Recenzje
0 razy skomentowano

Don’t Kill The Magic

Dodany przez | 13/01/2015
Informacje
 
Gł. Gatunek
Dod. Gatunki
Wykonawcy Uczestniczący

Nasri / Mark Pellizer / Ben Spivak / Alex Tanas

Kompozytorzy / Producenci

Adam Messinger / Nasri Atweh / Mark Pellizer / Alex Tanas

Wytwórnia

Sony Music Entertainment

Data Wydania

30/06/2014

Tracklista
 

1. Rude (3:44)
2. No Evil (3:22)
3. Let Your Hair Down (4:25)
4. Stupid Me (3:44)
5. No Way No (3:51)
6. Paradise (3:55)
7. Don’t Kill The Magic (3:37)
8. One Woman One Man (3:59)
9. Little Girl Big World (3:23)
10. Mama Didn’t Raise No Fool (4:07)
11. How Do You Want To Be Remembered (4;03)

 

Nie przepadam za reggae. I absolutnie nie chcę nikogo urazić, bo nie twierdzę, że ta muzyka jest gorsza. Jednak jednostajna, wręcz monotonna linia basu, która w założeniu miała być chilloutowa, do mnie w ogóle nie przemawia. Dlaczego więc skusiłam się na przesłuchanie tego albumu, który, bądź co bądź, jest utrzymany w stylu reggae, chociaż zostało ono podparte popem i subtelnymi rockowymi przesłankami? No cóż, zwariowałam do reszty na punkcie wszechobecnego ostatnimi czasy w radiu Rude. Sama się sobie dziwię, że aż tak dałam się porwać tej kompozycji. Postanowiłam więc pójść za ciosem i zapoznać się z twórczością Kanadyjczyków, po cichu licząc na to, że może odczarują obraz niezbyt interesującej jamajskiej muzyki, jaki dawno temu we mnie utkwił.

Don’t Kill The Magic otwiera dobrze znana opowieść o młodzieńcu, który stara się o przychylność swojego przyszłego teścia. Mowa ciągle o Rude, które nie mogło się nie udać. Piosenka jest tak melodyjna, że momentalnie stała się hitem i chociaż reggae nie jest powszechne w mass mediach, to akurat w tym przypadku sztandarowy dla tego gatunku riddim w ogóle nie przeszkadza; wręcz przeciwnie – dodaje kompozycji uroku i wyróżnia ją na tle innych utworów. O kolejnym No Evil również warto wspomnieć ze względu na dynamikę. Od stonowanej – chociaż jednocześnie elektryzującej na swój własny, uwodzicielski sposób – zwrotki przez budujący napięcie most przechodzimy do jakby dwuczęściowego refrenu. Jego pierwsza część jest dosyć wesoła w wydźwięku, natomiast drugą stanowi niemalże wykrzyczana miłosna groźba: „Till the demons come in to infect the love”, której emocjonalny charakter nadaje również coraz to bardziej przyspieszająca perkusja. Stupid Me natomiast do złudzenia przypomina mi Locked Out Of Heaven Bruno Marsa. To bardziej popowy utwór, w którym zrezygnowano ze słonecznych, jamajskich klimatów.

Ciekawe jest też nostalgiczne Don’t Kill The Magic. Utrzymaną w średnim tempie kompozycję urozmaiciły wysokie tony klawiszy, nadające nieco ulotności i marzycielskiej atmosfery, oraz kontrastujące z nimi zdecydowane, mocne bębny. Little Girl Big World jest jednym z najciekawszych punktów płyty. Zawrotne tempo sprawia momentami, że mamy wrażenie zatracania rytmu, ale w tym szaleństwie jest metoda, bo już po chwili wszystko wraca do normy, a nam nie pozostaje nic innego, jak tylko podrygiwać nogą w rytm piosenki. Kropkę nad „i” panowie stawiają balladowym How Do You Want To Be Remembered, w którym wokalista zastanawia się nad historią swojego życia i stara się odpowiedzieć na te trudne pytanie zawarte w tytule utworu.

Trzeba wspomnieć o tym, jak powstało MAGIC!. Otóż Nasri (wokalista) pisał piosenki dla gwiazd popu. Chociaż miał już zespół – The Messengers, to kiedy współpracował z Markiem Pellizerem oczarowała go nić artystycznego porozumienia, jaka się między nimi nawiązała. Wtedy zdecydował, że muszą stworzyć coś dla siebie – i tak powstała grupa. Wydaje mi się, że to właśnie dzięki tej spontaniczności i przyjemności ze wspólnego tworzenia muzyki ich piosenki stały się tak niebywale lekkie i niewymuszone. Ponadto wyróżnia je piekielna melodyjność, ale temu nie ma co się dziwić – przecież stworzyli je specjaliści od popowych hitów.

To nie są wyszukane kompozycje z szerokim instrumentarium, ale muszę przyznać, że dzięki zaprezentowanej przez MAGIC! fuzji popu i reggae zaczęłam przekonywać się do tego gatunku i słuchanie albumu nie było dla mnie katorgą. Nie zamierzam go odłożyć na półkę i wymazać z pamięci, ponieważ w takie ponure dni przyda się odrobina słońca, zaklęta w rastafariańskich rytmach, okraszona optymizmem, jaki bije od tych utworów. Dajcie się więc, tak jak ja, porwać temu uroczemu kwartetowi w iście magiczną podróż do krainy dźwięków Boba Marleya.

Plusy

– melodyjność
– przyjemne połączenie kilku gatunków – reggae, popu i delikatnego rocka
– wesołe, przyjemne w odbiorze kompozycje

Minusy

– niektórzy mogą narzekać na powtarzalność utworów

Ocena recenzenta
Nota
7.6

Przewiń
Ocena czytelników
Twoja nota

Ocena została już oddana