Rubryki
4 razy skomentowano

Współczesny fan a kolekcjoner relikwii

Dodany przez | 31/07/2013
Informacje
 
 

Znacie taką piosenkę What if God was one of us? Wiele osób bez wahania zastąpiłoby słowo God pseudonimem swojego ulubionego artysty. Muzyki się nie słucha, muzykę się wyznaje, a najważniejszym jej elementem stają się niestety nie dźwięk i tekst, tylko relikwie – autografy, zdjęcia i przedmioty należące do artystów.

Niecały rok temu, po akustycznym koncercie Patricka Wolfa w Warszawie, moja koleżanka miała to szczęście dorwać setlistę, czyli spis granych utworów. Nie byle jaką, bo zapisaną odręcznym pismem artysty, a nie zadrukowaną, jak to zwykle bywa. Tuż po tym, kiedy pochwaliła się przed nami swoją zdobyczą, podeszła do niej dziewczyna i zaproponowała, że odkupi kartkę za 40 złotych. Jako postronnemu obserwatorowi, wydawało mi się to dość niezrozumiałe – sama w życiu nie wpadłabym na taki pomysł, bo uważam to za zwyczajną stratę pieniędzy. Jednak, kiedy spróbowałam sobie wyobrazić, co bym zrobiła na miejscu mojej koleżanki, posiadaczki owej setlisty… No właśnie, zachowałabym się tak samo. Odmówiłabym sprzedaży zabazgranego, pozornie bezwartościowego świstka papieru.

Miłość, jaką fani darzą danego artystę jest całkiem zrozumiała, ale przejawia się ona nie tylko w odsłuchiwaniu jego płyt 24/7, uczeniu się na pamięć tekstów wszystkich piosenek, zgłębianiu jego życiorysu czy zwiedzaniu świata szlakiem jego trasy koncertowej. Fanowska miłość potrafi przybrać formę prawdziwej obsesji, gdzie muzycy to bogowie, a przedmioty, których używają to relikwie. Artyści urastają do rangi świętych – tam, gdzie postawią stopę wyrastają kwiaty lub stają pomniki, a każdy fan marzy o tym, aby podczas koncertu dotknąć ręki lub chociażby czubka buta danego artysty, jakby ten dotyk miał fana co najmniej uleczyć. Potem, najlepiej przez kolejny tydzień powstrzymać się od mycia ręki, która dosięgnęła tej świętości.

Oczywiście wyolbrzymiam problem, bo przecież każdy ma swój rozum i wie, że artyści to tacy sami ludzie z krwi i kości jak ja czy ty. Jednak przez pryzmat szklanego ekranu czy z odległości kilkuset metrów, kiedy stoją na wielkiej scenie, wydają się równie nierealni co prezydent czy papież. Dlatego przedmioty, z którymi mieli styczność, natychmiast lądują na aukcjach i osiągają niebotyczne ceny. Zepsuty ząb Johna Lennona został wylicytowany za 31 tysięcy dolarów (przez dentystę, nomen omen). W 2010 roku wystawiono na sprzedaż pukiel włosów Elvisa Presleya, z ceną wywoławczą 20 tysięcy dolarów, ale podobno wykupiono go za trzykrotnie wyższą. Z domowego podwórka: niedawno na allegro ktoś wystawił na sprzedaż powietrze, którym oddychał w Polsce Justin Bieber. Nie wiem, czy oferta jest jeszcze aktualna, ale gdyby Bieber po każdym koncercie sprzedawał taki woreczek, dorobiłby się fortuny większej od Billa Gatesa. Niby nic oryginalnego – w Portugalii od dawna sprzedają w słoiczkach lecznicze powietrze z sanatorium w Guardzie (jedyne 5 euro za sztukę), a w Wielkiej Brytanii można nawet dokonać wyboru, między kupnem powietrza z lasów, ogrodów lub znad jezior. Czy aby na pewno nie przekraczamy w tym momencie granicy absurdu? Gdzie leży granica między byciem fanem a psychofanem? Czy ktoś, kto posiada całe uzębienie Lennona lub szczoteczkę do zębów, której używał McCartney jest większym fanem od osoby, która idzie na koncert po prostu dobrze się bawić przy swojej ulubionej muzyce?

Nie wiem, czy to my wyolbrzymiamy artystów do rangi bogów, czy robią to za nas media. Według mnie to błędne koło, samonakręcający się mechanizm, ale skoro jest popyt na atrybuty naszych bogów, jest i podaż. Jedno jest pewne – żyjemy w materialnym świecie, gdzie wspomnienia straciły na wartości, jeśli nie mamy dowodów na ich poparcie. Kiedyś na koncertach ludzie się bawili, dziś wyciągają telefony i oglądają cały występ na małym ekraniku. I nie chodzi mi tutaj o zrobienie kilku zdjęć na pamiątkę, żeby móc z radością wspominać z przyjaciółmi. Chodzi o to, żeby pochwalić się, że tam byliśmy, dotknęliśmy go, złapaliśmy kostkę od gitary i wymiętą, wydrukowaną z komputera setlistę. Potem tą kostkę można oprawić i powiesić nad łóżkiem. Nie potępiam tego, sama miewam takie skłonności – jeśli mam okazję wziąć autograf, biorę, gdy mogę zrobić sobie z artystą zdjęcie, wyjmuję aparat i proszę go o zgodę na nie. Ale nie robię mu zdjęć po kryjomu, gdy zauważę go w supermarkecie, nie krzyczę na koncertach z całej siły, żeby go zagłuszyć nieartykułowanymi dźwiękami lub zwykłym piskiem, tylko śpiewam razem z nim. Na piski jest czas między piosenkami, jako forma okazania mu swojej radości z tego, że tu jest. Fanki The Beatles nie potrafiły się powstrzymać na te kilka minut, gdy chłopcy śpiewali, i zespół był zmuszony do zrezygnowania z kariery. Miał rację, bo po co śpiewać, skoro nikt cię nie słucha?

Czy jeszcze komuś chodzi o muzykę, czy zdobywanie trofeów? Każdy chce mieć kalendarz czy t-shirt z ulubionym artystą, w porządku, ale nie popadajmy w paranoję i nie módlmy się wieczorami do obrazka świętej Lady Gagi czy Michaela Jacksona. Najprostszą i zarazem najlepszą formą okazywania czci artyście, jest wsłuchiwanie się w jego muzykę, analiza tekstów i kupowanie biletów na koncerty (jeśli nas na to stać). Autografy, zdjęcia, rekwizyty to wisienki na torcie, a nie cel naszego życia.

Byłabym hipokrytką, gdybym napisała, że te relikwie nie robią na mnie wrażenia. Marzę o zdjęciu z ulubionym wokalistą czy autografie mojej idolki muzycznej, ale przede wszystkim najbardziej cenię sobie moment spotkania z artystą, te kilka sekund, w czasie których możesz rzucić krótkie pytanie lub spostrzeżenie na temat jego muzyki. Wtedy artysta staje się nagle zwykłym człowiekiem. Kilka godzin później włączasz koncertowe DVD i znów widzisz na ekranie boga.

W większości religii, modlitwa jest dużo ważniejsza niż trzymanie relikwii świętych. Podobnie ma się sprawa z naszymi muzycznymi bogami. Żyjemy w materialnym świecie, jak śpiewała Madonna, dlatego często wolimy mieć (filmik, autograf, relikwię) niż być (na koncercie). A przecież w muzyce chodzi o słuchanie, prawda?