Recenzje
0 razy skomentowano

Royal Blood

Dodany przez | 03/09/2014
Informacje
 
Gł. Gatunek
Dod. Gatunki
Wykonawcy Uczestniczący

Mike Kerr / Ben Thatcher

Kompozytorzy / Producenci

Tom Dalgety / Mike Kerr / Ben Thatcher

Wytwórnia

Warner Bros. Records

Data Wydania

25/08/2014

Tracklista
 

1. Out Of The Black (4:00)
2. Come On Over (2:51)
3. Figure It Out (3:04)
4. You Can Be So Cruel (2:44)
5. Blood Hands (3:07)
6. Little Monster (3:32)
7. Loose Change (2:35)
8. Careless (3:21)
9. Ten Tonne Skeleton (3:07)
10. Better Strangers (4:12)

 

Niezwykle trudno wystawiać notę za album, który niespodziewanie przyprawia o zawrót głowy i to większy, niż wypada się do tego przyznać, a faza zauroczenia i podekscytowania trwa w najlepsze. Pierwsze miejsce w notowaniu The UK Albums Chart i rekordowa sprzedaż debiutanckiego krążka Royal Blood nie pozostawiają złudzeń, że nie tylko ja dałam się porwać panom z Brighton. Sprawcy całego zamieszania, Mike Kerr i Ben Thatcher, z impetem wdarli się na światową scenę rockową, a ich imienny longplay osiągnął właśnie na Wyspach Brytyjskich status najszybciej sprzedającego się debiutanckiego albumu brytyjskiej kapeli rockowej od 2011 roku.

Tym razem za całym rozgłosem wokół Royal Blood nie stoi misterna machina marketingowa. Formacja zyskała szacunek wśród naczelnych przedstawicieli rockowego środowiska jeszcze na długo przed burzą rozpętaną przez brytyjskie media. W całej sprawie maczał palce sam Matt Helders, perkusista Arctic Monkeys, paradując w koszulce podarowanej przez chłopaków podczas koncertu na ubiegłorocznej edycji festiwalu Glastonbury. Zaledwie rok po założeniu kapeli kariera błyskawicznie nabrała wymarzonego rozpędu. Wspólna trasa z Arctic Monkeys, w tym występy na dwóch gigantycznych koncertach w londyńskim Finsbury Park i okupacja scen największych renomowanych festiwali, pozwoliła podbić liczne serca fanów mocniejszego grania i narobić apetytu na więcej. Na własnej skórze trzykrotnie odczułam, jak trudno oprzeć się temu szaleństwu, gdy pod wpływem dźwięków traci się grunt pod nogami, i to dosłownie – o czym można się było przekonać, meldując się pod Alter Stage na tegorocznym Open’erze.

Wprawdzie czekanie wzmaga apetyt, ale wilczy głód fanów, którzy ostrzyli sobie zęby na ten krążek już od początku roku, sięgał zenitu. Nagrywając soundcheck w Finsbury Park, niemal wisząc na ogrodzeniu, które jeszcze przez kilka godzin dzieliło mnie od barierek pod sceną, zastanawiałam się, czy uda im się ujarzmić tę moc i zamknąć w ramach studyjnych nagrań. A mowa o energii, która podczas koncertu roznosi w pył parkiet, a szef ochrony musi rozpaczliwie wzywać posiłki, by rozszalały tłum nie wymknął się spod kontroli.

O co tyle hałasu? Mike Kerr i Ben Thatcher zaserwowali dziesięć pełnokrwistych, rockowych numerów, które dosłownie pożera się na raz w całości. Już od samego początku panowie wyłożyli kawę na ławę – jest głośno i porywająco, i tak pozostaje aż do ostatnich dźwięków. W piekielnie energetycznym, otwierającym całość, noise’owym kawałku Out Of The Black Kerr zręcznie operuje głosem od szeptu do krzyku, a w Figure It Out stonerowane riffy i nieprzewidywalne zmiany tempa dosłownie urywają głowę. Szansa na złapanie oddechu nadarza się dopiero tuż po po skocznym You Can Be So Cruel przy utrzymanym w bluesowej stylistyce utworze Blood Hands, którego nie powstydziłby się zapewne sam Jack White. Podniebienia smakoszy bluesowych dźwięków powinny zadowolić również takie kawałki, jak Careless i Better Strangers. Skojarzeń z dorobkiem naczelnych ambasadorów gatunku (The White Stripes, Queens Of The Stone Age) nasuwa się znacznie więcej za sprawą licznych riffów nawiązujących do klasyki i odwołań do rockowej tradycji, bez przesadnego kombinowania. To tylko potwierdza zapewnienia członków formacji, że nie przyświecała im idea zbawiania rock and rolla.

Wszystkie kompozycje rozpisano jedynie na gitarę basową i perkusję, które idą ze sobą łeb w łeb i chwytają za ucho dźwiękami o różnych rejestrach. Tu na szczególną uwagę zasługuje faworyt w tej kategorii, obok Loose Change mój osobisty brylant na tym krążku – „zacinający się” Ten Tonne Skeleton. Takich porywających smaczków czai się na Royal Blood znacznie więcej, co sprawia, że materiał zaskakuje na każdym kroku, mimo że nie wnosi nic rewolucyjnego do gatunku, a autor tekstów nie wspiął się na poetyckie wyżyny.

Sukces debiutu Royal Blood to kolejny przykład na to, że rock nie potrzebuje ocalenia i jak widać – ma się całkiem dobrze. Każde wprawne ucho z łatwością wyłapie, że nonszalancja i swoboda grania nie ma tutaj nic wspólnego z bezsensownym, niechlujnym „łojeniem”. W ostateczności, cytując jednego z blogerów: „pamiętajcie, że między szóstą a dwudziestą drugą sąsiedzi mogą Wam skoczyć”.

Ocena recenzenta
Nota
8.5

Przewiń
Ocena czytelników
Twoja nota
9.7

Ocena została już oddana