Recenzje
0 razy skomentowano

Drones

Dodany przez | 21/06/2015
Informacje
 
Gł. Gatunek
Wykonawcy Uczestniczący

Matthew Bellamy / Christopher Wolstenholme / Dominic Howard

Kompozytorzy / Producenci

Matthew Bellamy / Christopher Wolstenholme / Dominic Howard / Robert John "Mutt" Lange

Wytwórnia

Warner Bros. / Helium-3

Data Wydania

05/06/2015

Tracklista
 

1. Dead Inside (4:24)
2. [Drill Sergeant] (0:21)
3. Psycho (5:28)
4. Mercy (3:52)
5. Reapers (5:59)
6. The Handler (4:33)
7. [JFK] (0:54)
8. Defector (4:33)
9. Revolt (4:05)
10. Aftermath (5:48)
11. The Globalist (10:07)
12. Drones (2:51)

 

Gdy zespół zapowiada swój najnowszy album jako największe dzieło w swojej karierze, zawsze budzi to ogromne zainteresowanie. W przypadku Muse, czyli formacji, która posiada nie tylko ogromne szerze fanów, ale i wielu przeciwników, sytuacja robi się jeszcze ciekawsza. Tak odważne wypowiedzi ze strony muzyków szły w parze z kilkoma ujawnionymi utworami, powodującymi jeszcze bardziej rosnącą ciekawość. Siódme w karierze wydawnictwo Brytyjczyków przynosi również pewne zmiany, o czym będzie mowa w dalszej części tekstu.

Dość zaskakującym dziełem było wydane pod koniec 2012 roku The 2nd Law, na którym aż roiło się od eksperymentów i nietypowych jak dla Muse rozwiązań. Piosenki zawierały w sobie pierwiastek nowoczesnej elektroniki, inne wyróżniały się orkiestrowymi aranżacjami, a jeszcze inne zaskakiwały dubstepowymi elementami. Materiał wzbudził niemałe kontrowersje i sprawił, że fani zespołu podzielili się na dwa obozy. Jak w takim razie prezentuje się kolejne dzieło brytyjskiego bandu?

Na Drones ponownie zakosztujemy zmian, lecz tym razem w pewnym stopniu powracamy do korzeni zespołu. Zgodnie z zapowiedziami członków płyta jest zbiorem soczystych rockowych kawałków i powrotem do standardowego składu formacji, czyli gitary, basu i perkusji. Jedynym elementem, który u muzyków chyba zagościł na stałe, jest pompatyczność kompozycji. W stworzeniu gitarowego albumu pomagał im słynny producent Mutt Lange (znany ze współpracy z AC/DC czy Def Leppard), a nowe kompozycje powstawały w popularnym studiu The Warehouse Studio w Vancouver.

Pierwszy na liście track może nieco budzić wątpliwości, czy muzycy faktycznie zrezygnowali z elektronicznego brzmienia. Bowiem Dead Inside to w dalszym ciągu kombinowanie z elektroniką i można pokusić się o stwierdzenie, że utwór dobrze odnalazłby się na poprzednim krążku zespołu. Ostatnie dźwięki to jednak niepoukładane gitarowe dźwięki i rockowy sznyt. Aranżacja singlowego Psycho nawiązuje do pierwszych dokonań Muse, a od pierwszych taktów wręcz porywa wyrazistymi i soczystymi gitarowymi riffami. Bogate instrumentarium nadaje całości odpowiednią dawkę przebojowości, dzięki czemu mamy do czynienia nie tylko z chwytliwym i zapadającym w pamięć utworem, ale i intrygującą pozycją, która nie znudzi się po kilku odsłuchach. Nieco lżej prezentuje się Mercy, które jednak potrafi zaskoczyć. Muzycy raz sięgają po mocniejsze gitary i nadają całości hardrockowego brzmienia, a innym razem inspirują się Coldplay, korzystając z klawiszy, dzięki czemu utwór jest bardziej subtelny. Kompozycja jest wspaniałym popisem wokalnych możliwości Matta Bellamy’ego. Mocniejszych klimatów zakosztujemy w Reapers, gdzie uzupełnieniem energicznych zwrotek i refrenu jest udana solówka. Świetne riffy są podstawą fenomenalnego The Handler. Lekko psychodeliczna kompozycja porywa słuchacza swoim muzycznym rozmachem i niezawodnym wokalem lidera Muse.

Druga połowa albumu to hołd złożony Queen. Dowodem na to jest między innymi Defector, czyli jedna z lepszych pozycji na najnowszym krążku Brytyjczyków. Skojarzenia z legendarnym zespołem nasuwają głównie chóralne zaśpiewy, które świetnie wpasowują się w dynamiczne riffy gitarowe. Inspiracje wyżej wymienioną grupą dają o sobie znać również w mniej udanym Revolt, posiadającym spory singlowy potencjał. Przez większą część utworu mamy jednak do czynienia z miałkim podkładem, któremu brakuje polotu. Utrzymane w duchu Pink Floyd Aftermath to wspaniała, melancholijna ballada, będąca czymś nowym w twórczości Muse. Queenowa końcówka nadaje całości pompatycznego charakteru. Dziesięciominutowe The Globalist rozpoczyna się westernowym klimatem, by potem zaczarować słuchacza delikatnymi dźwiękami gitary. Zaraz po tym do naszych uszu dociera niespokojna, nieokiełznana gitara, natomiast końcówka to już delikatne, balladowe motywy oparte na dźwiękach fortepianu. To jeden z ciekawszych utworów na płycie. Chóralnie zaśpiewana kompozycja tytułowa ma w sobie kościelny klimat. W Drones ponownie powracamy do nawiązań do twórczości Queen.

Nie da się nie zauważyć, że najnowszy album Muse to zbiór utworów nagranych pod wpływem inspiracji wieloma słynnymi zespołami – w jednych pozycjach echa tych twórczości słychać wyraźniej, w innych jest to mniej wyczuwalne. Jedno jest pewne – Muse potrafią wykorzystać sprawdzone patenty i wpleść je w typową dla siebie stylistykę. W efekcie otrzymaliśmy porządny i spójny album, na którym obyło się bez większych wpadek. Muzycy podarowali fanom przemyślane kompozycje, które na pewno sprawdzą się na koncertach.

Ocena recenzenta
Nota
7.6

Przewiń
Ocena czytelników
Twoja nota
9.2

Ocena została już oddana