Recenzje
0 razy skomentowano

Mosquito

Dodany przez | 10/03/2014
Informacje
 
Gł. Gatunek
Wykonawcy Uczestniczący

Karen O / Nick Zinner / Brian Chase / Dr. Octagon

Kompozytorzy / Producenci

Karen O / Nick Zinner / Brian Chase / Nick Launay / James Murphy / David Andrew Sitek / Sam Spiegel

Wytwórnia

Interscope

Data Wydania

12/04/2013

Tracklista
 

1. Sacrilege (3:50)
2. Subway (5:16)
3. Mosquito (2:59)
4. Under The Earth (4:18)
5. Slave (4:06)
6. These Paths (5:03)
7. Area 52 (2:54)
8. Buried Alive (5:16)
9. Always (4:06)
10. Despair (4:49)
11. Wedding Song (4:54)

 

Amerykańska grupa Yeah Yeah Yeahs nigdy nie spieszyła się z wydawaniem kolejnych krążków. Chociaż ich działalność rozpoczęła się w 2000 r., do tej pory nagrali tylko cztery albumy. Jednak miłośnicy zespołu nigdy nie mogli narzekać na to, że otrzymują „odgrzewane kotlety”. Każde z wydawnictw zaskakiwało i przynosiło pewne zmiany. Na czwartą płytę Amerykanów przyszło fanom czekać długie cztery lata. Czy ten czas muzycy wykorzystali efektywnie i przygotowali solidny, dojrzały longplay?

Na It’s Blitz! muzycy poszli w taneczne, momentami dyskotekowe klimaty, jednocześnie pokazując swoją delikatniejszą naturę i zaprezentowali kilka wolniejszych kawałków (których moim skromnym zdaniem było trochę za dużo). Jednak takie utwory, jak Dull Life, Heads Will Roll czy Zero, często goszczą na mojej playliście. Energiczne aranżacje w połączeniu z zadziornym wokalem Karen O dały bardzo udany efekt. Widząc chęć zespołu do zmiany swojego brzmienia, ciekawa byłam, czy na najnowszym krążku doświadczymy kolejnych metamorfoz.

Jak właściwie prezentuje się czwarty krążek nowojorczyków? Mosquito to dzieło jeszcze bardziej wyważone od poprzedniego. Jest tu zdecydowanie za spokojnie i mało energicznie jak na ten zespół, przy czym użyto zbyt wielu różnorakich środków, które niestety nie stworzyły spójnej całości. Wrażenie chaosu dodatkowo obniża jakość tej płyty. Każdy kawałek został ozdobiony pierwiastkiem elektroniki. Wygląda na to, że Amerykanie zaprzyjaźnili się na dobre z tym gatunkiem. Czasem usłyszymy gitarowe momenty, jednak mało który utwór zapada z pamięć. Po przesłuchaniu płyty nie mam ochoty, by włączyć ją ponownie. Przerost formy nad treścią?

Sacrilege to podszyty elektroniką kawałek o umiarkowanym tempie, który powoli przybiera na sile. Zbytnio mnie nie zachwycił, ale bardzo zaskoczył nieco gospelową końcówką – znowu coś nowego w muzyce Yeah Yeah Yeahs. Na tej i poprzedniej płycie muzycy zdecydowanie wiele stracili ze swojej zadziorności i poszli w miałkie momentami brzmienie. Przykładem może być nudne jak flaki z olejem Always, które ciągnie się w nieskończoność. Nie przekonuje mnie zbyt subtelne Subway – jak dla mnie powinno być krótsze co najmniej o połowę. Podobnie mogę ocenić Wedding Song. Skromny akompaniament, rozmarzony wokal, łagodna melodia – to elementy, które czynią tę kompozycję idealną do posłuchania przed snem. Tego, kto jednak polubił minimalistyczne utwory z poprzedniego krążka, te wymienione powyżej również powinny zadowolić. Promykiem nadziei jest głośniejsze i mocniejsze Area 52, w którym Karen O w końcu może pochwalić się wokalem. Gitarowo-elektroniczna aranżacja wypada tutaj całkiem przyzwoicie pomimo pewnej chaotyczności.

Lubię tytułowe Mosquito, które przypomina nam energię, którą zespół zarażał słuchaczy na pierwszych płytach. Nawiązujący do twórczości Depeche Mode utwór Slave to owiana tajemnicą i dość intrygująca pozycja, w której niezwykle podoba mi się gitarowy podkład. Jak dla mnie to jeden z ciekawszych kawałków na tej płycie. Under The Earth oraz These Paths to chyba najbardziej eksperymentalne momenty na Mosquito. Dużo w nich ciekawych elektronicznych dźwięków, które na początku mogą wydawać się dziwaczne i niepasujące do siebie. Jednak przy bliższym poznaniu zdecydowanie zyskują, przede wszystkim drugi z utworów – na uwagę zasługuje jego niepokojący klimat. Poddane komputerowej obróbce wokale muzyków wypadają bardzo efektownie. Mocnym punktem jest Buried Alive, w którym gościnnie pojawia się raper o pseudonimie Dr. Octagon. Gitarowe dźwięki w połączeniu z hip-hopem tworzą wciągającą, nieco mroczną całość. Pełen napięcia utwór Despair powoli nabiera rozpędu, by zachwycić nas wspaniałą końcówką.

Do tej pory żadne z wydawnictw Yeah Yeah Yeahs nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia. Na każdej płycie parę utworów oceniam bardzo pozytywnie, inne z kolei są mało dopracowane i kompletnie do mnie nie trafiają. Podobnie jest z czwartym krążkiem zespołu. Pochwalić mogę jego chęć do rozwijania się, jednak sądzę, że powinien popracować jeszcze nad spójnością swoich albumów i rozważnym dobieraniem repertuaru. Po przesłuchaniu ich krążka czuć niedosyt. I to duży. Warto rzucić uchem? Na pewno można, ale jest sporo innych, dużo lepszych, wydawnictw, którym warto przyjrzeć się dokładniej.

Plusy

– nawiązujący do twórczości Depeche Mode utwór "Slave"
– różnorodność

Minusy

– mało energiczny i wyrazisty materiał
– chaotyczna i niespójna całość
– mała ilość gitar
– za dużo spokojnych i bezbarwnych utworów

Ocena recenzenta
Nota
5.0

Przewiń
Ocena czytelników
Twoja nota

Ocena została już oddana