Rubryki
0 razy skomentowano

Destination Eurovision (7.05.17)

Dodany przez | 08/05/2017
 

Równo tydzień temu rozpoczął się długo oczekiwany przez fanów Eurowizji moment, czyli pierwsze próby odbywająca się na scenie gospodarza tegorocznej edycji. Dzisiaj dotarliśmy do punktu, w którym ta ekscytująca część naszego pobytu powolutku chyliła się ku końcowi. Na scenę weszły po raz ostatni państwa „wielkiej piątki” oraz gospodarz – Ukraina.

Występy Ukrainy i Włoch nie miałem okazji obejrzeć choćby na sekundkę, gdyż w tym samym czasie miałem przyjemność przeprowadzić wywiad z Martiną Bartrą w hotelu oddalonym od centrum prasowego o dobre 20 minut. Jednak z wszelkich relacji wynikało, że w przypadku występu gospodarzy nie za wiele się zmieniło i występ dalej zapowiada się na mocno średnie wokalnie i wizualnie show. Francesco natomiast miał zadbać o parę dodatkowych detali, jak synchronizacja tańca z przejściami kamery – co znowu kroczek po kroczku cementuje jego miejsce na szczycie eurowizyjnych rankingów. Z powodu postawienia na konferencje prasowe nie obserwowałem też z hali kolejnych podejść Manela z Hiszpanii, ale trudno mi uwierzyć, iż ta dramatycznie prosta i momentami wręcz idiotyczna propozycja nabrała dodatkowej głębi, która pozwoliłaby mi się rozkoszować tym, co będzie nam zaprezentowane. Pozostając przy występach, nagrałem specjalnie dla Was po próbie Wielkiej Brytanii oraz Francji, a z telebimu obserwowałem Niemcy. Wszystkie trzy wymienione kraje i wszystkie trzy artystki, które je reprezentują, pokazały klasę. Jedynie Alma delikatnie oszczędzała swoje struny głosowe, ale nie przeszkodziło to zaprezentować się jej tak samo dobrze jak jej koleżankom. Wizualizacje Paryża robią świetne wrażenie i ta prezentacja ma w sobie ogromną klasę, której nie można nie docenić. Levina trzyma się swojego założonego planu, występ jest prosty, estetyczny i na stałym dobrym poziomie wokalnym. Może być tak, że ta Pani jeszcze zaskoczy! Lucy Jones wyrasta zaś na najlepszą wokalnie artystkę, z najbardziej dopracowaną prezentacją, którą wysyła na Eurowizję ten kraj od blisko 25 lat. Wszystko koresponduje ze sobą znakomicie, a dodane efekty pirotechniczne przy ostatnim wejściu w refren zmiotły mnie z nóg.

Za udane można też potraktować konferencje prasowe, gdzie TOP 5 losował swoje ułożenie podczas sobotniego finału. Wszyscy poza Francesco wylosowali pozycje w drugiej części finału, co powinno być dobre dla show – bo z tak znakomitą propozycją Gabbani poradzi sobie z każdego miejsca, a reszcie tych krajów późniejszy występ może dać ogromne kopa i lepsze zdobycze punktowe.

Jednak najważniejszy momentem dnia był czerwony dywan, który zorganizowany był naprzeciw Pałacu Maryńskiego. Był to historyczny pochód Eurowizyjnych artystów, ponieważ nigdy wcześniej owa ścieżka do pokonania nie była tak długa. Jej wymiary w tym roku osiągnęły 268 metrów, a to nie był koniec wędrówki, ponieważ każdy artysta na pięknie zlokalizowanym placu puszczał w niebo flagę swojego kraju przyczepioną do dwóch balonów imitujących wyglądem tegoroczne kulki które możecie odnaleźć na wielu tegorocznych materiałach promujących ESC, czy w tle mojego fanpage’a Destination Eurovision. Wrażenie robiły też piękne rzuty kamery z góry, na których w perfekcyjnie słoneczny dzień widać było ogrom zebranych ludzi oraz najróżniejsze detale przygotowane na miejscu przez organizatorów. Zawiedli za to prowadzący, którzy swoimi dosyć mało błyskotliwymi dialogami z wchodzącymi na dywan artystami budzili raczej zażenowanie, niż zachwyt. Na początku ogromny problem organizatorom sprawiało puszczanie w tle odpowiedniej piosenki do odpowiedniego artysty. Dzięki temu City Lights usłyszeliśmy blisko cztery razy. Pomijając jednak te aspekty, można śmiało powiedzieć, iż samo wydarzenie było znakomite. Artyści przechodzili w kolejności alfabetycznej, koło mediów ułożonych od pierwszego do drugiego półfinału. Polski kącik był ułożony w tym roku na tyle dobrze, że udało się nam zebrać materiały, autografy i zdjęcia wielu osób. Zdarzały się jednak też przypadki państw, które ewidentnie przemknęły koło nas bez słowa lub ograniczając się do machnięcia ręką lub innych dosyć mało mówiących gestów. Do tego grona należała: Armenia, Norwegia czy Mołdawia. Był też Azerbejdżan z którego reprezentantką Dihaj odbyłem bardzo dziwną krótką rozmowę, do której sama zainteresowana mnie poganiała – jednak nie miałem w planach żadnej interakcji, stąd uciąłem tę dziwną sytuację dosyć szybko. Pomijając jednak te przypadki, byliśmy też świadkami wielu pozytywnie zaskakujących momentów. Wiele Pań poza niebywała urodą, zaprezentowało wielkie serca i cudowne charaktery (Jana z Macedonii, OG3N3 z Holandii czy Lindita z Albanii), po raz pierwszy na żywo mieliśmy okazję ujrzeć Salvadora Sobrala, a wielu moich kolegów mogło spotkać się ze starymi znajomymi, co w przypadku Szymona Stellmaszyka zakończyło się nawet pięknie odbitym śladem szminki na policzku.

Po trzech godzinach, czyli koło 20, byliśmy już wolni. Część osób udała się do Euro Clubu na imprezę otwarcia właściwej części Eurowizji, a część do hoteli. Byłem w tej drugiej grupce, aby móc zregenerować siły na kolejny dzień – dalej pełen pracy (bo pobyt do 1 rano można traktować w tym wymiarze), ale już o bardziej zrównoważonym tempie następowania po sobie różnych wydarzeń.