia, że nieco lepiej. Mimo wszystko tęsknoty za Nielotem całkowicie nie wypełnia.

Kristen mają na karku 20 lat doświadczenia i wychodzi na to, że właśnie ono potrafi czynić cuda. Ich występ, trwający ponad godzinę, dostarczył brzmienia muzyki gitarowej z jej wszystkich zakątków – od post-rocka, przez noise, math-rock, rock eksperymentalny, ocierając się nawet o krautrock. Nadająca utworom porządku perkusja, galopujące gitary i pojawiający się czasem wokal Michała Bieli – wszystko oparte na powtarzalności, utrzymywaniu pewnej melodycznej linii i rozwijaniu jej, w dodatku w bardzo zróżnicowany sposób. W punktach kulminacyjnych gitary wchodziły w bardzo finezyjny noise, nie powodujący ogłuszenia i w pewnych ramach uporządkowany, bogaty jednak w specyficzne odgłosy. Koncert zaczął się od 2 A.M., przez świetne Hold Me, aż po utwory z zeszłorocznego albumu LAS, zakończone dedykacją  – utworem tytułowym odegranym dla dwóch zmarłych podczas służby białostockich strażaków. Mroczny LAS, z tajemniczym tekstem, pasował do tej smutnej chwili, a rozedrgane outro nienagannie zakończyło występ. Niestety, zabrakło bisu, ale mimo tego nie można odmówić koncertowi wyjątkowości i ogromnej siły rażenia, osiągniętej nie za pomocą natężenia hałasu, bo występ był stosunkowo cichy, ale dzięki bardzo umiejętnemu żonglowaniu dźwiękami, które ciekawiły i wprowadzały w stan niezaspokojenia. Katowanie gitar dawno nie było tak przyjemne dla ucha.

Niedzielne przedstawienia stały pod znakiem muzyki. Matka Gyubala Wahazara, czyli spektakl zapowiadany jako muzyczny, bardziej niż dźwiękami ujmował fenomenalną grą aktorską duetu Małgorzata Wojciechowska / Marcin Kalisz. Przeciwne charaktery kreowanych przez nich postaci skutkowały burzą na scenie. Scena kameralna pozwoliła też na dużą interakcję z widzem, czasem niemal dezorientującą, ale dzięki temu ciekawą. Obecność śpiewu operowego i melorecytacji była okazjonalna, jednak wystarczająco istotna, by rzeczywiście móc spektaklowi przykleić łatkę „muzyczny”. Pełne humoru przedstawienie poruszało również istotne uniwersalne tematy, jak wychowanie dzieci, relacje matki z synem czy konieczność odcięcia rodzicielskiej pępowiny.

Teatr Pieśń Kozła zaprezentował spektakl Portrety wiśniowego sadu, oparty na dramacie Antoniego Czechowa. Oryginalnie Wiśniowy sad rosyjskiego autora miał być komedią, czego jednak nie podchwycili reżyserzy, czyniąc dzieło melodramatem. W podobnej konwencji zostało utrzymane przedstawienie Teatru Pieśń Kozła. Eksplorujący głównie trzeci akt oryginalnego dramatu spektakl zupełnie jednak przebudował wymowę oryginału. Tematykę degradacji rosyjskiej szlachty zastąpiło rozważanie na temat raju utraconego. Melancholijne pieśni, śpiewane przy stosunkowo statycznej (ale pełnej emocji) grze aktorskiej, w dodatku przy akompaniamencie żywych instrumentów, powodowały smutek i zachęcały do osobistych rozważań. Nad indywidualnym końcem świata, nad grupowym nieszczęściem i nad tym, w jaki sposób można się na nie przygotować. Albo jak nie przygotowywać się wcale, oddając się epikurejskiej radości chwili.

Jeżeli skupić się tylko na muzycznym aspekcie tegorocznych Dni Sztuki Współczesnej, okazuje się, że impreza pomaga znacznie poszerzyć horyzonty. Pokazała mianowicie, jak wielką rolę odgrywa muzyka w innych dziedzinach sztuki. Festiwal przekonał również o tym, że jest ona w stanie wpływać na wszystkie zmysły i nakłaniać do przemyśleń, trwających jeszcze długo po zakończeniu oglądanych widowisk.

Kristen (fot. Katarzyna Mijalska)