Recenzje
0 razy skomentowano

The Breeze: An Appreciation Of JJ Cale

Dodany przez | 27/08/2014
Informacje
 
Gł. Gatunek
Dod. Gatunki
Wykonawcy Uczestniczący

Eric Clapton / Tom Petty / Mark Knopfler / John Mayer / Willie Nelson / Don White / Reggie Young / Derek Trucks / Albert Lee / David Lindley / Don Preston / Christine Lakeland / Mike Campbell / Doyle Bramhall II / Greg Leisz / Jimmy Markham / Mickey Raphael / Michelle John / Sharon White / James Cruce / Jim Karstein / Jamie Oldaker / David Teegarden / Satnam Ramgotra / Simon Climie / Nathan East / Jim Keltner

Kompozytorzy / Producenci

Eric Clapton / Simon Climie.

Wytwórnia

Universal Music Polska

Data Wydania

29/07/2014

Tracklista
 

1. Call Me the Breeze (3:07)
2. Rock and Roll Records (2:19)
3. Someday (3:48)
4. Lies (3:07)
5. Sensitive Kind (5:17)
6. Cajun Moon (2:28)
7. Magnolia (3:42)
8. I Got the Same Old Blues (3:03)
9. Songbird (2:56)
10. Since You Said Goodbye (3:01)
11. I'll Be There (If You Ever Want Me) (2:37)
12. The Old Man and Me (2:56)
13. Train to Nowhere (4:51)
14. Starbound (2:03 )
15. Don't Wait (2:47)
16. Crying Eyes (3:31)

 

Tego można było się spodziewać po Claptonie. Dobra, melodyjna płyta, przepełniona subtelnymi solówkami gitarowymi. The Breeze to album dla smakoszy rockowo-bluesowych brzmień. Clapton w ten sposób oddał hołd swojemu nauczycielowi – JJ Cale’owi. Eric często grał piosenki Cale’a, chociażby After Midnight czy Cocaine, dzięki czemu je rozsławił. Panowie połączyli swoje siły podczas nagrywania krążka Road To Escondido w 2006 r. JJ Cale zmarł w ubiegłym roku.

Trzeba przyznać, że Clapton ma świetnych kumpli i niejeden muzyk pozazdrościłby mu takiej świty. Na albumie bowiem słyszymy frontmana Dire Straits – Marka Knopflera, Johna Mayera, świetnego Toma Petty’ego czy Dona White’a. Doborowe towarzystwo, świetny materiał i kawał serca włożony w produkcję płyty – to recepta na wspaniały krążek. Płyta świetnie oddaje ducha muzyki JJ Cale’a, a większość aranżacji pozostawiono bez większych zmian w porównaniu z oryginałami. Wszystkie kompozycje sprawiają wrażenie idealnie dopracowanych. Płyta jest elegancka, przy czym nie razi jakąś „sztywnością”, wręcz przeciwnie. Już od pierwszych dźwięków czuć luz i swobodę. Fajnie kołyszące dźwięki z ciągle przeplatającymi się solówkami i wtrąceniami gitary. Muzycy wykonali kawał dobrej roboty przy tym albumie. Myślę, że jest to hołd godny mistrza JJ Cale’a.

Już pierwszy singiel, Call Me The Breeze, zabiera nas w przejażdżkę po Dzikim Zachodzie – z tym właśnie kojarzą mi się te dźwięki, nieco nawiązujące do wyluzowanego country. Piosenka świetnie kołysze i wprawia w nonszalancki nastrój. Kolejna kompozycja, Rock And Roll Records, swoim charakterem przypomina nieco Cocaine. Utwór jest zdecydowanie bardziej rockowy od Call Me The Breeze, jednak nie jest pozbawiony luzu i zadziorności.

W Someday od razu można rozpoznać charakterystyczny, chrypliwy głos Marka Knopflera. Powracamy na Dziki Zachód, ale o zachodzie słońca. W tle cicho słychać harmonijkę, nadającą niepowtarzalnego charakteru tej piosence. Natomiast Johna Mayera możemy podziwiać w Lies, przy którym nie sposób powstrzymać się od drygania nogą. Sensitive Kind to nieźle bujający blues, przy którym ma się grzeszne myśli. Jest to jedna z lirycznych odsłon tego krążka. Również Magnolia, gdzie słyszymy przyjemny wokal Johna Mayera, to ładny, romantyczny kawałek.

Album The Breeze jawnie romansuje z folkiem i country. Jeżeli lubicie te gatunki muzyczne, to piosenka Songbird jest jak najbardziej dla Was. Znowu mamy zachód słońca, kowboi, harmonijkę i countrowy wokal Willie Nelsona. Natomiast jednym ze żwawszych kawałków w stylu country jest I’ll Be There (If You Ever Want Me) – utwór skoczny i melodyjny.

Na tle tych ciekawych piosenek trochę monotonnie wypada piosenka Train To Nowhere, gdzie słyszymy Marka Knopflera i Dona White’a, aczkolwiek trzeba przyznać, że muzycy dosyć dobrze oddali jednostajność, z jaką porusza się pociąg. Wart polecenia jest za to utwór Don’t Wait, który jest dobrym rockowym kawałkiem z zadziornym riffem gitarowym. Ostatnią kompozycją na płycie jest bardzo spokojne i kołyszące Crying Eyes z żoną JJ Cale’a – Christine Lakeland i Derekiem Trucksem. W tej piosence solówka gitarowa w środku piosenki dosłownie brzmi, jakby ktoś śpiewał. Coś niesamowitego.

Eric Clapton i jego przyjaciele spisali się na medal. Pokazali, że muzyka się nie starzeje i utwory JJ Cale’a mogą nadal zachwycać. Choć na The Breeze nie mamy niczego innowacyjnego, płyta zachwyca swoją lekkością, melodyjnymi solówkami gitarowymi i jakimś luzem. Czuć, że muzykom granie piosenek Cale’a sprawiło dużo przyjemności. Nic więc dziwnego, że powstała dobra, rockowa płyta.

Plusy

- Melodyjna płyta przepełniona subtelnymi solówkami gitarowymi
- Rockowo-bluesowe wysmakowane brzmienia
- Doborowe towarzystwo muzyków
- Fajnie kołyszące dźwięki z ciągle przeplatającymi się solówkami i wtrąceniami gitary

Minusy

- Aranżacje pozostawiono bez większych zmian w porównaniu z oryginałami, nie ma niczego innowacyjnego
- Monotonna piosenka Train To Nowhere

Ocena recenzenta
Nota
9.1

Przewiń
Ocena czytelników
Twoja nota

Ocena została już oddana